Aleteia.pl - pozytywna strona Internetu w Twojej skrzynce e-mail

Nie możesz nas wesprzeć finansowo?

Możesz to zrobić na 5 innych sposobów:

  1. Módl się za nasz zespół i powodzenie naszej misji
  2. Opowiedz o Aletei w swojej parafii
  3. Udostępniaj nasze treści rodzinie i przyjaciołom
  4. Wyłącz AdBlocka, kiedy do nas zaglądasz
  5. Zapisz się do naszego newslettera i czytaj go codziennie

Dziękujemy!
Zespół Aletei

 

Aleteia

Jak nie pomagać, żeby pomagać?

Zoran Pajic/Shutterstock
Udostępnij

Jałmużna i miłosierdzie to coś więcej niż brzęczący pieniądz i odwrócenie wzroku, pójście w swoją stronę. Dawanie nie jest aż tak szlachetnym czynem, żeby zwolniło z czynności dodatkowych.

Co czujesz, kiedy na ulicy widzisz klęczącą kobietę w łachmanach z napisem na kawałku tektury: „Mam troje chorych dzieci, błagam o pomoc”? Co czujesz, kiedy z plakatu na słupie ogłoszeniowym patrzą na ciebie wielkie oczy czarnoskórego dziecka z numerem konta wydrukowanym wielkimi cyframi? Co czujesz, kiedy słyszysz w wiadomościach: potrzebna pomoc…? A co robisz w tych sytuacjach?

Piąta ekonomia świata

Kiedy w książce holenderskiej dziennikarki Lindy Plowman „Karawana kryzysu” czytam, że jest ponad 37 tysięcy międzynarodowych organizacji humanitarnych a ich budżety, gdyby połączyły siły, stworzyłyby piątą siłę ekonomiczną świata, nie mogę uwierzyć, jak to możliwe, że wciąż mamy do czynienia z tyloma miejscami, gdzie królują bieda, głód i przemoc. Przyjrzenie się temu problemowi daje porażające wnioski: ogromna część pomocy humanitarnej jest marnotrawiona, malwersowana, czasem wręcz okazuje się wspierać przemoc i przedłużać działania wojenne.

Przeciętnie 60% całej oficjalnej pomocy udzielanej przez państwa wspierające rozwój to fikcja – sprowadzenie osób, towarów, maszyn, materiałów plus podatek od importu. Do tego trzeba dorzucić tzw. środki pomocnicze – studia rozpoznawcze, raporty, wytyczne budżetowe, listy kontrolne, wynagrodzenia konsultantów, nie bez powodu nazywanych „ludźmi od tysiąca dolarów”, zgodnie z ich średnim dziennym wynagrodzeniem. Na to idzie ok. 25% Oficjalnej Pomocy Rozwojowej.

Nie zapominajmy też o tzw. „białych słoniach”, czyli drogach, którymi nie ma komu jeździć i czego przewozić albo szkołach i szpitalach, w których nie ma komu uczyć i leczyć. Co gorsza, czasem pomoc traktowana jest jako „narzędzie wojenne”. Bo angielskie „war” to nie tylko wojna, ale też „Waste All Resources”. Wszystko zniszczyć. Przynajmniej w odczuciu rebeliantów i reżimów. Bo wtedy przybywają konwoje, żeby naprawić sytuację. Jeśli posługujesz się przemocą w wystarczającym stopniu, przybywa pomoc, a jeśli eskalujesz przemoc, przybędzie więcej pomocy. Przerażające.

Czy lepiej nic nie robić?

Max Chevalier zadał to pytanie autorce „Karawany kryzysu” przywołując taki obrazek: jego kolega, fizjoterapeuta przyjął kilka godzin wcześniej w swoim biurze w Sierra Leone 16-letnią pacjentkę, której rebelianci odrąbali dłoń i zmusili, by ją zjadła. „Czy ze względu na nieprawidłowości powinniśmy opuścić to miejsce i zostawić ją bez pomocy”?

Nie wyobrażam sobie dramatu takich sytuacji. Dramatu oddanych ludzi, którzy rzetelnie chcą pełnić swoją służbę. Ale powtórzę za Lindą Polman: udzielając wsparcia, nie wykluczajmy możliwości krytyki. Prowadzenie działalności humanitarnej nie powinno być – a często jest! – gwarantem nietykalności dla różnych organizacji.

Nie trzeba też sięgać sercem i myślą na odległe kontynenty. Wystarczy spojrzeć na swoją ulicę. „Biednych zawsze mieć będziecie”. Ale i w tej globalnej, i w mikroskali naszej codzienności dobrze zadać sobie pytanie: w jakich okolicznościach powstrzymanie się od działania może okazać się lepszym wyjściem? Podkreślam, nie chodzi o to, żeby przestać robić cokolwiek dlatego, że zdarzają się błędy w działaniu. Nie myli się ten, który nic nie robi. Jeżeli dajemy byle jak, to pieniądze, pomoc są byle jak wykorzystane. Żeby było „nie byle jak”, potrzeba pewnego wysiłku, zainteresowania się, nie kupowania spokoju sumienia za 2 zł na ulicy ani nawet spektakularnego przelewu z postawą „ja swoje zrobiłem, teraz niech się martwi ktoś inny”. A gdyby tak zadzwonić do odpowiedniej instytucji i poprosić, by zajęła się osobą, która siedzi na deszczu? A gdyby tak pytać organizacji, ile zarabiają konsultanci, do kogo konkretnie trafia dana partia żywności czy leków i czy o tym, komu owa pomoc będzie udzielona decydują one same, czy miejscowi notable?

Jałmużna i miłosierdzie to coś więcej niż brzęczący pieniądz i odwrócenie wzroku, pójście w swoją stronę. Dawanie nie jest aż tak szlachetnym czynem, żeby zwolniło z czynności dodatkowych. A im lepiej wiemy, jak nie pomagać, tym lepszej pomocy jesteśmy w stanie udzielać, prawda?

Newsletter
Aleteia codziennie w Twojej skrzynce e-mail