Aleteia.pl - pozytywna strona Internetu w Twojej skrzynce e-mail

Nie możesz nas wesprzeć finansowo?

Możesz to zrobić na 5 innych sposobów:

  1. Módl się za nasz zespół i powodzenie naszej misji
  2. Opowiedz o Aletei w swojej parafii
  3. Udostępniaj nasze treści rodzinie i przyjaciołom
  4. Wyłącz AdBlocka, kiedy do nas zaglądasz
  5. Zapisz się do naszego newslettera i czytaj go codziennie

Dziękujemy!
Zespół Aletei

 

Aleteia

Fascynujące początki TOPR. „Górale uważali swoich gości za skończonych niedołęgów”

Igor Marcin Józefowicz/REPORTER
Udostępnij

Jak relacjonuje Mariusz Zaruski, początkowo organizowanie wyprawy ratunkowej było jedną wielką improwizacją i nieraz trwało cały dzień, przez co „nieszczęśliwy turysta mógł lekko zemrzeć”…

Turystów, którzy bywają w polskiej stolicy Tatr regularnie, nie dziwi charakterystyczny warkot śmigłowca TOPR sunącego po niebie w zawrotnym tempie. Na jego pokładzie trwa akcja ratownicza. Ekipa toprowców działa jak szwajcarski zegarek zarówno podczas ewakuacji rannego turysty, jak i podczas pierwszych medycznych działań.

Początki TOPR wyglądały jednak znacznie mniej okazale, o czym barwnie w tomie „Na bezdrożach tatrzańskich” pisze jeden z jego założycieli i pierwszy naczelnik, gen. Mariusz Zaruski. Warto pamiętać o tej wyjątkowej postaci, której 150-lecie urodzin wspominaliśmy 31 stycznia.

 

Turystami trzeba się w górach opiekować

Zaruski notuje, że jedną z głównych z przyczyn powołania Tatrzańskiego Ochotniczego Pogotowia Ratunkowego było zwiększenie się wypadków śmiertelnych w górach, co z kolei było skutkiem rozwoju tego rodzaju turystyki. A opisuje to tak:

Górale uważali swoich gości za skończonych niedołęgów, którzy potrafią spaść z każdego głazu, o ile zejdą z wychodzonej ścieżki. Kierowały nimi tu obawa utraty zarobków i szczera troska o życie i zdrowie „panów”. Jeżeli weźmiemy pod uwagę niski poziom wychowania fizycznego u nas i idący z nim w parze brak wyrobienia fizycznego i zręczności, musimy przyznać przewodnikom słuszność. Takimi ciaraparami [ciamajdami – red.] jak nasza młodzież, a jeszcze bardziej ludzie dorośli z końca XIX wieku, należało się istotnie jak dziećmi opiekować w górach.

 

Wyprawy ratunkowe to wielka improwizacja

Jak relacjonuje Zaruski, początkowo organizowanie wyprawy ratunkowej było jedną wielką improwizacją i nieraz trwało cały dzień, przez co nieszczęśliwy turysta mógł lekko zemrzeć.

Nie brakowało też przy tej okazji interesujących dialogów. Zaruski przytacza jeden z nich:
Przychodziło się do domu przewodnika gdzieś na Gubałówce, Bystrem lub innym Żywczańskiem.
– Gazda w domu?
– Ni, konie pasie pod lasem. Jędrek, chybaj po ojca.
Leciał Jędrek i po długiej chwili wracał zdyszany.
– Ociec nie pójdom, bo jutro jadom na jarmark.
Trzeba było iść na drugi koniec zakopiańskiego świata, na trzeci i czwarty, zanim zebrało się gromadkę ludzi.
A czasem, niestety, słyszało się odpowiedź:
– Dacie sto papirków, to pójdem.
Słuszność każe zaznaczyć, że takie odpowiedzi należały do wyjątków.

Jak widać z powyższego opisu, trzon Pogotowia Ratunkowego stanowili górale świetnie znający teren i zaznajomieni z niebezpieczeństwami górskich szlaków. Specjalnie dla nich Mariusz Zaruski wymyślił telegraf tatrzański oparty na gestach, które można było odczytywać z oddali i w ten prosty sposób komunikować się na odległość.

Członkowie akcji ratowniczych dzielili się na co najmniej trzyosobowe oddziały, które w góry prowadzili kierownicy. Pierwsi ratownicy dysponowali bardzo ubogim sprzętem – używali lin, czekanów, raków, a rolę noszy pełniły lekkie i wytrzymałe kije bambusowe owijane siatką. Kto wtedy by pomyślał o śmigłowcach, karetkach czy skuterach śnieżnych?!

 

Siła mięśni i woli – główne atrybuty ratowników TOPR

Sam Mariusz Zaruski poprowadził wiele wypraw ratunkowych, ale jednej z nich poświęca w książce „Na bezdrożach tatrzańskich” szczególną uwagę. Była to akcja poszukiwawcza towarzysza jego górskich wycieczek Mieczysława Karłowicza – kompozytora i wielkiego entuzjasty nart, który 8 lutego 1909 roku (czyli na kilka miesięcy przed formalnym powołaniem TOPR) zginął u stóp Małego Kościelca porwany przez lawinę śnieżną.

Ekipa ratunkowa przemieszczała się po śladach właśnie w stronę Kościelca. W końcu, jak relacjonuje Zaruski, na grani odsłania się widok straszny: ślady nart, idące po zboczu, gubią się w bruzdach i pokruszonych bryłach śniegu już spadłej ogromnej lawiny… Z drugiego końca już nie wychodzą! Naga i bezduszna prawda: to jego mogiła!

Czytając opis tych wypraw, można sobie nie tylko po raz kolejny uświadomić potęgę górskiego żywiołu, ale także to, jak bardzo zmieniła się turystyka w Tatrach. Okazuje się, że przed stu laty przez wiele godzin, a nawet dni popularne dziś szlaki były zupełnie puste. Nie zmieniło się jednak to, że i wtedy, i dzisiaj siła mięśni i siła woli były głównymi atrybutami ratowników TOPR.

Newsletter
Aleteia codziennie w Twojej skrzynce e-mail