Aleteia.pl - pozytywna strona Internetu w Twojej skrzynce e-mail

Nie możesz nas wesprzeć finansowo?

Możesz to zrobić na 5 innych sposobów:

  1. Módl się za nasz zespół i powodzenie naszej misji
  2. Opowiedz o Aletei w swojej parafii
  3. Udostępniaj nasze treści rodzinie i przyjaciołom
  4. Wyłącz AdBlocka, kiedy do nas zaglądasz
  5. Zapisz się do naszego newslettera i czytaj go codziennie

Dziękujemy!
Zespół Aletei

 

Katolicki portal bez polityki. Wesprzyj nas!

Aleteia

Oddałam córeczki do adopcji. Zrobiłam to dla ich dobra

HTeam/Shutterstock
Udostępnij

„Jeśli kiedyś będę mogła je zobaczyć, powiem im, że je bardzo kochałam. Zawsze. Przez całe życie” – mówi Sylwia, mama bliźniaczek, które oddała do adopcji ze wskazaniem.

Bartek o niczym nie wie. Nie wie też rodzina, znajomi. Tylko mąż, a właściwie konkubent, bo Sylwia żyje w nieformalnym związku. Oprócz Bartka wychowuje jeszcze 15-miesięczną Zosię. O tym, że jest w ciąży, dowiedziała się podczas kontrolnej wizyty u lekarza. Była cztery miesiące po porodzie. Gdy na monitorze USG zobaczyła dwie żyjące małe istoty, zamarła. „Jest pani w ciąży bliźniaczej, dwunasty tydzień” – powiedział lekarz i w jego wzroku wyczytała odpowiedź na pytanie, którego nie zdała, którego nawet nie zdążyła pomyśleć: Już nic nie można zrobić.

Wracała do domu załamana myśląc, co teraz z nimi będzie, jak sobie poradzą. Bo jak można żyć w małej miejscowości, bez pracy, bez mieszkania, bez perspektyw i nadziei na to, że jutro coś się zmieni, że będzie inaczej, lepiej. Z czwórką dzieci? Wieczorem po rozmowie z partnerem uznała, że jedynym wyjściem jest oddanie bliźniąt do adopcji.

Poszukiwania

Nie miała pojęcia, jak się do tego zabrać, gdzie się zgłosić, kogo zapytać o radę. Włączyła komputer, weszła do internetu i wpisała jedno słowo: adopcja. Chwilę później była na stronie adopcjazewskazaniem.pl[1]. Tej samej nocy napisała, że spodziewa się bliźniaków, że sama nie może dać im domu, dlatego szuka rodziny, która je pokocha. Nacisnęła „wyślij”. „Nikt się nie odezwie” – przekonywał ją partner, bo nie mieściło mu się w głowie, że można znaleźć rodziców przez internet.

Następnego dnia Sylwia czytała ponad setkę maili z najróżniejszych zakątków Polski. Od ludzi, którzy marzyli o dziecku. Czytała o miłości, którą pragnęli się podzielić, o tęsknocie za normalnym życiem, rodziną. Płakała ze wzruszenia. Im brakowało tego, czego ona miała w nadmiarze. Dlaczego, Boże, tak się stało – pytała siebie. Ale wtedy, tamtego dnia, zaczęła dostrzegać w tym, co się wydarzyło, jakiś sens. Rozpacz zamieniała w nadzieję. Może to ja miałam urodzić czyjeś dzieci? – mówiła sobie.

Odpisała tylko do kilku rodzin, bliższy kontakt nawiązała z jedną. Wybierała tych, którzy mieli już za sobą kurs w ośrodku adopcyjnym, którzy otrzymali kwalifikacje na rodziców. Po kilku dniach dostała jeszcze jednego maila. „Nie wiem dlaczego, ale gdy go przeczytałam, poczułam, że to jest właśnie ta rodzina” – powie dzisiaj. Gdy kilka tygodni później zobaczyła Marzenę, miała wrażenie, jakby widziała siebie, tylko w lepszym wydaniu: uśmiechnięta, energiczna, serdeczna, ciepła. Miała pewność, że to jest właśnie ta osoba, ta rodzina, że już dłużej nie musi szukać.

Nie chciała, by syn dowiedział się o tym, że jest w ciąży i że jego siostry nie będą mogły się wychowywać razem z nim. Bo jak to wytłumaczyć jedenastoletniemu chłopcu? Jak powiedzieć: Ciebie kocham, tobą się opiekuję, a twoje siostry oddamy obcym ludziom. Więc ukrywała rosnący coraz bardziej brzuch pod luźnymi sweterkami i bluzkami. Ale Bartek chyba coś podejrzewał, choć nigdy o to nie zapytał i nigdy nic nie powiedział.

Otwarta furtka

Sylwia coraz częściej myślała o porodzie, o tym, jak najlepiej przeżyć te kilka dni, nim dziewczynki trafią do nowej rodziny. Nie mogła ich zostawić w szpitalu, nie mogła się nimi nie zajmować, nie mogła się zdradzić, że będzie ich mamą tylko przez chwilę. Bała się, że gdy weźmie je na ręce, gdy je przytuli, gdy je pocałuje, gdy poczuje ich zapach i ciepło, wówczas nie przeżyje rozstania. I gdy pełna była rozterek, znajoma powiedziała jej, żeby nie bała się kochać dzieci. Posłuchała rady – dziś wie, że zrobiła dobrze.

Niemal do ostatniej chwili prosiła Marzenę i Pawła, by nic nie kupowali i nie urządzali pokoju dla dziewczynek. Zostawiała sobie otwartą furtkę. Zadzwoniła do nich dopiero ze szpitala. Powiedziała: Możecie wszystko kupić. Miała cztery dni na to, by być mamą dla swoich córek. Te cztery dni musiały jej wystarczyć za całe życie. Musiała uwierzyć, że ktoś je pokocha, że ktoś da im lepsze życie, niż ona mogłaby im dać, że będą szczęśliwe, że kiedyś ją odnajdą.

Ze szpitala odebrali ją Marzena i Paweł. Sylwia płakała. Czuła, że serce jej pęknie, że nie przeżyje tego rozstania, tęsknoty. Od tej chwili oni zajmowali się dziećmi. Pojechała z nimi do ich domu. Napisała na kartce, że powierza im pieczę nad swoimi dziećmi. Umówili się, że gdy będzie jej trudno, w każdej chwili może zadzwonić, zapytać: jak dziewczynki?

Nadzieja

Marzena do niej dzwoniła każdego dnia. Sylwia cieszyła się z tych telefonów i podświadomie czekała na nie. Taki był porządek serca. Porządek rozumu był zupełnie inny: nie może być ciągle myślami przy dziewczynkach, bo zwariuje. Napisała do Marzeny, że powinny ograniczyć kontakt. Marzena zrozumiała. Umówiły się, że gdyby działo się coś złego, w każdej chwili będą do siebie dzwoniły.

W pierwszych dniach po powrocie ze szpitala Sylwia nie była w stanie jeść, spać, normalnie funkcjonować. Czuła fizyczny ból. Jakby ją ktoś po kawałku rozrywał. Po kilku dniach ból minął, a raczej wniknął gdzieś głębiej: w duszę, w serce, w pamięć? Tak, w pamięć właśnie. Sylwia żyje nadzieją, że kiedyś dziewczynki zechcą ją odnaleźć, poznać, porozmawiać. I zrozumieją, że musiała tak postąpić, że zrobiła to dla nich.

Sylwia jest zadowolona, że zdecydowała się na adopcję ze wskazaniem. Że dziewczynki nie były przekazywane z rąk do rąk. „Gdybym nie wiedziała, do kogo trafiły moje dzieci, żyłabym w ciągłym lęku i niepewności. Chodziłabym po ulicach i zaglądała do każdego wózka, nasłuchiwałabym każdej informacji o bitych i maltretowanych dzieciach. Ale zostało mi to oszczędzone. Jeśli kiedyś będę mogła je zobaczyć, powiem im, że je bardzo kochałam. Zawsze. Przez całe życie”.

*Fragment książki Katarzyny Kolskiej „Moje dziecko gdzieś na mnie czeka. Opowieści o adopcjach”, W drodze 2016

moje-dziecko-kolska


**Skróty pochodzą od redakcji

[1] Od września 2015 w wyniku nowelizacji Kodeksu rodzinnego i opiekuńczego oraz Kodeksu postępowania cywilnego adopcja ze wskazaniem dotyczy tylko osób spokrewnionych oraz małżonków rodziców (macochy lub ojczyma). Wspomniany portal już nie istnieje

Newsletter
Aleteia codziennie w Twojej skrzynce e-mail