Nie możesz nas wesprzeć finansowo?

Możesz to zrobić na 5 innych sposobów:

  1. Módl się za nasz zespół i powodzenie naszej misji
  2. Opowiedz o Aletei w swojej parafii
  3. Udostępniaj nasze treści rodzinie i przyjaciołom
  4. Wyłącz AdBlocka, kiedy do nas zaglądasz
  5. Zapisz się do naszego newslettera i czytaj go codziennie

Dziękujemy!
Zespół Aletei

 

Aleteia

Dziewięć miesięcy męskim okiem

Allan Foster/Flickr
Udostępnij

Zbzikowałem? Robię się miękkim tatusiem, który myśli tylko o małej fasolce w brzuchu? Tak ma być! To nie jest oznaka stawania się mięczakiem. To oznaka dojrzewania.

Ciąża to czas zmian dla kobiety. Jest to rzeczą zrozumiałą. Do końca nigdy nie dowiem się, jak to naprawdę jest z kobiecego punktu widzenia. Ale jako facet mogę podzielić się tym, jak te dziewięć miesięcy zmieniało mnie. 

Po pierwsze, zmieniają się myśli, jakie do tej pory zaprzątały głowę. Zamiast zastanawiać się np. czy iść w weekend w góry, czy wpaść na domówkę do znajomych, człowiek zachodzi w głowę, jak rozwija się małe dzieciątko na początku drugiego trymestru. Czy już widać nóżki, rączki, jakie układy w środku się rozwijają. Przegląda dziesiątki „baby” stron internetowych, żeby jak najwięcej pochłonąć wiedzy.

Po drugie, zmieniają się tematy rozmów i sami rozmówcy. Gdy tylko zobaczyłem starą znajomą z brzuszkiem, od razu odświeżały się kontakty i rozmowy schodziły na inne tory. „Gdzie rodzisz? Chłopczyk czy dziewczynka? Macie już imię?”. Masa pytań i wątków, które nigdy wcześniej nie miały takiego znaczenia jak teraz. I to facet zagaja rozmowę. Czułem się, jakbym został przyjęty do nowej samozwańczej grupy społecznej – ojców oczekujących przyjścia na świat małego dzidziusia. Przez to czułem się zobowiązany wypytać o wszystkie szczegóły i przedstawić oczywiście swoją wersję oczekiwań i pomysłów. A często moje (nasze) pomysły różniły się diametralnie od pomysłów innych rodziców.  Potem kolejne rozmowy, już w cztery oczy z małżonką. Analizowanie tego, co się usłyszało i refleksja, czy aby wszystkiego nie pozmieniać. Rodzące się non stop znaki zapytania w tym czasie to pewny constans.

Po trzecie, zmienia się źródło stresu. To, że coś w pracy poszło nie tak, przestało mieć takie znaczenie jak kiedyś. Nie, żebym olewał robotę, ale po prostu już tak się tym nie przejmowałem. Pierwszy „nowy” stres to test ciążowy. Ten moment, gdy czekałem w pokoju na wieści z łazienki – bezcenne. I ten szał, kiedy pojawiły się dwie kreski. Najpierw końska dawka stresu, a za chwilę natychmiastowe rozładowanie. Czysty rock’n’roll – jak na scenie. Następne nowe stresy pojawiały się co rusz. Pierwsza i każda kolejna wizyta u ginekologa. I za każdym razem to samo pytanie: „Czy z dzieckiem wszystko ok?”. Na jakiś czas zapewnienia lekarza wystarczały, aż nie zbliżał się termin kolejnego badania USG.

Największy stres to oczywiście poród. Rodzinny! A jakże. I nowe pytania: „Czy zdążę dojechać? Czy wszystko mam? Czy wszystko będzie dobrze? Jakie położne będą przy porodzie…”. A jednak cesarka. Czekam na korytarzu. „Czemu to tak długo trwa? Ile jeszcze? Czy wszystko ok?”. Pielęgniarka pcha przez długi korytarz mały wózeczek. „Ma pan syna” – mówi. Najpiękniejsze słowa świata zaraz po „kocham cię”. Jest podobnie, jak przy teście ciążowym. Istny rock’n’roll. Stres znika. Jest tylko euforia. I tak co najmniej przez najbliższy tydzień.

Oprócz źródła stresu zmienia się też źródło radości. Pamiętam, jak spędzaliśmy z żoną niedzielne poranki na trzymaniu dłoni na brzuchu, w którym rozciągały się małe nóżki i rączki. Sprawiało nam to tyle frajdy, że nie bardzo jest to z czym porównać. Właśnie zmieniała się nasza miłość. Przechodziliśmy przez kolejny jej etap. Zbliżyliśmy się do siebie. Nabrałem większego szacunku do żony, jako do kobiety noszącej pod sercem nasze dziecko. Zacząłem patrzeć na nią, jak na osobę jeszcze bardziej dojrzałą, odpowiedzialną i rezolutną. Ciąża zaczęła nas spajać coraz bardziej.    

Zmieniła się też nasza modlitwa. Jeszcze przed zajściem w ciąże zaczęliśmy się razem modlić. Intencja była ta sama, aby Pan Bóg obdarzył nas zdrowym dzieckiem. W czasie ciąży dalej się modliliśmy, aby dziecko rozwijało się zdrowo i szczęśliwie się urodziło. Dzień w dzień to samo. Wieczorem przed snem, razem siedząc w łóżku. Tylko ja, ona, dzidziuś i Pan Bóg. Tak nam zostało do tej pory. Tylko że dzisiaj dziękujemy za to, o co prosiliśmy wcześniej.

Pytasz: co ze mną nie tak? Zbzikowałem? Robię się czułym i miękkim tatusiem, który o niczym innym nie myśli, tylko o tej małej fasolce, której nawet jeszcze nie widziałem? Tak ma być. To nie jest oznaka stawania się mięczakiem. Robisz się prawdziwym facetem. Właśnie dzieje się to, o czym mówili w szkole podczas omawiania tematu dojrzewania. To właśnie jest ten ostatni etap – dojrzewanie społeczne. Niedawno to zrozumiałem.

Newsletter
Aleteia codziennie w Twojej skrzynce e-mail