Aleteia

Orszak Trzech Króli, czyli największe jasełka na świecie

Andrzej Stawinski/REPORTER
Udostępnij

Podczas orszaku udaje się zachęcić półtora miliona ludzi, żeby pomimo rozmaitych poglądów i zapewne różnego stosunku do Kościoła wspólnie wyszli na ulice i pokłonili się Świętej Rodzinie.

Dwa lata temu miałam postanowienie noworoczne: przestanę zaglądać na pewien popularny portal. Ceniłam go za dziarski styl, niebanalny dobór tematów i miksowanie polityki z lifestylem. Jednak zezłościli mnie przeinaczeniami w przedstawianiu obcych sobie poglądów i „katożerstwem”.

Już po sześciu dniach złamałam postanowienie. Weszłam na ich stronę, żeby zobaczyć, co napisali o Orszaku Trzech Króli. Moje córki i ja wystąpiłyśmy na tej imprezie w charakterze aniołów, więc – sami rozumiecie – ciekawiło mnie, jak ją zrelacjonowali.

Otóż okazało się, że prawie wcale. Było ledwo jakieś napomknięcie z maciupkim zdjęciem w wiadomościach lokalnych. Nawet mnie to nie zirytowało, tylko rozśmieszyło. Trzeba mieć wiele samozaparcia, żeby nie zauważyć największej, a z pewnością najbarwniejszej imprezy w Polsce.

Tegoroczny, dziewiąty już Orszak Trzech Króli to ponad 500 miejscowości w Polsce i za granicą (głównie tam, gdzie mieszka Polonia albo pracują polscy misjonarze) i około półtora miliona uczestników. Chyba pora stwierdzić, że mamy do czynienia z fenomenem.

Zaczęło się bardzo skromnie – bez pieniędzy, zaplecza organizacyjnego i wsparcia medialnego.

W warszawskiej szkole dla chłopców Żagle, do której chodzi mój syn, przygotowywane było co rok przedstawienie bożonarodzeniowe. Na początku nauczyciele postanowili, że w sztuce będzie mógł wystąpić każdy uczeń. To założenie okazało się brzemienne w skutki. Dopóki szkoła miała niewielu uczniów, dało się to organizować. Ale w pewnym momencie trzeba było wynająć dużą salę i zrobić dwa przedstawienia, podczas których chłopcy ciągle wchodzili na scenę i z niej schodzili. Wtedy ktoś wpadł na pomysł: a może by tak przenieść przedstawienie na ulicę? I zaprosić do niego nie tylko dzieci i rodziców, ale też przechodniów? Przez kilka lat w samej tylko Warszawie do orszaku dołączyło 20 szkół. I tak powstały największe jasełka na świecie (no dobra, dodajmy to do wyliczanki orszakowych „naj”).

Co mi się podoba w tej imprezie? Ponieważ znam wielu rodziców, którzy co rok w święto Trzech Króli przebierają się za rycerzy, dwórki, anioły i diabły, zawsze uczestniczę w tym wydarzeniu z mieszaniną rozbawienia i wzruszenia. Poważni ludzie, ojcowie i matki – często wielodzietni i nieraz zajmujący się zawodowo bardzo odpowiedzialnymi sprawami – wyciągają z szafy szlafrok po babci i skarpetki termiczne od cioci Władzi, przypinają anielskie skrzydełka i ruszają na ulicę. Uwierzcie mi, jest wesoło.

Jeśli chcecie zintegrować swoje miasteczko albo rodziny ze szkoły, do której chodzą Wasze dzieci, zróbcie u siebie Orszak Trzech Króli. Poza tym: zobaczyć rozszerzone ze zdumienia oczy dziecka, które widzi mamę albo tatę w roli pastuszka – bezcenne.

Znajomy, który zawsze gra króla Heroda, kiedyś jeszcze przez miesiąc po orszaku nie mógł spokojnie odprowadzić dziecka do szkoły, żeby ktoś nie krzyknął na jego widok: „Naród z Herodem!”, na co on nieodmienne odpowiadał: „Herod z narodem!”.

Wzruszyłam się, gdy zobaczyłam pewnego razu, że młodzian, którego poznałam jako dwulatka, jest teraz wyższy ode mnie i idzie w orszaku jako ogon chińskiego węża. W ogóle jako osoba nadmiernie skłonna do wzruszeń zawsze oglądam imponujące orszakowe scenki ze ściśniętym gardłem: walkę aniołów z diabłami, królów jadących na koniach i wielbłądach i chóry anielskie dmące w trąby i rozrzucające konfetti.

Fantastyczna zabawa to tylko jeden z powodów, dla których uważam to przedsięwzięcie za wyjątkowe. Ogromnie podoba mi się połączenie tradycji i nowoczesności. Arcypolskie ludowe zwyczaje odżyły w orszaku w niespodziewany sposób i spotkały się z całkiem współczesnymi pomysłami i energią.

Różne katolickie inicjatywy są często przedstawiane jako opresyjne pomysły złośliwych księży, którzy tylko czyhają na to, żeby przydusić swoje owieczki kolejnym obowiązkiem. Chodzisz do spowiedzi? Pewno zmusza cię do tego proboszcz. Pościsz w piątek? Biskup ci kazał. Orszak Trzech Króli powstał w stu procentach jako inicjatywa „szeregowych” katolików. Biskupi i księża są jedynie zapraszani, żeby modlić się z uczestnikami, i – z tego, co wiem – chętnie korzystają z tych zaproszeń. Orszak Trzech Króli pomaga więc walczyć z niemądrymi stereotypami.

Podczas orszaku udaje się zachęcić półtora miliona ludzi, żeby pomimo rozmaitych poglądów, jakie wyznają, i zapewne różnego stosunku do Kościoła i Pana Boga, wyszli na ulice i pomarzli przez dwie godziny, żeby wziąć udział w czymś ciekawym i pokłonić się Świętej Rodzinie.

Teraz, kiedy często kłócimy się, kopiemy pod sobą nawzajem dołki i odsądzamy się od czci i wiary, Orszak Trzech Króli pokazuje, że więcej nas łączy niż dzieli. Możemy iść obok siebie, a nawet zrobić razem coś pięknego. A może właśnie to jest najlepszy sposób na dogadanie się – wyznaczyć sobie konkretny cel i do niego dążyć? I może najlepszym celem jest Jezus, który właśnie nam się narodził?

Informacje na temat orszaków znajdziesz tutaj

Przeczytaj także: Fantazje o Trzech Królach