Aleteia

Nie mów do dziecka „jesteś najlepszy”! Zobacz, jakie to może mieć skutki

Udostępnij
Komentuj

Etykieta jest jak za ciasna szuflada. Zabija radość bycia tym, kim jestem. Jeśli jestem superdzieckiem, całe życie będę musiał to udowadniać.

Gdy miałam dwadzieścia parę lat, wylądowałam w szpitalu i z braku miejsc znalazłam się na oddziale dziecięcym. W naszej sali leżał 10-letni chłopiec, który wpadł na rowerze pod tira; połamany od miednicy do stóp. Nocami płakał z bólu, a w dzień nie chciał jeść. Dzieciaki same wymyśliły, że jeden z nich będzie śpiewał, a wtedy ten najbardziej poszkodowany – będzie jadł. Był to nie byle jaki śpiew: jeden z chłopców śpiewał po angielsku „They Don’t Really Care About Us”, co było najlepszym coverem hitu Michaela Jacksona, jaki w życiu słyszałam.

Utalentowany chłopak przechodził w szpitalu badania z powodu niespecyficznych bólów brzucha. Zapytałam: „A czy ty czasem nie masz jakichś kłopotów?”. Odpowiedział, że nie. Na drugi dzień jednak przyszedł i wyznał, że jest w dwóch szkołach, muzycznej i zwykłej, ale ostatnio zaczęły wpadać mu gorsze stopnie i rodzice są bardzo niezadowoleni.

Cywilizacyjnie zrobiliśmy krok do przodu i większość rodziców dzisiaj wie, że nie należy dzieciom mówić złych rzeczy o nich samych („jesteś idiotą”, „nic ci nie wychodzi”, „ty fajtłapo” itd.). Nadal chyba jeszcze jednak nie wszyscy są świadomi katastrofalnych skutków nadawania pozytywnych etykiet. To te z pozoru niewinne zachwyty: „jesteś najlepszy”, „jesteś geniuszem”, „jesteś taki zdolny”. O ile te pierwsze, wypowiadane w gniewie, wpędzają dziecko w niskie poczucie własnej wartości, te drugie – skazują je na myślenie, że zawsze musi do swojej etykiety dorosnąć.

Rodzice mogą etykietować po to, by podtrzymać w dziecku motywację do spełniania ich oczekiwań. Często dlatego, że traktują dzieci instrumentalnie, jako część własnego wizerunku. One muszą być takie świetne, bo wtedy nasze mniemanie o sobie samych i społeczne uznanie dla nas jako rodziców wzrośnie. Jest to fatalna strategia, bo dzieci w dorosłe życie wniosą wdrukowane przekonanie, że nikogo nie wolno zawieść. To znaczy ani kolegi, ani szefa, ani męża i żony – i stają się zakładnikami oczekiwań wszystkich.

Etykieta jest jak za ciasna szuflada. Zabija radość bycia tym, kim jestem. Jeśli jestem superdzieckiem, całe życie będę musiał to udowadniać, ponieważ rodzice nie pokochają we mnie kogoś, kto popełnia także błędy. A przecież żeby się czegokolwiek nauczyć, ileś razy musi nie wyjść. Jeśli jako mama i tata naprawdę kocham, zostawiam szeroki zapas na niedoskonałości. I tak mądry rodzic, nawet gdy dziecko zepsuje coś czy zawali z własnej winy, zadaje pytanie: „czego możesz się z tego doświadczenia nauczyć?” albo „co chciałbyś zmienić następnym razem?”.

Chwalić można na milion lepszych sposobów. „Pięknie to narysowałaś”, zamiast „ale z ciebie artystka”. „Fantastycznie się czyta twoje wypracowanie, można sobie to wszystko wyobrazić”, zamiast „nasz syn jest wybitnie zdolny z polskiego” – i to jeszcze wypowiadane przy innych ludziach.

Gdy wychodziłam ze szpitala, do chłopca po wypadku przyszła w końcu mama. Kobieta wyglądała na osobę nadużywającą alkoholu i widok ich razem rozdzierał mi serce na pół: blada kruszynka w pościeli i nie lepiej wyglądająca dorosła osoba przy jego łóżku. Z oddziału wychodził też chłopiec z bólami brzucha, u którego nic nie znaleziono. Szedł ze spuszczoną głową trzy metry za tatą, na którego twarzy malowała się dezaprobata.

W obu przypadkach rodzice zawiedli. W pierwszym, zaniedbując, w drugim – skazując na niełaskę, gdy syn nie okazał się tak świetny, jak sobie to wymyślili. Gdy dzieci siedzą w ciasnej szufladzie oczekiwań, o rodzicach zaczynają myśleć – they don’t really care about us.

Nie dbają o nas, tylko o swoją idealistyczną wizję superdziecka. Ono wyleczy frustracje rodziców i zaspokoi ich ambicje. A przecież nic tak nie wspiera rozwoju, jak pełne miłości towarzyszenie w stawaniu się nie projekcją rodzicielskich oczekiwań, ale sobą samym.

Newsletter
Aleteia codziennie w Twojej skrzynce e-mail