Aleteia

Na kolanach, w kościele, u rodziców, w restauracji… Zaręczyny! Oto 6 historii par, które mają to już za sobą

Udostępnij
Komentuj

Może nie były to bardzo romantyczne zaręczyny, takie jak w filmach, ale czułam wtedy Bożą obecność i to było wspaniałe – opowiada Julita.

Zaręczyny. Może właśnie stoisz przed tą decyzją? Za inspirację niech Ci posłużą historie par, które mają to już za sobą i zgodziły się opowiedzieć, jak to naprawdę było…

Weronika i Paweł

Żyliśmy 100 kilometrów od siebie, widywaliśmy się tylko w weekendy – zaczyna opowieść Weronika. Owego dnia Paweł przyjechał w przeddzień moich urodzin i przywiózł mi piękny bukiet róż. Kiedy je wręczył, byłam pewna, że to z okazji zbliżających się urodzin. Powiedział też, żebyśmy poszli na mszę. Po niej, kiedy mieliśmy wychodzić, zaproponował jeszcze modlitwę i trochę to trwało.

Rzeczywiście, długo się modliłem – włącza się Paweł. A potem poprosiłem Weronikę, by podeszła ze mną przed ołtarz. I tam, ku zdumieniu jej oraz kilku przypadkowych osób, oświadczyłem się.

Oniemiałam – mówi Weronika. Uklęknął przede mną. Oczywiście odpowiedziałam „tak”.  Cała się trzęsłam ze stresu i wrażenia. Nie spodziewałam się, że zaręczyny będą w tym czasie i w taki sposób, ale byłam i jestem szczęśliwa.

Prosto z kościoła poszliśmy szukać pierścionka zaręczynowego – mówi Paweł. Byliśmy oboje tak przejęci, że aż nieprzytomni ze szczęścia.

Spotykaliśmy się dopiero od czterech miesięcy, a ślub i wesele odbyły się trzy miesiące później – dopowiada Weronika. Przygotowania szły gładko, dobry Bóg nam dopomagał we wszystkim. Decyzja o naszym małżeństwie też była oparta o modlitwę, po której stwierdziliśmy, że wolą Bożą jest abyśmy byli razem. Teraz jesteśmy 3,5 roku po ślubie, mamy siebie i dwie wspaniałe córeczki. Wiecie, dzieci – to dopiero przygoda!

Julita i Marcin

Moja żona na przestrzeni roku z pięć czy sześć razy uciekała mi tuż przed zaręczynami – mówi Marcin. Próbowałem się oświadczyć, gdy pojechaliśmy w Pieniny, czy do Ameryki Południowej. Próbowałem też pod Łebą na wydmach w ruinach kościoła. Dużo tego było, nie wszystko już pamiętam.

W końcu, gdy przypadkiem weszliśmy na koronkę do kościoła św. Mikołaja w Gdańsku, Julita usiadła w takiej ławce, że nie było wyjścia z drugiej strony, nie miała gdzie uciec. I wtedy, po koronce jej się oświadczyłem.

Czułam od jakiegoś czasu, że Marcin chce mi się oświadczyć – mówi Julita. Niestety uciekałam przed tą sytuacją, bo miałam lęk przed wkroczeniem w kolejny etap swojego życia. Wiedziałam, że to się łączy ze ślubem i małżeństwem, czyli czymś bardzo poważnym. Marcin mnie w końcu dopadł w tym kościele u dominikanów w Gdańsku i wtedy powiedziałam „tak”. To była radość. Podjęłam w końcu tę decyzję i miałam pokój serca – że nie mam się czego bać, bo otwiera się coś nowego i pięknego.

Pamiętam, że wracaliśmy pociągiem do Warszawy i cały czas się uśmiechaliśmy do siebie, ciesząc się z tego, co się wydarzyło. Dzwoniłam wtedy do rodziców, rodzeństwa i chwaliłam się tym, że się z Marcinem zaręczyliśmy. Wszyscy odetchnęli z ulgą, że nareszcie jesteśmy narzeczonymi. Najbardziej zapadło mi w serce to, że Marcin na miejsce zaręczyn wybrał kościół, dzięki czemu Pan Bóg był w tej ważnej chwili tak blisko nas.

Może nie były to bardzo romantyczne zaręczyny, takie jak w filmach, ale czułam wtedy Bożą obecność i to było wspaniałe. Gdybym miała jeszcze raz wrócić do tamtego czasu, to chyba jednak dużo wcześniej zgodziłabym się zostać żoną Marcina – kończy opowieść Julita.

Agnieszka i Tomasz

Nasze zaręczyny wymusili rodzice Tomasza, a dokładnie jego mama. Chcieliśmy, żeby rodzice pomogli nam przy zakupie mieszkania i zaręczyny były tego warunkiem. Mieliśmy wtedy po niespełna 22 lata, pragnęliśmy razem zamieszkać i pewnie tak by się stało, gdyby nie stanowczy sprzeciw rodziców Tomasza.

I odbyły się tradycyjne zaręczyny. To było w okolicach walentynek 1999 roku. Tomasz przyszedł z całą rodziną do mojego domu, były bukiety pięknych kwiatów i pierścionek, który sama sobie wcześniej wybrałam, więc i tu zaskoczenia nie było. Później był wspólny obiad. No i „najważniejsze”, czyli była też pierwsza wpłata na mieszkanie. Jednak nie zamieszkaliśmy razem przed ślubem. Rok później pobraliśmy się i niedługo potem odebraliśmy klucze do naszego mieszkania.

Patrząc dziś z perspektywy czasu, chyba nigdy nie brakowało mi takich spontanicznych zaręczyn. Pewnie byłoby fajnie, ale jakoś się nad tym nie zastanawiałam. Bardzo się też cieszę, że miałam taką cudowną teściową, która o nas w taki sposób zadbała. Kochaliśmy się, a dzięki jej wsparciu byliśmy w stanie podjąć tę decyzję.

Barbara i Wojciech 

Chciałem ją poprosić o rękę w Belwederze, bo kiedyś Basia wymarzyła sobie, że chciałaby pójść do takiego bardzo eleganckiego miejsca. Umówiliśmy się więc, by tam się wybrać – wizytowo ubrani. Pod tym pretekstem mogłem ukryć, że chcę, by ta chwila była bardziej uroczysta.

Kiedy dotarliśmy na miejsce, okazało się, że Belweder jest zamknięty. Więc szukaliśmy innego miejsca i po trzech próbach zasiedliśmy w końcu do obiadu. Obejrzeliśmy nasze wspólne zdjęcia, by sobie powspominać i wzmocnić emocje. Potem powiedziałem Basi, że trzeba zamknąć jeden etap, by rozpocząć drugi i że już wiem, że chcę spędzić z nią całe życie – opowiada Wojciech.

Nie do końca spodziewałam się, że tego dnia się to wydarzy – włącza się Basia. Kiedy Wojtek mi się oświadczył, czułam szczęście, radość i pokój. I powiedziałam „tak”. Najbardziej zapadło mi w sercu, że Wojtek sprawił, iż ten dzień był wyjątkowy i było w nim dużo radości.

Marta i Jacek

Tego dnia, zaraz po pracy, poszłam pojeździć na rolkach. Upadłam i bardzo się potłukłam. Wiedziałam, że Jacek zaprosił mnie na kolację, więc posmarowałam bolące miejsca i trochę utykając poszłam na spotkanie. Wiedziałam też, że coś się szykuje, ale do końca nie wierzyłam, że to będą zaręczyny.

Była to piękna scena. Jacek klęczał przede mną z bukietem róż, a kelner w tym czasie śpiewał „Wielką miłość” Seweryna Krajewskiego. Zgodziłam się, miałam pewność, że jestem dla niego tą jedyną, najpiękniejszą, że Jacek wybrał właśnie mnie i pokochał taką jaką jestem.

Maria i Michał  

Fundamentalne pytanie padło przed obrazem Świętej Rodziny w Kaliszu, w sanktuarium, gdzie szczególną cześć odbiera święty Józef – opowiada Michał. Poznałem to miejsce dzięki Radiu Maryja. Kilka lat wcześniej pielgrzymowałem tam niosąc w sercu intencję znalezienia dobrej żony i własnego przygotowania do małżeństwa. Gdy spotkałem Marysię, okazało się, że nam obojgu święty Józef jest szczególnie bliski. Na różne sposoby i niezależnie od siebie zwracaliśmy się do niego o pomoc w tej sprawie.

Rozważałem też inne miejsca, może bardziej romantyczne, ale w końcu uznałem, że większą wartością będzie powierzenie naszego związku od samego początku opiece św. Józefa. Maria do ostatnich sekund zdawała się nic przeczuwać, co ją czeka – tak to odbierałem. Ale gdy już poprosiłem ją o rękę, a ona się zgodziła, zobaczyłem skupioną radość i wzruszenie.

Kiedyś mocno naprzykrzałam się św. Józefowi – włącza się Maria. Przyznaję, że św. Antoni też ma tu swoje zasługi (śmiech). Gdy wreszcie nastała ta chwila, byłam zdumiona, ale – co najważniejsze – miałam w sercu pokój i radość. I naturalnie zgodziłam się. Potem jeszcze długo nie mogliśmy z tej radości ochłonąć. Nasz ślub odbędzie się w lipcu 2017 roku, dokładnie rok po zaręczynach.

Newsletter
Aleteia codziennie w Twojej skrzynce e-mail