Nie możesz nas wesprzeć finansowo?

Możesz to zrobić na 5 innych sposobów:

  1. Módl się za nasz zespół i powodzenie naszej misji
  2. Opowiedz o Aletei w swojej parafii
  3. Udostępniaj nasze treści rodzinie i przyjaciołom
  4. Wyłącz AdBlocka, kiedy do nas zaglądasz
  5. Zapisz się do naszego newslettera i czytaj go codziennie

Dziękujemy!
Zespół Aletei

 

Aleteia

Bóg, który troszczy się o najmniejszy szczegół

Udostępnij

Makaron z sosem, kwiatek na Dzień Kobiet czy spóźniony, ale idealnie w punkt autobus – takie niby proste rzeczy, a jednocześnie małe cuda – codzienne znaki Bożej obecności.

Im dłużej żyję, tym głębiej wierzę, że Bóg uwielbia troszczyć się o szczegóły. Podrzucać nam drobne niespodzianki w odpowiedzi na nasze najskrytsze myśli, żeby sprawić nam radość i dać znać o swojej obecności. Być naszym doradcą w sprawach najbardziej błahych i puszczając do nas oczko podsuwać zaskakujące rozwiązania.

Czasem za pomocą tych drobiazgów potrafi zmienić całe życie. Innym razem to tylko (aż!) przejaw miłości i (często dowcipny) komunikat: nie jesteś sam, jestem, działam.

Autobus do domu

 To była któraś wiosna – ale bardzo wczesna. Wracałam z wigilii paschalnej u dominikanów.

Było już późno w nocy i zimny wiatr poodmrażał mi łydki. Ostatni dzienny autobus odjechał stamtąd równo dwie godziny temu, a do nocnego miałam parę kilometrów drogi.

Nogi bolały mnie tak, że zanim zdecydowałam, co robić, usiadłam na chwilę na przystankowej ławce. Przydałby się jakiś cud. Nagle przypomniało mi się: koleżanka (która niedawno autostopem wróciła z pielgrzymki) radziła, że jeśli się modlić, to tylko o konkrety. A w sprawach transportowych –  koniecznie św. Krzysztofa.

Trochę dla zabawy, trochę z zuchwałości, ale jednak z wiarą, że to może się udać, pomodliłam się, żeby ów święty nadesłał mi mój dzienny autobus do domu – dokładnie za dwie minuty.

Na efekty czekałam z zegarkiem w ręku. Potem tą samą ręką przecierałam oczy ze zdziwienia, bo na przystanek wjeżdżał właśnie mój 116. O dwie godziny spóźniony, ale równo dwie minuty po tym, jak wyartykułowałam prośbę.

Tych mini-cudów z komunikacją miejską zdarzyło mi się w życiu mnóstwo. Kolejny – parę lat później, gdy jechałam na opłatek w zaprzyjaźnionej fundacji.

Teraz to ja strasznie się spóźniałam i martwiłam się, że nie zdążę na składanie życzeń, na którym bardzo mi zależało. Mimo modlitw o dotarcie na czas spóźniłam się o 40 minut. Do siedziby fundacji wpadłam więc zawiedziona i wściekła.

Mini-cuda

Kiedy jednak weszłam do środka, skonstatowałam ze zdziwieniem, że jeszcze nic się nie zaczęło.

„Karolina, cześć” – podeszła do mnie jedna ze znajomych. „Fajnie, że jesteś, ale niepotrzebnie się spieszyłaś. Koledze, który wiezie jedzenie, zepsuł się samochód pod Wawrem. Musimy jeszcze na niego poczekać”.

W takich sytuacjach ze śmiechu bolałby mnie brzuch, gdyby nie to, że nieco niepokoiłam się o osoby postronne, którym niejako zgotowałam taki los. Bo czy koledze naprawdę zepsuł się samochód, tylko po to, żebym to ja mogła zdążyć na życzenia? I co z ludźmi, którzy jechali o dwie godziny spóźnionym autobusem w przeddzień Niedzieli Wielkanocnej? Czy Bóg naprawdę mógłby szkodzić jednym, żeby innym pomagać?

Takie pytania zadawałam sobie milion razy. W odpowiedzi przychodził tylko spokój. Mogło się znaleźć setki powodów, dla których usterka auta mogła się okazać korzystna dla kolegi. Bóg nie miewa chyba niedociągnięć w swoich planach, spowodowanych nagłą modlitwą roztrzepanej i jak zwykle spóźnionej Karoliny Sarniewicz. A ludzie z autobusu? Szkoda, że nie spytałam, która była u nich godzina. Może niczego nie zauważyli? Przy teleportacjach ojca Pio takie małe załamanie czasoprzestrzeni nie byłoby chyba niczym dla Boga trudnym?

Makaron z sosem

Często jednak bywa tak, że dostajemy miły prezent, wcale o niego nie prosząc. Po prostu ktoś, znając nasze myśli, robi nam niespodziankę – i tyle.

Znajomy zaanonsował się u mnie, bo prosiłam, żeby naprawił mi drzwi do łazienki. Kiedy do mnie wędrował, pomyślał sobie, że dzień jest naprawdę udany, ale idealny byłby, gdyby mógł zjeść jeszcze jakiś… skromny makaron z sosem. Z tego marzenia nie zwierzył mi się, ale od razu przeszedł do dzieła naprawy usterki. Kiedy tak kręcił śrubokrętem, żal mi się biedaka zrobiło, więc zaproponowałam obiad: „Tylko…- mruknęłam wstydliwie – w całym domu do jedzenia mam makaron z sosem”.

Długo leczyłam jeszcze szok po tym, jak on prawie rozpłakał się ze szczęścia.

Takie historie można by mnożyć i mnożyć.  Jest wszelako jedna, bez której ten pochwalny esej na temat Bożej troski po prostu nie może się obejść.

Kwiatek na Dzień Kobiet

Mojej koleżance, Monice, smutno było pewnego roku, że w Dniu Kobiet nie ma nikogo, kto mógłby dać jej kwiatek. Chodziła więc ze znajomą po mieście, mając nadzieję, że w końcu znajdzie się jakiś dżentelmen, co to wręczy jej tulipana co najmniej w komercyjnych celach jakiejś sieci supermarketów.

 Dziewczyny po drodze wstąpiły do znajomych zakonnic, które podarowały im jakąś książkę, a że książka była jedna, a koleżanek – dwie, postanowiły zmienić cel podróży. Teraz po Warszawie wędrowały już po to, żeby znaleźć ochotnika, który ten podarunek przyjmie.

Los chciał jednak, że wszyscy potencjalni obdarowani chodzili tego dnia parami, a właścicielki książki nie chciały zrzucić na nich swojego dylematu. W końcu ulicą szedł jakiś kleryk. Monika podbiegła do niego, krzycząc coś, że to prezent-niespodzianka i powinien się cieszyć, jak dobry ma dzisiaj dzień.

Klerykowi ze wzruszenia prawie odebrało głos. Książki, którą właśnie dostał, szukał od trzech miesięcy! W wolnych chwilach odwiedzał więźniów i jeden z nich potrzebował dokładnie tej konkretnej pozycji.

Koleżanka sprawiła komuś radość, ale co z jej marzeniem? Kiedy tak szła, uśmiechając się od ucha do ucha, zobaczył ją dawny kolega i… podarował jej kwiatek.

W taki dzień i z takim Bogiem nie mogło się skończyć inaczej.

Newsletter
Aleteia codziennie w Twojej skrzynce e-mail