Aleteia

Ks. Blachnicki jakiego (może) nie znacie. „Był takim sprinterem, że za nim nie nadążaliśmy”

Udostępnij

Miał wielką słabość do lodów, chociaż jako cukrzyk nie powinien po nie sięgać. Uwielbiał też grać na skrzypcach. Ciągle był aktywny.

Damian Burdzań: W tym roku mija 30 lat od śmierci ks. Franciszka Blachnickiego, założyciela Ruchu Światło-Życie. Ze starych zdjęć wiemy, jak wyglądał, w księgarniach dostępnych jest wiele jego publikacji, z archiwalnych nagrań znamy jego głos. Mało jednak wiemy o tym, jaki był w kontaktach z innymi ludźmi, jak spędzał swój wolny czas albo jak postrzegali go jego współpracownicy. No właśnie, jaki był ks. Blachnicki?

Ks. prał. Czesław Grzyb*: Był bardzo powściągliwy, ani nie szorstki, ani nie wylewny. W końcu był Ślązakiem. Był bardzo przyjazny, nie wywyższał się. Pierwszy raz ks. Blachnickiego spotkałem jako kleryk na KUL-u. Uczestniczyłem w sympozjum eklezjologicznym, gdzie ks. Blachnicki miał referat. Wszyscy mi podpowiadali: zwróć uwagę na tego gościa. Jeśli chodzi o mówienie, był bardzo monotonny, usypiający w swoim stylu mówienia. Kiedyś sam się śmiał, że jako jeden z niewielu usnął na własnym wykładzie (śmiech). Jako teolog był bardzo dogłębny.

Potem przyszły święcenia kapłańskie i czas oazy…

Pierwszy raz go zobaczyłem w Krościenku podczas podsumowania oaz wakacyjnych. Byłem wtedy rok po święceniach. Urzekła mnie jego wielka postać, a ja, młodziutki kapłanek, nawet nie śmiałem podchodzić do niego, nie ta liga. Ale on wyłapywał wszystkich nowych i wśród nich także mnie. Podczas pierwszego spotkania wypytał o różne sprawy: skąd jestem, gdzie pracuję, czym się zajmuję. Nie w formie przesłuchania, ale zwykłego zainteresowania. Cieszył się, że jestem i prosił żebym zachęcał innych księży do tworzenia oazy.

Był wymagający dla Was – młodych księży?

Jak wszyscy charyzmatycy. Był takim sprinterem, że nie za nim nie nadążaliśmy. Nie zawsze potrafiliśmy zrozumieć, o co mu chodzi. Po prostu wyprzedzał swoją epokę. Nagle wpadał na jakiś pomysł i wszyscy musieli złapać jego tok myślenia. Był bardzo wymagający jeśli chodzi o troskę o Kościół, o drugiego człowieka i o liturgię. Ale nie był zadufany w sobie, bo miał rzadką umiejętność słuchania. Potrafił podczas długich rozmów siedzieć w milczeniu, słuchać naszych pomysłów, które nie zawsze były genialne (śmiech).

Chyba już na stałe przylgnął do niego tytuł człowieka „wiary konsekwentnej”.

Tak, to trzeba powiedzieć z całą stanowczością, że był człowiekiem głębokiej wiary. Od czasu nawrócenia w celi śmierci stał się człowiekiem absolutnego zawierzenia się Bogu, przez wstawiennictwo Matki Najświętszej. Wszystko co robił, konsultował z Panem Bogiem. Kiedy przychodziliśmy do kaplicy na modlitwę poranną, on już w niej był, a wieczorem ostatni z niej wychodził.

Bardzo często to zawierzenie ks. Blachnickiego było wystawiane na próbę. Pierwsze oazy były organizowane w czasach głębokiego komunizmu w Polsce i cała idea ruchu oazowego bardzo nie podobała się ówczesnej władzy.

W tamtym czasie musieliśmy zmierzyć się z totalną nagonką na Ruch Światło-Życie. Mówiliśmy na to „kar-nawał”, czyli nawał kar (śmiech). Żeby utrudnić prowadzenie rekolekcji wakacyjnych, zakazano sprzedawania nam węgla czy chleba. Zdarzały się też sytuacje, kiedy wracających z kościoła oazowiczów łapano do radiowozów i wywożono 10 km w pole. Ja i kilku innych księży w desperacji pojechaliśmy na Kopią Górkę, do Krościenka i zaczęliśmy jęczeć przed Blachnickim. Tak narzekaliśmy na wszystkie możliwe sposoby, że wydawało nam się, że zbliża się koniec świata, a ks. Blachnicki siedział w swoim fotelu i cierpliwie słuchał. Kiedy skończyliśmy wywód, powiedział tylko: „A może byśmy wkalkulowali w to Pana Boga? Bo to Jego dzieło, nie nasze. Jeżeli Pan Bóg i Matka Najświętsza dojdą do wniosku, że oaza w takiej formule jest niepotrzebna, to UB zwycięży. Wtedy trzeba zebrać wszystkich, odśpiewać dziękczynne Te Deum i rozesłać do domów”. Po tej jednej wypowiedzi nasze argumenty straciły jakiekolwiek znaczenie. Wróciliśmy i przyznam, że nie pamiętam, by z powodu nagonek skrócił się jakiś turnus.

Nie tylko Ruch Światło-Życie był na celowniku UB, ale także jego założyciel.

Tak, wielokrotnie był wzywany na przesłuchania, ale zawsze podchodził do nich z wielkim pokojem w sercu. Pewnego razu na Kopią Górkę przyszło po niego dwóch milicjantów, a ponieważ był cukrzykiem, musiał przestrzegać dyscypliny, że na zegarek je i odpoczywa. Kiedy wyszedł do tych mundurowych, powiedział im, że lekarze kazali mu regularnie odpoczywać, więc idzie na drzemkę. Dał im gazety, zrobił kawy i powiedział, że za pół godziny będzie do ich dyspozycji (śmiech). Pytaliśmy go, czy nie boi się chodzić do tej jaskini żmij, a on, że to może jest jedyna okazja, by ktoś im coś powiedział o Panu Bogu. Zawsze szukał we wszystkim Bożej inicjatywy.

W różnych biografiach pojawia się informacja, że właśnie w obawie przed represjami ks. Blachnicki wyjechał kilka dni przed wprowadzeniem stanu wojennego do Rzymu.

Nie, to zbieg okoliczności. Ks. Blachnicki 10 grudnia 1981 r. wyjechał do Rzymu, bo był w komisji organizacyjnej Kongresu Ruchów Katolickich, który miał odbyć się 17 grudnia. A to, że w międzyczasie w Polsce wprowadzono stan wojenny, nie miało nic wspólnego z tą podróżą. To właśnie my prosiliśmy go, żeby nie wracał, bo go zapuszkują. Kiedy spotkaliśmy go kilka lat później w Rzymie, zapytał nas: „Słuchajcie, to mam wracać? Jak powiecie, że tak, to wrócę, bo ja się nie boję śmierci. Już kilka razy jej umknąłem”. Wtedy znowu prosiliśmy go, żeby jeszcze poczekał z przyjazdem do Polski.

Przez całe swoje życie był człowiekiem tytanicznej pracy: wykłady, rozbudowa Kopiej Górki, tworzenie Ruchu Światło-Życie. Czy on w ogóle miał czas na jakieś inne przyjemności niż drzemka?

Miał wielką słabość do lodów, chociaż jako cukrzyk nie powinien po nie sięgać. Uwielbiał grać na skrzypcach, nie wiem czy potrafił, ale grał (śmiech). Mimo wszystko on ciągle był aktywny. Nawet kiedy nie miał konferencji, to ciągle gdzieś jechał czy się z kimś spotykał. Kiedyś nawet powiedział mi, że on takich rzeczy jak kino, teatr, koncerty nie potrzebuje. Mówił, że najlepiej mu się odpoczywa w kaplicy na Kopiej Górce, kiedy przez okno może zerkać na szczyt Trzech Koron w Pieninach. Był po prostu skromny, a jego największym marzeniem było móc przyprowadzić jak najwięcej ludzi do Pana Boga.

Ks. Blachnicki spotkał się z Bogiem 27 lutego 1987 r. Jak w Polsce zareagowano na śmierć założyciela Ruchu Światło-Życie?

Dla nas to był czas przygotowań do corocznej Kongregacji Odpowiedzialnych. Byłem akurat sekretarzem kongregacji, więc znajdowałem się w centrum wydarzeń. Nagle przyszła do nas informacja z Carslbergu, że ks. Blachnicki nie żyje. Pierwsze pytanie: Co robić z Kongregacją? Ówczesny moderator generalny, ks. Henryk Bolczyk powiedział: „Jakby Ojciec żył, to powiedziałby, żeby nie przerywać. Trzeba działać”.

Przeczytaj także: Jak odchodził ks. Blachnicki? „Wbił wzrok w wizerunek Maryi”

*ks. prał. Czesław Grzyb – proboszcz parafii Zwiastowania NMP w Tomaszowie Lubelskim, kustosz Sanktuarium Matki Bożej Szkaplerznej. Moderator diecezjalny Ruchu Światło-Życie najpierw w diecezji lubelskiej, później w zamojsko-lubaczowskiej. Od 1979 r. bliski współpracownik sługi Bożego ks. Franciszka Blachnickiego.