Aleteia logoAleteia logoAleteia
poniedziałek 15/04/2024 |
Świętych Anastazji i Bazylissy
Aleteia logo
Styl życia
separateurCreated with Sketch.

„Mama to nie jest to samo, co tato”

web-rodzina-dzieci-rodzice-narty-snieg-east-news

EAST NEWS

Katarzyna Wyszyńska - 30.01.17

Gdzie jest granica między surowym naciskiem, a mądrym wymaganiem i motywowaniem? Nie wiem, ale wiem, że łatwiej ją znaleźć razem z moim mężem niż oddzielnie.

Jesteśmy rodziną 5-cio osobową, z najmłodszym niemowlakiem. Teraz wyobraźcie sobie, jak wygląda nasz bagażnik, gdy jedziemy na ponad tygodniowy, zimowy wyjazd. Walizka duża, walizka mała, łóżeczko turystyczne, wózek, torba z ocieplaczami i butami na zmianę, dwa plecaczki do samochodu z podręcznymi rzeczami… “Kochanie, jeszcze koniecznie musimy wziąć sanki!” – zaskoczył mnie mąż. “Nie ma opcji, żebyśmy się z tym wszystkim zmieścili!”- odparłam z przekonaniem.

Na szczęście się nie założyłam, bo bym przegrała. Mojemu mężowi nie tylko udało się wszystko spakować, ale również dowieźć nas cało w góry. Dodatkowo w minutę ogarnął holowanie, gdy zakopaliśmy się na jakiejś bocznej drodze w śniegu (a za oknem -20!), a gdy już dzieciaki padły spać, uciszał balujących po nocy hotelowych sąsiadów.

“Trick or treat”

Moim ogromnym marzeniem jest wyposażenie dzieci w “pakiet podstawowych umiejętności” – jazda na rowerze, pływanie i jazda na nartach. (Jest też pakiet rozszerzony, obejmujący np. jazdę konną ;)). Skoro więc nadarzyła się okazja, czym prędzej opłaciłam 5 godzin indywidualnych lekcji. I o ile starsza była zachwycona, o tyle młodsza już po dwóch pierwszych zjazdach stwierdziła, że “narty są zupełnie okropne mamusiu, ja już nie chcę”.

Udało mi się namówić ją na jeszcze jeden raz, ale wracając do hotelu kategorycznie stwierdziła, że więcej to ona tu nie wróci. O zgrozo! Tylko rodzic trzylatka wie, jak twarde negocjacje trwały do następnego popołudnia… Złamaliśmy przy tym kilka reguł wychowawczych, obiecując za każdy zjazd limitowanego do tej pory lizaka, a za upadek czekoladkę, ale udało się! Nawet chętnie i w dobrych humorach wybrałyśmy się na stok dnia trzeciego naszej wyprawy.

Nie mogłam oderwać wzroku od tych małych kolorowych kropek wjeżdżających na orczyku. Niestety, sytuacja się powtórzyła – dwa zjazdy i koniec.

Domowe wypieki

Wróciłam do ośrodka zdruzgotana. Oto właśnie jestem tą matką z chorymi ambicjami! Tą, która w imię własnych marzeń unieszczęśliwiła i przymusza dziecko do czegoś, co mu w ogóle do szczęścia nie jest potrzebne.

Z ciężkim sercem wieczorem powiedziałam mężowi, że to koniec lekcji dla tego dzieciaka, musimy ją zabrać z kursu i powalczyć o zwrot kasy. “No co Ty! Tak Ci zależało! A mała to twarda sztuka, da radę, tylko musi załapać. Ja z nimi jutro pójdę”. “A co zrobisz, jak Ci powie po pierwszym zjeździe, że już ma dość?”, zapytałam. “Jak to mi powie, nie zamierzam tam stać i marznąć. Odbiorę je po godzinie, nie będę się wcześniej pokazywał”. Zamarłam.

Jednak mimo mojego zwątpienia i oporów, ekipa pojechała na stok również w dzień czwarty. W napięciu oczekiwałam ich powrotu. Po trzech godzinach do pokoju wpadły dwie rozanielone, roześmiane i co najważniejsze niesamowicie z siebie dumne dziewczynki! Przekrzykując się głośno, na zmianę chwaliły się czego kto się tego dnia nauczył. Tak, OBIE! Właśnie tego dnia udało się, “zatrybiło”.

Gdybym się uparła i poddała zniechęceniu, pozbawiłabym moją małą, ale bardzo dzielną córeczkę tego doświadczenia. A gdyby nie mój racjonalny mąż, na pewno tak właśnie by się stało. Tak jak z jazdą na rowerze, jak z pierwszymi dniami w nowym przedszkolu – ponoć lepiej żeby towarzyszył tym wydarzeniom właśnie tata, a nie mama i ja rozumiem czemu.

To są może trywialne przykłady, ale ja muszę sobie czasem o tym przypomnieć: choć serce drży, gdy widzę jak się z czymś zmagają, choć chciałabym pomóc, zlitować się oszczędzając jakiejś przykrości czy trudu dzieciom, odbieram im tym samym szansę na zmierzenie się z wyzwaniem, naukę, rozwój i nabycie wiary we własne możliwości.

Nie wiem, gdzie jest granica między surowym naciskiem, a mądrym wymaganiem i motywowaniem, ale wiem, że razem z moim mężem jest nam łatwiej ją wyczuć niż oddzielnie.

Nasze cechy charakteru, odmienne temperamenty, emocjonalność i wychowanie, jak sól i cukier w zaczynie na chleb, mieszają się i wzajemnie łagodzą, równoważąc proporcje i nadając smak. Czas pokaże, co nam z tego wyrośnie.

Tags:
dziecimacierzyństwoojciecrodzinawychowanie
Modlitwa dnia
Dziś świętujemy...





Top 10
Zobacz więcej
Newsletter
Aleteia codziennie w Twojej skrzynce e-mail