Aleteia

Tulić, tulić i jeszcze raz tulić. To bardzo ważne zadanie pracowników ośrodka preadopcyjnego Tuli Luli

Madeleine Ball/Flickr
Udostępnij
Komentuj

Karmią, przewijają, chodzą z dziećmi na spacery. A przede wszystkim przytulają. Chodzi o to, by zapewnić maluchom jak najbardziej domowe warunki.

Marta Brzezińska-Waleszczyk: Tuli Luli funkcjonuje już kilka miesięcy. To czas na pierwsze podsumowania?

Jolanta Kałużna**: Nadal rozkręcamy naszą działalność. Trwają rozmowy z różnymi instytucjami, dopinanie formalności. To dość trudny okres, ciężko o podsumowania.

Ile dzieci przeszło w tym czasie przez Tuli Luli?

Obecnie opiekujemy się 15 dzieci. Dwoje trafiło już do pre-adopcji.

Co jest największym problemem – brak miejsc, wolontariuszy?

Nic z tych rzeczy. Największym problemem jest czas oczekiwania dzieci na rodziny adopcyjne, ale to niezależne od nas. Ten okres powinien być jak najkrótszy, w praktyce tak nie jest. Rodzic biologiczny ma 6 tygodni na podjęcie ostatecznej decyzji. Większość osób myśli, że jeśli w szpitalu napisze kartkę, że nie chce dziecka, to sprawa jest załatwiona. Ale to nie ma żadnej mocy prawnej! Przez te 6 tygodni nic nie można zrobić. Dziecko przebywa u nas. Konieczne jest udanie się do sądu i zrzeczenie władzy rodzicielskiej. Rodzice często tego nie robią, a my nie możemy zgłosić dziecka do adopcji. Wtedy toczy się postępowanie sądowe, by pozbawić rodziców biologicznych władzy rodzicielskiej. To wszystko trwa długie miesiące.

Co mogłoby to zmienić?

Informowanie rodziców, że zostawienie dziecka w szpitalu nie zamyka sprawy. Dotarcie do rodziców bywa trudne, jeśli to np. osoby bezdomne. Niezbędne jest przyspieszenie spraw sądowych. Zanim dziecko trafi do rodziny adopcyjnej, odbywają się trzy-cztery sprawy. Niby w kodeksie jest zapis, że ma to trwać tyle i tyle dni, a w praktyce jest znacznie dłużej. Mijają miesiące, zanim sytuacja dziecka zostanie uregulowana, a ono samo trafi do rodziny.

Ośrodki, takie jak Tuli Luli, są w Polsce trzy. Gdzie przebywają dzieci w tych wszystkich miastach, w których nie ma takich miejsc?

Zgodnie z prawem, dzieci powinny przebywać w rodzinach zastępczych (to najlepsze rozwiązanie) albo w interwencyjnych ośrodkach pre-adopcyjnych. Powiaty różnie sobie radzą. W Łodzi funkcjonuje np. dom dziecka dla maluszków. W 2012 roku weszła ustawa, według której dzieci do lat 7. nie powinny przebywać w domach dziecka. We wspomnianym ośrodku jest obecnie 120 dzieci. Wszystkie poniżej 7. roku życia. Nie ma tylu rodzin zastępczych, ani ośrodków, do których dziecko mogłoby trafić, zanim znajdzie się dla niego rodzina adopcyjna. Czasem przez wiele miesięcy przebywa w szpitalu.

Jak konkretnie wygląda praca w Tuli Luli? Chodzi o zapewnienie maluszkowi opieki jak najbardziej zbliżonej, do tej, jaką miałby w domu?

Dokładnie tak. Mamy pięć pokoików, w każdym cztery łóżeczka i przydzielona pani. Opiekunki zmieniają się co 12 godzin. Staramy się, by do jednego dziecka były przypisane nie więcej, niż trzy osoby. Trochę, jak w domu, gdzie jest mama, tata i czasem babcia. Do każdego dziecka jest też przypisany jeden wolontariusz. Chodzi o zapewnienie maluszkom stałości opieki. Te osoby karmią, noszą, przytulają, chodzą na spacery, kąpią. Dodatkowo mamy specjalistów, takich jak psycholog, neonatolog, rehabilitant, terapeuta integracji sensorycznej, terapeuta traumy wczesnodziecięcej , pedagog, logopeda.

Jakie wymagania muszą spełnić pracownicy?

Reguluje to ustawa o pieczy zastępczej. Opiekunką może zostać osoba, która ukończyła wyższe studia pedagogiczne lub opiekunka dziecięca po 2 letniej szkole policealnej. Znalezienie takich osób jest trudne, bo zawód opiekunki dziecięcej tak naprawdę nie istnieje. Na 25 pracowników mam jedną taką osobę. Osoby po studiach pedagogicznych nie mają praktycznego przygotowania. W związku z tym, szukamy osób, które mają swoje dzieci albo doświadczenie pracy z dziećmi.

Jak jest z wolontariuszami? Trudno ich znaleźć?

Wolontariuszem – i to też reguluje ustawa – może zostać osoba pełnoletnia, niekarana, która ma doświadczenie pracy z dziećmi, jest zdrowa i zadeklaruje, że będzie przychodzić do dziecka na minimum 4 godziny w tygodniu. W ośrodku przechodzi szkolenie.

Przygotowujecie wolontariuszy na rozstanie z dzieckiem, którym się opiekują? To musi być trudny moment.

Nie da się na to przygotować. To trudne, zarówno dla wolontariuszy, jak i pracowników. Dlatego mamy do dyspozycji psychoterapeutę, który pomaga odnaleźć się w sytuacji. Zalecamy też rodzinom adopcyjnym, by pozostawały w kontakcie z wolontariuszami, pracownikami – osobami, które w tym ważnym okresie otoczyły dziecko ciepłem. Ale to tylko sugestia, nikogo nie zmuszamy. Nawiązanie więzi z dzieckiem jest bardzo ważne. Bez tego, maluch nie miałby prototypu relacji. Zaangażowanie się pracownika/wolontariusza to podstawa, chociaż później dziecko trzeba oddać w ręce rodziców adopcyjnych. Lepiej jednak doświadczyć straty, niż nie mieć emocji. Poświęcamy się dla dzieci. Wiemy, że będziemy przeżywać rozstanie, ale świadomie decydujemy się na to.

Wasza praca często polega po prostu na przytulaniu dzieci. Dlaczego to takie ważne?

Bez względu na to, czy dziecko jest w Tuli Luli, czy w rodzinie biologicznej, potrzebuje stymulacji dwóch zmysłów. Zmysłu przedsionkowego i zmysłu proprioceptywnego. Dziecko nie bez przyczyny rodzi się głową do dołu (co stymuluje ten pierwszy zmysł), przez ciasny kanał rodny (co stymuluje drugi zmysł). Oba zmysły maluch rozwija już brzuchu – ma ciasno, cały czas się rusza. Zawsze mnie śmieszą ostrzeżenia, by nie nosić dziecka na rękach, bo się je przyzwyczai. Przecież ono było noszone przez 9 miesięcy! Pobudzanie zmysłu przedsionkowego jest niezbędne dla prawidłowego rozwoju mózgu. Z kolei przytulanie, ciasne otulanie przekłada się na właściwie napięcie mięśniowe. Jeśli nie zapewnimy tego dziecku w pierwszym okresie jego życia, nie będzie się ono prawidłowo rozwijało na poziomie poznawczym. Zmysł proprocepcji (czucia głębokiego) hamuje pobudzenie układu nerwowego, dzięki czemu umiemy radzić sobie ze stresem. Dzieci, które tego nie doświadczą (bo np. urodziły się przez cesarskie cięcie), mogą mieć problemy z odpornością na stres, regulacją emocji. Ta wiedza nie dotyczy więc tylko dzieci porzuconych, ale w ogóle dzieci. Co nie zmienia faktu, że te porzucone borykają się z dodatkowymi problemami.

*Tuli Luli prowadzi Fundacja Gajusz, potrzeby finansowane są przez Samorząd Województwa Łódzkiego, na zlecenie którego prowadzony jest ośrodek

**Jolanta Kałużna – psycholog, trener umiejętności psychospołecznych, nauczyciel dyplomowany, trener rodzin adopcyjnych oraz zastępczych PRIDE, terapeuta traumy metodą przedłużonej ekspozycji, terapeuta EMDR. Prowadzi terapię dzieci ze spektrum FASD oraz z zaburzeniami przywiązania, terapię EMDR. Od 2016 roku dyrektor Interwencyjnego Ośrodka Preadopcyjnego Tuli – Luli Fundacji Gajusz

Newsletter
Aleteia codziennie w Twojej skrzynce e-mail