Aleteia

Oddała dziecku nerkę i kawałek wątroby. „To będzie Twój rok, synku”

Udostępnij
Komentuj

Bycie mamą to nieustanne dawanie dziecku siebie. Oddawanie mu swojego czasu, uwagi, ale czasem także oddawanie siebie w bardzo dosłowny sposób.

Urodzenie dziecka to moment, który zmienia wiele w życiu kobiety. Przewartościowuje postrzeganie rozmaitych spraw. Przeczytałam gdzieś zdanie, że kiedy zostaje się mamą, jednym z uczuć, które już nigdy nie opuści kobiety, jest strach o dziecko. Najpierw o to, czy jest zdrowe, czy rozwija się prawidłowo, a później – im starsze, tym więcej trosk. Szkoła, wybór studiów, pierwsze miłości, poszukiwania pracy, zakładanie rodziny… – można długo wymieniać. Jest jednak przestrzeń, w której nasze matczyne lęki na niewiele się zdadzą, bo na niespodziewane, nieuleczalne choroby nie mamy żadnego wpływu.

No może prawie żadnego wpływu, co pokazuje historia Sary Lamont z Irlandii. Jej synek urodził się z poważną i bardzo rzadką chorobą, która spowodowała niewydolność nerek. Choroba zaatakowała także jego wątrobę. Powikłania były tak duże, że bez przeszczepu Joe mógłby umrzeć. Co więcej, nieustanne dializy (kilka razy w tygodniu), zajmujące po kilkanaście godzin, uniemożliwiały normalne dzieciństwo. Chłopiec nie mógł nigdzie wyjechać z rodziną, ani nawet uczęszczać jak inne dzieciaki do szkoły – ryzyko złapania infekcji było zbyt duże.

Możemy się domyślać, jak długie są listy osób oczekujących na przeszczep. Wtedy mama chłopczyka podjęła brawurową decyzję, że odda synkowi swoja nerkę i kawałek wątroby, jeśli tylko będzie to możliwe.

Po przeprowadzeniu badań okazało się, że wyniki Sary i Joego są zgodne – matka może zostać dawczynią. Przeszczep nerki już się odbył, kolejna operacja – tym razem wątroby – odbędzie się jeszcze w styczniu, o ile wyniki obu pacjentów będą w normie. Mama chłopca jest niepoprawną optymistką – wierzy, że wszystko będzie dobrze.

Mówi, że już tyle razy słyszała, że dla jej synka nie ma nadziei, tymczasem okazywało się, że zawsze da się znaleźć jakieś rozwiązanie, nawet z najbardziej beznadziejnej sytuacji. Z pewnością sił dodawał jej uśmiech synka, który mimo dojmującego bólu i cierpienia, nie tracił poczucia humoru.

Do tej pory rodzina praktycznie nigdy nie mogła czegokolwiek zaplanować. Choroba chłopca była poważną przeszkodą dla wszelkich atrakcji, wyjazdów, nie wspominając już o konieczności nieustannych dializ. Teraz Sarah ma nadzieję, że rok 2017 będzie dla nich zdecydowanie lepszy. W końcu malec dostaję nową nerkę i kawałek wątroby! „Joe nie narzeka. Zawsze walczy. Nigdy nie użala się nad sobą. To szczęście, że go mam” – mówi wzruszona mama.

Choroba synka pokazała kobiecie, jak ważne jest dawstwo organów. Przyznaje, że to szczęście, że mogła oddać chłopcu własną nerkę i wątrobę, ale nie chce myśleć, co byłoby, gdyby miał chore serce. Co więcej, nigdy nie wiadomo, jak długo funkcjonować będą przeszczepione organy. Możliwe więc, że Joe będzie potrzebował kiedyś kolejnych przeszczepów. Dlatego Sarah gorąco zachęca wszystkich do rejestracji jako potencjalny dawca.

Decyzja Sarah może wydawać się dość oczywista. W końcu to matka. Jak mogłaby nie oddać dziecku kawałka samej siebie, skoro istniała taka możliwość, a ich wyniki były zgodne? Opisywana historia jest dramatyczna, ale mam wrażenie, że każdego dnia na całym świecie tysiące kobiet podejmuje podobne decyzje, choć może nieco mniej spektakularne. Decyzje, które może nie wymagają wycięcia im wątroby czy nerki, ale równie brzemienne w skutkach.

Wiele kobiet oddaje swoim dzieciom siebie, rezygnując na jakiś czas z pracy, pasji, marzeń czy podróży. Już sam czas ciąży, kiedy kobieta „użycza” dziecku swojego ciała, w jakiś magiczny sposób predestynuje ją do oddania temu maluszkowi niemal wszystkiego, co będzie mu potrzebne do prawidłowego rozwoju. Bycie mamą to nieustające dawanie siebie.

Historię Sarah opisałam na podstawie artykułu opublikowanego na Independent.ie

Udostępnij
Komentuj
Newsletter
Aleteia codziennie w Twojej skrzynce e-mail