Aleteia
niedziela 25/10/2020 |
Św. Chryzanta i św. Darii
Duchowość

Polski kleryk w Afryce oddał życie za współbraci - czy zostanie błogosławionym?

KGGucwa/Wikipedia

Damian Burdzań - publikacja 09.01.17

Tej nocy w Tarnowie, tysiące kilometrów dalej, Helena Gucwa, matka Roberta, miała sen. Widziała w nim swojego szczęśliwego syna, który chwycił ją za rękę i powiedział: „Chodź Mamo, zobacz jakie mam ładne, nowe mieszkanie”.

Listopadowy wieczór w Bimbo koło Bangi, stolicy Republiki Środkowoafrykańskiej. Bracia z placówki prowadzonej przez Stowarzyszenie Misji Afrykańskich jedzą kolacje. Nagle do ich domu wchodzi kilku uzbrojonych ludzi. Pytają o przełożonego. Zgłasza się Robert Gucwa, kleryk z Polski. Mówi, że jest przełożonym wspólnoty i że zaprowadzi ich do swojego biura w innym budynku. Po drodze ucieka, by zawiadomić mieszkających po sąsiedzku innych misjonarzy. Próbuje wrócić, by pomóc swoim współbraciom. Nie udaje się. Kule trafiają go w brzuch i klatkę piersiową.

Zanim wstąpił do Stowarzyszenia, Gucwa wiódł podobne życie jak wielu jego rówieśników: był ministrantem, formował się w Oazie, chodził na pielgrzymki, udzielał się w scholi młodzieżowej. Nic ponad to, co można znaleźć w typowej polskiej parafii. Urodził się 24 marca 1969 w Tarnowie, w wierzącej rodzinie. Przyjaciele zapamiętali go, jako osobę koleżeńską, uprzejmą, nieco skrytą, bardzo skrupulatną i inteligentną. Do wszystkiego starał się przygotować jak najlepiej, nie ważne czy to zadanie szkolne czy psalm responsoryjny podczas porannej Mszy. Kiedy wracał z kościoła pytał, jak poszło mu czytanie i zastanawiał się, co w nim poprawić następnym razem. Otoczenie powoli domyślało się, że po maturze postanowi zmierzyć się z powołaniem do kapłaństwa. Miejscowi księża namawiali go na wstąpienie do diecezjalnego seminarium w Tarnowie, ale on wiedział, że tam, w dalekiej Afryce, ludzie też czekają na Ewangelię.

Był rok 1988. Stowarzyszenie Misji Afrykańskich dopiero odnawiało swoje struktury w Polsce na fali zmian w Europie Środkowo-wschodniej. Gdy młody tarnowianin otrzymał wiadomość o przyjęciu go do zgromadzenia, pewnie nie przypuszczał, że zacznie wieść życie ciągłego wędrowca. Najpierw trzy lata studiów w Seminarium Duchownym diecezji kieleckiej. Potem nauka języków, tych najbardziej przydatnych podczas afrykańskich misji, czyli angielskiego i francuskiego. Kursy, seminaria, studia i nowe miejsca: Togo, Ghana, Calavi i Bangui.

Oprócz nauki wykorzystywał swój czas na pomaganie innym. Pracował jako pielęgniarz, przygotowywał dorosłych do chrztu, pomagał jak tylko potrafił. Dawał z siebie wszystko, tak jak to robił przez całe życie. Wolne chwile spędzał na modlitwie, szczególnie tej w ciszy, w kaplicy, kiedy inni już poszli spać. Wielu kolegów nie rozumiało jego zachowania, wydawało im się, że misjonarz to człowiek czynu, nie kontemplacji. A dla Roberta rozmowa z Bogiem była nie tylko odpoczynkiem i ładowaniem akumulatorów do dalszej pracy. Kiedy wracał do Polski na urlop, także nie oszczędzał swoich sił. Znajomi wspominają slajdy które przywoził z sobą z Czarnego Lądu. Nawet podczas pielgrzymki na Jasną Górę, ciągle mówił o misjach, czy to podczas zwyczajnych rozmów na postoju czy konferencji w trakcie drogi. Nigdy nie mówił, że w Afryce jest łatwo, ale mówił o niej tak jakby to było najszczęśliwsze miejsce na ziemi – jego miejsce.

W poniedziałkowy wieczór, 15 listopada 1994 roku, kiedy bracia jedli kolację, do domu formacyjnego wdarła się grupa uzbrojonych mężczyzn. Nie wiedzieli, że misjonarze i klerycy jedzą posiłki w osobnych pomieszczeniach. Zaczęli pytać o przełożonego wspólnoty. Odezwał się Polak, przedstawił się jako odpowiedzialny na wspólnotę i że jego pokój, gdzie trzymane są kosztowności, znajduje się w innym budynku. Oczywiście nie było to prawdą.Robert chciał chronić swoich współbraci ściągając na siebie uwagę, dlatego podał się za kogoś, kim nie był.

Kiedy wyprowadził bandytów na dwór, wykorzystał chwilę i uciekł do mieszkających po obok księży kombonianów, także katolickich misjonarzy. Ci podnieśli alarm, który miał spłoszyć złodziei. Młody misjonarz chciał wrócić do swoich, mimo że u sąsiadów był bezpieczny. Po drodze spotkał uciekających bandytów. Jeden z nich wystrzelił z broni do Polaka kilka pocisków. Pierwszy trafił w brzuch, drugi przeszył klatkę piersiową. Robert zmarł na miejscu, w wieku 25 lat.

Tej nocy w Tarnowie, tysiące kilometrów od Bimbo, Helena Gucwa, matka Roberta, miała sen. Widziała w nim swojego szczęśliwego syna, który chwycił ją za rękę i powiedział: „Chodź Mamo, zobacz jakie mam ładne, nowe mieszkanie”. Dopiero nazajutrz rodzice dowiedzieli się o tragicznej śmierci swojego syna.

Kleryk Robert Gucwa miał dwa pogrzeby. Pierwsza opłakiwała go Afryka: współbracia, misjonarze, biskup pomocniczy, a przede wszystkim zwykli ludzie: chorzy którym pomagał, wierni których katechizował, dzieci z którymi kopał piłkę i grał na gitarze. Dopiero po dwóch tygodniach od tamtego wieczoru jego ciało sprowadzono do ojczyzny. Został pochowany w grobowcu kapłańskim na parafialnym cmentarzu. W kościele na tarnowskich Mościcach, tym samym, w którym służył do Mszy, wisi epitafium przypominające byłego parafianina. Młody męczennik jest patronem jednej z ulic Tarnowa i ośrodka rekolekcyjno-misyjnego w Piwnicznej Zdroju.

Święty Jan Paweł II na koniec Mszy kanonizacyjnej św. Kingi, przypomniał wiernym zgromadzonym na starosądeckich błoniach misyjne zasługi diecezji tarnowskiej: Wielu pochodzących z tej diecezji duchownych i świeckich uczestniczy w działalności misyjnej Kościoła w różnych częściach świata. Spośród nich trzy osoby przypieczętowały misyjne powołanie ofiarą życia. O. Zbigniew Strzałkowski, franciszkanin konwentualny, ks. Jan Czuba, kapłan diecezjalny i kleryk Robert Gucwa. Proszę Boga, aby ta misyjna służba i posiew krwi wydały obfite owoce. Dziś o. Strzałkowski jest błogosławionym, ks. Czuba Sługą Bożym, a kl. Robert? Cierpliwie czeka w swoim nowym mieszkaniu.

Wesprzyj Aleteię!

Jeśli czytasz ten artykuł, to właśnie dlatego, że tysiące takich jak Ty wsparło nas swoją modlitwą i ofiarą. Hojność naszych czytelników umożliwia stałe prowadzenie tego ewangelizacyjnego dzieła. Poniżej znajdziesz kilka ważnych danych:

  • 20 milionów czytelników korzysta z portalu Aleteia każdego miesiąca na całym świecie.
  • Aleteia jest aktualizowana codziennie i publikowana w ośmiu językach: po francusku, angielsku, arabsku, włosku, hiszpańsku, portugalsku, polsku i słoweńsku.
  • Każdego miesiąca nasi czytelnicy odwiedzają ponad 50 milionów stron Aletei.
  • Prawie 4 miliony użytkowników śledzą nasze serwisy w social mediach.
  • W każdym miesiącu publikujemy średnio 2 450 artykułów oraz około 40 wideo.
  • Cała ta praca jest wykonywana przez 60 osób pracujących w pełnym wymiarze czasu na kilku kontynentach, a około 400 osób to nasi współpracownicy (autorzy, dziennikarze, tłumacze, fotografowie).

Jak zapewne się domyślacie, za tymi cyframi stoi ogromny wysiłek wielu ludzi. Potrzebujemy Twojego wsparcia, byśmy mogli kontynuować tę służbę w dziele ewangelizacji wobec każdego, niezależnie od tego, gdzie mieszka, kim jest i w jaki sposób jest w stanie nas wspomóc.

Wesprzyj nas nawet drobną kwotą kilku złotych - zajmie to tylko chwilę. Dziękujemy!

Tags:
Afrykabłogosławionyksiądzmęczennicymisjeśmierć
Modlitwa dnia
Dziś wspominamy świętego...





Top 10
Katolicka Agencja Informacyjna
Papież: „To najgorsza zniewaga, jaką można wy...
BEZDOMNY JEZUS
Katolicka Agencja Informacyjna
Wezwali policję do bezdomnego, a tam Jezus
Philip Kosloski
5 świętych, których ciała nie uległy rozkłado...
OJCIEC SERAFIM
Łukasz Kobeszko
Przepięknie śpiewa i modli się w języku Jezus...
RĄCZKA NIEMOWLAKA
Marta Brzezińska-Waleszczyk
Byłam świadkiem 45 minut życia. To była lekcj...
GIULIA MICHELINI
Silvia Lucchetti
Świadectwo włoskiej aktorki, która urodziła j...
Mathilde de Robien
Imiona, które noszą w sobie pieczęć Boga. Moż...
Zobacz więcej
Newsletter
Aleteia codziennie w Twojej skrzynce e-mail