Aleteia

Opowieść matki, która zamiast poddać się aborcji, przyjęła życie córeczki ze śmiertelnymi wadami wrodzonymi

Bridget Colla/Flickr
Udostępnij

„Benedetta, kochanie ty moje, jeśli chcesz odejść, idź. Jesteśmy gotowi. Idź do Jezusa i powiedz mu, że jesteśmy szczęśliwi, że przyszłaś na świat”.

Razem ze mną do gabinetu psychiatry weszła ta mama, której córeczka miała trisomię 21. Psychiatra dał nam jakieś kartki do podpisania. To była cała konsultacja psychiatryczna. Wstałam i powiedziałam, że przyszłam porozmawiać. Lekarz spojrzał na mnie jak na wariatkę i zapytał: „Jest pani tutaj, żeby zrobić aborcję terapeutyczną, tak czy nie?”. „Nie” – wyrzuciłam z siebie. – „Przyszłam porozmawiać. Zdaje pan sobie sprawę z tego, że urodzę, żeby zamiast życia dać mojej córce śmierć?” Psychiatra nie dawał za wygraną: „No, to jak, chce pani tej aborcji?” Odpowiedziałam, że nie i wyszłam z gabinetu, słysząc jeszcze jak zirytowany lekarz mówi: „Za dwa dni będzie tu pani z powrotem i wszystko pani podpisze”. Ale tak się nie stało. Następnego dnia wycofałam żądanie aborcji. Pielęgniarka, której o tym powiedziałam, przyjęła tę decyzję z wielką radością. Podniosła do góry kartę i zawołała: „Chodźcie, chodźcie, Mallitti rezygnuje!” i dodała: „Brawo! Pozwól działać naturze”. To jeszcze bardziej uzmysłowiło mi, że takie decyzje nie są kwestią wiary. Bóg daje ci siłę, ale żeby odrzucić aborcję, wcale nie trzeba wierzyć. Człowiek w głębi duszy zna prawdę. Po wyjściu z oddziału poczułam się uwolniona od ciężaru śmierci. Zostawiłam go za plecami. Nie wiedziałam, co się wydarzy, ale czułam szczęście i pewność, że Bóg mnie nie opuści.

A co z bliskimi? Jak przyjęli Twoją decyzję?

Zewsząd spadły na mnie słowa krytyki: „Jesteś wariatką i egoistką”, „Chcesz, żeby twoja córka cierpiała”, „Nosisz w brzuchu dziecko, które musi umrzeć”. Ale ja zawsze podkreślam, że niewyobrażalne cierpienie ustąpiło, a na jego miejsce przyszła ogromna radość. Doświadczenie Benedetty jest łaską i radością mojego życia. Gdybym wcześniej tak strasznie nie cierpiała, nigdy nie doświadczyłabym tak głębokiego ukojenia. Jeśli cierpienie jest konieczne, by poczuć to, co odczułam w czasie pogrzebu Benedetty, to znaczy, że cierpienie nie jest złem, jak się sądzi, jak się nam wmawia. Nie, jest dobre. Jestem osobą niezdecydowaną, niepewną siebie. To, że miałam pewność co do decyzji i siłę, żeby jej bronić wobec wszystkich, nawet wobec męża, który był tak udręczony, że chciał aborcji, to niewątpliwie był dar boży. Nigdy nie zapomnę tego, co powiedział mi pewien ksiądz: „Musisz być wierna swojemu mężowi we wszystkim z wyjątkiem grzechu”.  To była słuszna decyzja. Czułam, że Bóg jest ze mną, że spełniam Jego wolę. Nie przejmowałam się krytyką. Liczył się tylko Pan, „tak”, które Mu powiedziałam i które chciałam doprowadzić do końca. Miałam cierpieć, miałam oglądać śmierć własnego dziecka, ale On obiecał mi, że mnie pocieszy, że mnie nie opuści. I dotrzymał słowa.

Jak w tym trudnym momencie udało Ci się żyć w zgodzie z mężem, który nie akceptował Twojej decyzji?

Początki nie były łatwe. Wielki ból z powodu diagnozy i kwestia aborcji sprawiały, że kłóciliśmy się i cierpieliśmy. Doszliśmy nawet do wniosku, że to koniec naszego małżeństwa. Michele nie chciał przyjąć naszej córeczki, był przerażony. Być może kobieta jest lepiej przygotowana do bólu, do cierpienia, pewne rzeczy są dla niej bardziej naturalne. Rozumiałam jego udrękę i nigdy go nie osądzałam, bo przecież był ojcem pogrążonym w cierpieniu. Jako para znaleźliśmy sobie kierownika duchowego, ojca Antonio. Ta pomoc była konieczna. Sami nie dalibyśmy rady. Musieliśmy czuć miłość. Bardzo nam pomogły bliskość i modlitwa naszej wspólnoty, mojej mamy, siostry i wszystkich, którzy się za nas modlili. Pamiętam, że zadzwoniłam do 150 klasztorów klauzurowych, do każdego z osobna, prosząc o modlitwę w naszej intencji i w intencji uleczenia naszej córki. Mój mąż otworzył oczy w czasie jednej z rozmów z o. Antonio. To była niezwykle piękna, podniosła chwila. Przyjął krzyż, zaakceptował naszą córkę i postanowił, że będzie miała na imię Benedetta, bo jest błogosławieństwem dla naszej rodziny.

Opowiedz, co czuliście w czasie narodzin Benedetty.

Benedetta urodziła się 26 października 2012 przez cesarskie cięcie. Wbrew zapowiedziom lekarzy wcale nie była potworem. Była prześliczna, podobna do mojego męża, płakała i samodzielnie oddychała. Przed zabiegiem ja i Michele poszliśmy na mszę razem z jednym z braci z naszej wspólnoty. Chcieliśmy się przygotować i napełnić Jezusem. Rano w szpitalu czekał na nas ks. Antonio, który przez cały czas modlił się za nas i wspierał nas duchowo. To on, wzruszony i szczęśliwy, ochrzcił Benedettę. W chrzcie wzięli udział pracownicy oddziału, matka chrzestna i mój mąż.  Przez dwa dni, które nasza córeczka spędziła na intensywnej terapii, Michele śpiewał jej psalmy, trzymając ją za rączkę. Chciał, żeby odczuła całą naszą miłość i przebaczyła mu za to, że nie od razu ją przyjął. Na drugi dzień, kiedy lekarze powiedzieli, że zostało jej tylko kilka godzin, poprosiłam Frankę, pielęgniarkę, która pocieszała mnie i wspierała, żeby mnie zabrała do Benedetty. Wiele razy prosiłam Pana, żeby nie kazał naszej córeczce umierać w samotności, żeby obdarzył mnie łaską bycia z nią w tym momencie. I tak się stało. Wzięłam ją na ręce i wyszeptałam: „Benedetta, kochanie ty moje, jeśli chcesz odejść, idź. Jesteśmy gotowi. Idź do Jezusa i powiedz mu, że jesteśmy szczęśliwi, że przyszłaś na świat. Jesteś wyjątkowa, nauczyłaś nas, czym jest miłość”. W tym momencie do pokoju wszedł Michele. Benedetta wydała ostatnie tchnienie.

Benedetta poszła do nieba 28 października, dwa dni po urodzeniu. Jak wspominasz dzień pogrzebu?