Aleteia

„Transakcja” – nowy „Czterdziestolatek”?

Udostępnij
Komentuj

W książce jest znakomita scena spowiedzi, do której bohater idzie tuż po tym, jak uświadomił sobie, że jest bliski zdrady. „A może wyspowiadam się po?” – waha się przez chwilę…

Czy czterdziestolatek, który żyje całkiem zwyczajnie – ma rodzinę, pracuje – może zostać bohaterem literatury? To pytanie zadaje pewnemu modnemu scenarzyście bohater powieści „Transakcja” Zbigniewa Korby.

„Szczerze? Nuda!” – słyszy w odpowiedzi. Korba – prywatnie mąż jednej żony, ojciec pięciorga dzieci, prawnik i harcerz – najwyraźniej postanowił udowodnić, że da się to zrobić. Chyba ostatnio podjęli się tego zadania w latach 70. twórcy serialu „Czterdziestolatek”. W książce Korby pokolenie, które wchodziło w dorosłość wraz z upadkiem komuny, może zobaczyć samych siebie i swoje problemy.

Rytm powieści wyznaczają kolejne espresso, podwójne espresso i latte wzmocnione podwójnym espresso, które co chwilę wypija główny bohater. Codzienne obowiązki bywają wyczerpujące: praca od świtu do nocy, korki na ulicach, urządzanie domu, wizyta z dziećmi u dentysty… Maćka, prawnika renomowanej warszawskiej kancelarii, może trudno nazwać everymanem, bo pracuje na ostatnim piętrze wieżowca w centrum Warszawy, mieszka w pięknym domu pod miastem, a w weekendy lata samolotem nad morze, żeby odwiedzić żonę i dzieci na wakacjach. A jednak jego życie jest takie jak życie wielu z nas, którzy próbujemy – z różnym skutkiem – sprostać zbyt wielu wyzwaniom.

Tę intensywną, ale raczej ustabilizowaną egzystencję, zakłócają trzy wątki: długonogiej koleżanki z pracy, której towarzystwo budzi w Maćku nieoczekiwane poruszenie, ważnej transakcji prowadzonej przez jego firmę i zagadkowej śmierci przyjaciela. Akcja toczy się wartko. Okazuje się, że te dwie ostatnie sprawy w zaskakujący sposób wiążą się ze sobą. Natomiast ta pierwsza… Zaczyna się od służbowych rozmów, miłych pogawędek, żarcików i powłóczystych spojrzeń, a omal nie kończy się w łóżku. A żona jest w kolejnej ciąży i daleko. Jakie to banalne! – chciało by się powtórzyć za przyjacielem głównego bohatera, który na szczęście zauważa, co się święci, i odbywa z Maćkiem poważną męską rozmowę. Uświadamia mu, jak wiele może stracić wdając się w romans i jak trywialnie kończą się takie historie.

Masz znajomego, który również niebezpiecznie zmierza w tę stronę? Koniecznie przeczytaj „Transakcję” – będziesz wiedział, jak z nim rozmawiać. Ile małżeństw dałoby się uratować, gdyby ich otoczenie nie nabierało wody w usta i nie mówiło sobie: to nie moja sprawa! A może sam/sama masz dosyć wszystkiego i nadarza Ci się okazja na chwilę zapomnienia w czyichś chętnych ramionach? Wykonaj pewną symulację – wyobraź sobie, jak będzie wyglądało życie Was trojga za dwa lata.

W książce jest znakomita scena spowiedzi, do której bohater idzie tuż po tym, jak uświadomił sobie, że jest bliski zdrady. Pod wpływem nagłego impulsu wchodzi do kościoła i widzi księdza w konfesjonale. „A może wyspowiadam się po?” – waha się przez chwilę. Facet w czerni okazuje się znawcą ludzkiej duszy: „Pamiętaj i powtarzaj sobie, że klucz do rozwiązania tej sytuacji cały czas masz jeszcze w ręku, nie wrzuciłeś go przecież do jeziora. Przywiąż go do paska jakimś łańcuszkiem albo sznurkiem. To pierwsza rzecz. Druga – wzmocnienie woli, przywołanie rozumu, odzyskanie wzroku. Powtarzaj jak mantrę, po sto razy dziennie: Mam żonę, dzieci, to jest moje szczęście. Czy taka może być pokuta?”.

Czytając ten fragment, pomyślałam sobie – jak to dobrze, że w Polsce wciąż mamy otwarte kościoły i księży przesiadujących w konfesjonałach. Może nawet mogliby w nich przesiadywać dłużej i nie tylko w czasie mszy? Kolejki do spowiedzi u jezuitów czy dominikanów ustawiające się przez cały tydzień na warszawskiej starówce pokazują, że jak jest podaż, to pojawia się również popyt.

W książce znalazło się sporo dygresji dotyczących najnowszej historii Polski. Zbigniew Korba przyznał na spotkaniu autorskim, że jako debiutant chciał napisać o wszystkim. Takie wtręty bywają przydługie i publicystyczne, ale są ciekawe. „Najbardziej praktyczna jest dobra teoria” – to jeden z wielu takich bon motów. Mój ulubiony wątek to epizodyczna, ale chyba arcypolska postać drobnego przedsiębiorcy spod Łomży – zaradnego, pracowitego i dumnego ze swojego małego sukcesu. Ponieważ sama wychowałam się w miasteczku pod Łomżą, mam tylko jedno (ale podszyte pretensją) pytanie do autora – dlaczego akurat Łomża robi za miejsce, w którym wrony zawracają?

Sytuacja nieoczekiwanie zmusza Maćka do przypomnienia sobie, czym żył 20 lat wcześniej i jak planował z przyjaciółmi „ruszyć z posad bryłę świata” – jak napisał całkiem inny autor. Co z tego zostało po latach krzątaniny? Miłość, o której marzy każdy młody człowiek, została mu dana. Przeszła od fazy szczenięcej do dojrzałej. A co z innymi Wielkimi Słowami, takimi Bóg, honor i ojczyzna? Może o nich też da się pamiętać?

Newsletter
Aleteia codziennie w Twojej skrzynce e-mail