Aleteia.pl - pozytywna strona Internetu w Twojej skrzynce e-mail

Nie możesz nas wesprzeć finansowo?

Możesz to zrobić na 5 innych sposobów:

  1. Módl się za nasz zespół i powodzenie naszej misji
  2. Opowiedz o Aletei w swojej parafii
  3. Udostępniaj nasze treści rodzinie i przyjaciołom
  4. Wyłącz AdBlocka, kiedy do nas zaglądasz
  5. Zapisz się do naszego newslettera i czytaj go codziennie

Dziękujemy!
Zespół Aletei

 

Aleteia

Sól musi być gotowa, by dać się rozpuścić i oddać życie [komentarz do Ewangelii]

Collection Christophel/EAST NEWS
Udostępnij

Nikt nie podziwia soli samej w sobie. Ona czeka na to, by ją dodać do potrawy. Po dodaniu także nikt nie mówi o smacznej soli, tylko o smacznym daniu. Sól pozostaje w cieniu.

Obejrzałem właśnie „Przełęcz ocalonych”, epicki film o jednym z największych bohaterów wojennych, jakich zna historia. Film o tym, że ten, który dziś wydaje się najsłabszy, którym inni mogą pogardzać, może jutro poświecić się dla nich i uratować im życie, może okazać się najsilniejszy. O tym, że prawdziwa siła jest siłą ducha, która karmi się wiarą.

Desmond Doss, młody amerykański chłopak, zaciągnął się do armii w 1942 roku na wieść o japońskim ataku na Pearl Harbor. W trakcie służby odmówił jednak noszenia broni i zabijania wrogów, argumentując decyzję swoimi przekonaniami religijnymi. „Gdy inni będą odbierać życie, ja będę je ratował”.

Jego przełożeni i koledzy uznali go za wariata, tchórza i nieprzydatnego w czasie walki na froncie. Mimo to w trakcie krwawej bitwy o Okinawę w maju 1945 udało mu się w heroiczny sposób, ryzykując swoje życie, uratować życie ok. 75 żołnierzy. Nie zważając na ostrzał i niebezpieczeństwo, niósł pomoc rannym, także kiedy wojska amerykańskie wycofały się z pola walki, on pozostał szukając rannych. Człowiek, który miał być nieprzydatny na froncie, stał się na nim największym bohaterem. Został odznaczony przez prezydenta Trumana Medalem Honoru – najwyższym odznaczeniem wojskowym USA.

Doss nie rozstawał się ani na krok ze swoim kieszonkowym wydaniem Biblii, podarowanym mu przez żonę przed wyjazdem na front. Umieściła w niej liścik, w którym napisała m.in.: „Najdroższy Desmondzie! Gdy będziesz czytał i studiował bezcenne obietnice znajdujące się w Słowie Bożym, w tej małej Biblii, obyś otrzymał siłę we wszelkich trudnościach, jakie mogą Cię spotkać”. Ciągle sięgał do Biblii. Faktycznie stała się jego podstawowym źródłem siły, która objawiła się heroicznie na polu walki.

„Stanąłem przed wami w słabości i w bojaźni, i z wielkim drżeniem. A mowa moja i moje głoszenie nauki nie miały nic z uwodzących przekonywaniem słów mądrości, lecz były ukazywaniem ducha i mocy, aby wiara wasza opierała się nie na mądrości ludzkiej, lecz na mocy Bożej” – mówi dzisiaj św. Paweł. Desmond Doss nie pociągnął swoich kompanów żadną mową o Jezusie czy opowiadaniem Ewangelii. On ją po prostu sam czytał. W ich oczach był słaby i tchórzliwy, a jednak Słowo dawało mu moc i ducha, który objawił się w kluczowym momencie.

„Wy jesteście solą ziemi… wy jesteście światłem świata” – mówi Jezus. Chrześcijanie nie są po to na świecie, żeby ten świat zdominować. Funkcja soli i światła, to służba drugiemu. Nikt nie podziwia soli samej w sobie. Ona czeka na to, żeby ją dodać do potrawy. Po dodaniu także nikt nie mówi o smacznej soli, tylko o smacznym daniu. Sól pozostaje jakby w cieniu, a jednak jest potrzebna dla doprawienia. Nie można jej też dawać zbyt dużo, bo przesolona potrawa jest niesmaczna i nikt nie chce jej jeść. Sól czeka, żeby ją dodać i żeby rozpłynęła się w potrawie.

Ale Jezus mówi też o świetle. Światło jest mniej skromne od soli, jest bardziej widoczne. Na nim często skupia się uwaga. Nad światłem można się zachwycać. Można, najważniejsze jednak, aby wypełniało swoją funkcję: świeciło dla innych. Jezus mówi wręcz, że światła nie należy chować pod korcem, pod przykryciem. Nie, ma świecić. „Aby widzieli wasze czyny i chwalili Ojca, który jest w niebie”.

Dobro, ukryte czy widoczne, ma być świadectwem, że Bóg jest dobry i kocha każdego człowieka. Desmond Doss ratował rannych modląc się do Boga: „Panie, daj mi uratować jeszcze jednego. Jeszcze jednego”. Ratował ich, bo wiedział, że każdy jest cenny w oczach Boga, każdy jest Jego synem. On w ten sposób odzwierciedlał miłość Boga do człowieka. Boga, który mówi, że jest gotowy szukać jednej zaginionej owcy. On także szukał jednego po drugim.  Na polu bitwy był jak sól – po prostu robił to, co czuł, że musi robić. Ryzykował życie. Kilkukrotnie został ranny. Sól musi być gotowa się rozpuścić, oddać życie.

Kiedy jego dokonania na polu bitwy stały się znane, jego światło rozbłysło. Odznaczony przez prezydenta najwyższym odznaczeniem wojskowym, potem uhonorowany przez Kongres Stanów Zjednoczonych. Jego bohaterstwo okryło go chwałą. Film opowiadający jego historię – „Przełęcz ocalonych” – jest wśród nominatów do tegorocznych Oscarów.

Światło Desmonda Dossa rozbłysło przed światem, ale w tym świetle widać moc Boga. Film – mimo, że jest hollywoodzką produkcją – podkreśla bardzo wyraźnie, że siłą Dossa była wiara, bez której nie dokonałby takich rzeczy. Historia jego bohaterstwa naprawdę jest świadectwem i inspiracją. Solą i światłem. Ty i ja, może nie na polu bitwy o Okinawę, ale też możemy być solą i światłem.

Newsletter
Aleteia codziennie w Twojej skrzynce e-mail