Aleteia.pl - pozytywna strona Internetu w Twojej skrzynce e-mail

Nie możesz nas wesprzeć finansowo?

Możesz to zrobić na 5 innych sposobów:

  1. Módl się za nasz zespół i powodzenie naszej misji
  2. Opowiedz o Aletei w swojej parafii
  3. Udostępniaj nasze treści rodzinie i przyjaciołom
  4. Wyłącz AdBlocka, kiedy do nas zaglądasz
  5. Zapisz się do naszego newslettera i czytaj go codziennie

Dziękujemy!
Zespół Aletei

 

Katolicki portal bez polityki. Wesprzyj nas!

Aleteia

Opowieść matki, która zamiast poddać się aborcji, przyjęła życie córeczki ze śmiertelnymi wadami wrodzonymi

Bridget Colla/Flickr
Udostępnij

„Benedetta, kochanie ty moje, jeśli chcesz odejść, idź. Jesteśmy gotowi. Idź do Jezusa i powiedz mu, że jesteśmy szczęśliwi, że przyszłaś na świat”.

Droga Titti, kiedy dowiedziałam o Twojej historii, pomyślałam, że warto podzielić się nią z naszymi czytelnikami, ponieważ, jak mówił Paweł VI, bardziej niż proroków, potrzebujemy świadków. A Twoje świadectwo jest przepiękne. To świadectwo „pełni radości”, jak sama mówisz, radości w cierpieniu, związanej z krzyżem, ze śmiercią. Brzmi jak paradoks, ale właśnie tak jest. Ale zacznijmy od początku.

Czytając o Tobie i Twoim mężu, można mieć wrażenie, że jesteście niezwykłymi ludźmi, coś pomiędzy superbohaterami a świętymi. A przecież jak wielokrotnie mi mówiłaś, jesteście zupełnie przeciętną rodziną, której dane było zmierzyć się z niezwykle trudnym doświadczeniem. Czy możesz nam o tym opowiedzieć?

Nasza historia to historia zwykłej rodziny, która jest w Kościele. Ja i mój mąż Michele należymy do Neokatechumenatu, ale to o niczym nie świadczy, ponieważ niezależnie od tego strasznie trudno jest zaakceptować doświadczenie tak dalekie od tego, co człowiek sobie wyobraża. Nasza historia jest niezwykła w swojej zwyczajności. Niezwykłe było odkrycie, że Bóg jest wierny w czasie tak trudnych przeżyć.

Kiedy dowiedzieliście się, że Wasza córeczka jest chora?

W piątym miesiącu. To była moja druga ciąża. Podczas USG dowiedzieliśmy się, że nasza córeczka Benedetta ma dysplazję śmiertelną. Lekarz powiedział, że dziecko na pewno umrze albo zaraz po urodzeniu, albo w ciągu pierwszego roku życia i będzie straszliwie cierpieć. A potem dodał, że w tym wypadku jedyną metodą leczenia jest aborcja terapeutyczna. Pamiętam, że użył słowa „leczenie”, a ja nie wiedziałam nawet, co to jest aborcja terapeutyczna. Ale mimo to i choć przeszliśmy formację duchową, choć uważaliśmy siebie za chrześcijan, ludzi wierzących, nie przeszło nam przez myśl, że mogę tę ciążę donosić. Lekarze tłumaczyli, że aborcja to jedyny sposób, żeby nasza córka nie cierpiała, doszliśmy więc do wniosku, że nie ma innego wyjścia.

Możesz wyjaśnić, co kryje się pod nazwą aborcja terapeutyczna?

W przypadku aborcji terapeutycznej kobiecie podaje się prostaglandyny, żeby pobudzić skurcze i wywołać poród. Ale w większości przypadków kobiety nie rodzą od razu po pierwszej dawce. Czeka się wtedy dwa, trzy dni i znowu podaje prostaglandyny. To świadczy o tym, jak silnie dziecko jest przywiązane do życia. Dzieci umierają w czasie porodu, ponieważ dotknięte są różnymi wadami, a że przychodzą na świat przedwcześnie, nie mają sił walczyć o przeżycie. Innymi słowy, poród nie prowadzi do życia, lecz do śmierci.

A zatem zrozpaczeni, pod wpływem słów lekarzy, początkowo zdecydowaliście się na aborcję. Co stało się potem?

Rozmawiałam z pewną lekarką, która wyjaśniła mi, jak będzie przebiegać aborcja, wywołanie porodu itd. Nie mogłam powstrzymać łez. Może już wtedy Pan otwierał mi oczy. Pamiętam, że powiedziałam: „w takim razie nie chcę tego zrobić”. Lekarka próbowała mi jeszcze tłumaczyć, że nie mam innego wyjścia. Potem posłała mnie do psychiatry, żebym podjęła decyzję. Po drodze trafiłam na oddział położniczy. Były tam matki przygotowujące się do aborcji terapeutycznej. Nigdy nie zapomnę tego, co zobaczyłam. Zajrzałam do jednego z pokojów, zupełnie jakby ktoś stamtąd mnie wezwał i w tym momencie zdałam sobie sprawę z tego, co przeżyję, jeśli zdecyduję się na aborcję. W środku była młoda dziewczyna w trakcie aborcji. Obok łóżka siedziała jej mama. Płakała i trzymała córkę za rękę, a dziewczyna krzyczała z bólu. Ta kobieta słyszała, jak wcześniej rozmawiałam z lekarką i wiedziała, że mam przejść to samo. Spojrzała na mnie i powiedziała: „u mojej córki to też jest aborcja terapeutyczna”. Nigdy nie zapomnę smutku, goryczy i rozpaczy tych słów. „Nie mogliśmy postąpić inaczej” – dodała. W jej oczach była pustka i beznadzieja. Tam nie było Boga, nie było nadziei, ponieważ Bóg jest nadzieją. Ta scena przekonała mnie, że aborcja terapeutyczna nie jest rozwiązaniem. To tylko śmierć i cierpienie. Niedługo potem rozmawiałam z psychiatrą, ale w głębi serca byłam już przekonana. Wiedziałam, co robić.

To, że zobaczyłaś rozpacz i cierpienie młodej matki, która doświadczała aborcji, było dla Ciebie prawdziwym darem?

Tak, to niewątpliwie była łaska, że Pan pozwolił mi na własne oczy zobaczyć to cierpienie i powiedzieć o nim. Czekając na psychiatrę, spotkałam inne kobiety, które podobnie jak ja czekały na aborcję. Słuchałam, co mówią i było mi bardzo smutno. W pewnym momencie zebrałam się na odwagę i zagadałam do pewnej mamy, która miała brzuch tej wielkości co ja. Zapytałam, dlaczego jest w szpitalu. Powiedziała, że jej córeczka ma zespół Downa. W tej chwili poczułam się tak, jakby coś we mnie umarło i pomyślałam: „Ale jak to, czy aborcja terapeutyczna nie dotyczy tylko dzieci z wadami letalnymi?” Powiedziałam Panu: „Czy nie było lepiej, żebym miała dziecko z zespołem Downa, a nie skazane na śmierć?”

Kiedy podjęłaś decyzję, że nie poddasz się aborcji?

Strony: 1 2 3

Newsletter
Aleteia codziennie w Twojej skrzynce e-mail