Aleteia.pl - pozytywna strona Internetu w Twojej skrzynce e-mail

Nie możesz nas wesprzeć finansowo?

Możesz to zrobić na 5 innych sposobów:

  1. Módl się za nasz zespół i powodzenie naszej misji
  2. Opowiedz o Aletei w swojej parafii
  3. Udostępniaj nasze treści rodzinie i przyjaciołom
  4. Wyłącz AdBlocka, kiedy do nas zaglądasz
  5. Zapisz się do naszego newslettera i czytaj go codziennie

Dziękujemy!
Zespół Aletei

 

Katolicki portal bez polityki. Wesprzyj nas!

Aleteia

Niemy Przeżuwacz z Akwinu

Fr Lawrence Lew, O.P./Flickr
Udostępnij

Bracia nadali mu przydomek „Niemy Wół”. Miał być uszczypliwy, ale dobrze oddawał jego charakter. Akwinata był świetny w przeżuwaniu duchowych i intelektualnych treści.

Wydana przez francuskiego króla Ludwika IX uczta trwała w najlepsze, gdy nagle gwar głosów i dźwięk muzyki zagłuszył trzask pękającego drewna i odgłos spadających na podłogę naczyń i potraw. „Wiem, wiem, jak odpowiedzieć manichejczykom!” – w zapadłej nagle ciszy zabrzmiał donośny okrzyk dominikańskiego kaznodziei, do tej pory nieco nieobecnego myślą. Stał z rozradowaną twarzą nad stołem, w który przed chwilą uderzył pięścią, łamiąc go na pół. Trudno się zresztą dziwić, że był zdolny do takiego aktu destrukcji – imponował wzrostem i wielkością sylwetki. Nagła cisza otrzeźwiła go – popatrzył na skutki uboczne swojego odkrycia i rzucił się przepraszać gospodarza. Ten tylko się uśmiechnął i polecił sprowadzić skrybę, by można było zapisać teologiczne rozwiązanie, jakie przed chwilą odnalazł br. Tomasz z Akwinu, wówczas już znany uczony.

Przeżuwacz

Nie to, żebym zniechęcała do zapraszania teologów na imprezy, ale biografia tego jednego z największych myślicieli w dziejach Kościoła jest pełna takich barwnych opowieści. Tomasz sam w sobie na pierwszy rzut oka, a nawet na kilka następnych rzutów, nie robił zbyt wielkiego wrażenia: milczący, poważny, ze spokojem przyjmujący upokorzenia. Bracia, którzy z nim studiowali, nadali mu przydomek „Niemy Wół”. W założeniu miał on być wyrazem kaznodziejskiej miłości uszczypliwej, ale oddawał też dobrze najmocniejszą stronę Tomaszowego charakteru. Otóż Akwinata był świetny w przeżuwaniu, przede wszystkim duchowych i intelektualnych treści.

Jako kilkuletnie dziecko został oddany na wychowanie do opactwa benedyktynów na Monte Cassino. Rodzina liczyła, że kiedyś zostanie opatem, poszerzając w ten sposób sferę wpływów rodu. Mnisi nauczyli Tomasza modlitwy, dyscypliny, kontemplacji i, odkrywszy jego intelektualne umiejętności, wysłali na studia. Tam jako kilkunastoletni chłopak spotkał dominikanów i stwierdził: „Ja też tak chcę!”. Rodzina, delikatnie mówiąc, nie była zachwycona. Nieszczęsnego nowicjusza uwięziono, a następnie podesłano do jego celi prostytutkę. Biedna kobieta została przegnana za pomocą płonącej żagwi (czyżby wrodzony talent inkwizytorski Tomasza?). Bliskim pozostało jedynie pogodzenie się z tym, że będą mieli w rodzinie kaznodzieję-żebraka.

Akwinata rozpoczął studia w Kolonii, gdzie jego nauczycielem był m.in. Albert Wielki, a następne szlify uniwersyteckie zdobywał w Paryżu. Proponowane przez niego rozwiązania filozoficzne i teologiczne charakteryzują się szlachetną prostotą i precyzją. Zostało po nim wiele dzieł, z których najbardziej znane to „Summa teologii” oraz „Summa contra gentiles” (z całością dorobku można się zapoznać na www.corpusthomisticum.org). Wielkość spuścizny, zwłaszcza jeśli weźmie się pod uwagę rozmiar niektórych dzieł, zadziwia, szczególnie jeśli sobie uświadomimy, że jej autor zmarł, mając zaledwie pięćdziesiąt lat.

A gdzie cud?

Jego naukowy autorytet nie uchronił go przed upokorzeniami (tak, był taki czas, kiedy paryskie mieszczki podpuszczone przez diecezjalny kler wylewały na głowę przechodzącym ulicą dominikanom nieczystości). Nie obronił także jego dzieł przed wpisaniem na indeks, co nastąpiło po śmierci autora.

Był również poetą – jemu zlecono napisanie oficjum na uroczystości Ciała i Krwi Pańskiej, z którego to zadania wywiązał się rewelacyjnie. Niewiele przed śmiercią przestał pisać – doświadczenie mistyczne (jak twierdzą jedni) czy też mikroudar (jak twierdzą inni) spowodował, że uznał swoje teologiczne (arcy)dzieło za słomę. Chciał już tylko zjednoczenia z Bogiem i kilka miesięcy później Pan wysłuchał jego prośby. Tomasz uległ wypadkowi podczas podróży na sobór we Florencji w lutym 1274 roku i po kilku tygodniach zmarł.

Kiedy rozpoczęto jego proces kanonizacyjny, pojawił się problem. Mianowicie za życia dominikanin nie dokonał żadnego cudu. I wtedy w obronie wielkiego, a pokornego brata stanął ówczesny papież: „Każda rozwiązana przez niego filozoficzna kwestia jest cudem”. I trudno biskupowi Rzymu odmówić tu racji, chociaż ja dorzuciłabym coś o pogodzeniu wielkiego intelektu z jeszcze większą pokorą.

Newsletter
Aleteia codziennie w Twojej skrzynce e-mail