Aleteia

Bez pieniędzy ruszyliśmy razem w nieznane. Ta podróż zbliżyła nas do siebie i do Boga

Udostępnij

Gdybyśmy zdawali sobie sprawę z tego, na co się porywamy, zapewne nie ruszylibyśmy się z kanapy. Na szczęście, byliśmy bardzo naiwni. Dzięki temu, przeżyliśmy niezapomniane rekolekcje w drodze.

Wiosna 2014 roku. My – świeżo upieczeni narzeczeni – planujemy wspólne wakacje. Serce rwie się do plaż Lazurowego Wybrzeża. Rozum podpowiada jednak, że w naszym zasięgu finansowym jest raczej… Zalew Zegrzyński. W końcu doszliśmy do wniosku, że aby było nas stać na wczasy nad Morzem Śródziemnym, musielibyśmy podróżować autostopem i spać pod namiotem. Wystarczyło jedno spojrzenie i w ułamku sekundy już wiedzieliśmy: tak właśnie zrobimy!

Szalony pomysł szybko przyjął realne kształty. Udało nam się znaleźć tani lot z Warszawy do Mediolanu, a dwa tygodnie po nim – równie tani bilet z Barcelony do Poznania. Odległość między Mediolanem a Barceloną – ponad tysiąc kilometrów – zdecydowaliśmy pokonać autostopem lub, w ostateczności, pociągiem. Mieliśmy na to dwa tygodnie.

Dla doświadczonych podróżników to zapewne żadne wyzwanie. My jednak czuliśmy ogromną ekscytację. Wieczorem, na kilkanaście godzin przed wylotem, przyjęliśmy Komunię w intencji bezpiecznej podróży, a całą wyprawę zawierzyliśmy Bogu. Następne dwa tygodnie były jednocześnie wakacjami, przygodą i rekolekcjami. Wakacjami, bo wylegiwaliśmy się na złocistych plażach południowej Francji. Przygodą, bo codziennie odjeżdżaliśmy w nieznane z totalnie odjechanymi osobami. W końcu, były to dla nas niezwykłe rekolekcje w drodze. Przekonaliśmy się, że Bóg jest z nami zawsze i wszędzie. I choć pięknych chwil było wiele, to najwięcej nauczyły nas sytuacje trudne, a nawet beznadziejne.

Po kilku dniach podróży dotarliśmy do Nicei. Wieczorem okazało się, że miejsce, w którym planowaliśmy nocować, zostało zamknięte. W okolicy znajdował się też protestancki kościół. Postanowiliśmy poprosić o nocleg na plebanii, jednak na miejscu nikogo nie zastaliśmy. Następny kemping był kilkanaście kilometrów dalej. Co robić? Noc była ciepła i przyjemna, ruszyliśmy więc wzdłuż morza. Po niecałych trzech godzinach byliśmy na miejscu. Niestety, wysoka brama odgradzająca pole namiotowe od ulicy była szczelnie zamknięta. Dzwonek do recepcji znajdował się za bramą – nie było więc szans na zbudzenie pracownika kempingu.

Czuliśmy się jak hobbici w Mordorze. Zegarek wskazywał godzinę trzecią nad ranem. Wyglądało na to, że czeka nas kilkugodzinne koczowanie na chodniku pod bramą. Jakby tego było mało – właśnie zaczynał padać deszcz. Właśnie wtedy pokornie zwróciliśmy się po pomoc do Boga. Wierzcie lub nie, ale dosłownie po minucie modlitwy, przed bramę podjechał mały samochodzik a drzwi kempingu otworzyły się. Mój narzeczony podbiegł do auta i wyjaśnił kierowcy naszą sytuację. Miłe, francuskie małżeństwo po sześćdziesiątce, w środku nocy wracało z wycieczki. Starsi państwo wpuścili nas do środka i wyjaśnili, gdzie znajdują się najważniejsze rzeczy. Rano opisaliśmy sytuację pracownikom kempingu, a z naszymi wybawicielami nawiązaliśmy znajomość. Teraz czuliśmy się nie jak hobbici, lecz jak Izraelici po przejściu przez morze. Ale jeszcze większy cud, miał dopiero się wydarzyć.

Późnym wieczorem jedenastego dnia wyprawy, dotarliśmy ostatnim pociągiem regionalnym na pogranicze francusko – hiszpańskie, do uroczego, francuskiego miasteczka. Okazało się jednak, że w okolicy nie ma żadnego kempingu. Jedynym, żyjącym tego wieczoru punktem miasteczka, była restauracja z pokojami gościnnymi. Wspaniale – pomyśleliśmy. Cena noclegu okazała się jednak zaporowa.

Zdecydowaliśmy się więc na rozbicie namiotu na plaży. „Będzie taniej i romantyczniej!” Niestety, w okolicy kręcili się dość podejrzani dżentelmeni, z którymi niespecjalnie mieliśmy ochotę biwakować. Wróciliśmy do lokalu by się… potargować. Właściciel był jednak nieugięty. Co teraz? Nauczeni doświadczeniem sprzed kilku dni, spokojni i pełni zaufania, modliliśmy się o pomoc. Ta, nadeszła już po chwili – znów pod postacią małżeństwa.

Zwrócili się do nas przesympatyczni Irlandczycy w średnim wieku. Przyznali, że od początku obserwowali nasze negocjacje z właścicielem lokalu. Widzieli, że mamy kłopot, więc… zaprosili nas pod swój dach. I w ten sposób, po niemal dwóch tygodniach spania na karimacie, przyszło nam spędzić noc w pięknym apartamencie na wzgórzu. Gospodarze przygotowali dla nas kolację przy świecach, na balkonie z oszałamiającym widokiem na Morze Śródziemne. Powiedzieli, że w młodości też podróżowali autostopem i niejednokrotnie znajdowali się w podobnej sytuacji. Do późnej nocy rozmawialiśmy – o życiu, o podróżach, o różnicach i podobieństwach między Polską a Irlandią.

Reszta podróży przebiegła spokojnie. Gdy po kilku dniach dotarliśmy do Warszawy, cała ta wyprawa wydawała nam się snem. Wtedy nie rozumieliśmy jeszcze, jak wielkim była ona darem. Byliśmy nie tylko zakochanymi po uszy narzeczonymi – staliśmy się też najlepszymi przyjaciółmi. Wiedzieliśmy, że możemy liczyć na siebie nawzajem w każdej sytuacji. Wyprawa była też pięknym doświadczeniem duchowym. Każdego poranka zawierzaliśmy nowy dzień Panu, a wieczorem dziękowaliśmy za bezpieczne dotarcie do kolejnego miasta. Przez cały czas czuliśmy, że nie jesteśmy sami. I – co najważniejsze – nauczyliśmy się w ten sposób oddawać Mu każdy dzień. Robimy to do dzisiaj, już jako małżeństwo. I wciąż czujemy, że nie jesteśmy sami.