Aleteia.pl - pozytywna strona Internetu w Twojej skrzynce e-mail
Aleteia

Czy da się budować dialog w podzielonym społeczeństwie?

REPORTER
Udostępnij
Komentuj

Dialog nie jest ani oczywisty, ani naturalny, ani łatwy. Sokrates, którego uważa się za jednego z twórców filozofii dialogu, był uznawany za dziwaka. To dopiero kultura lub religijna wiara otwiera nas na dialog. I zachęca nas do ryzyka podjęcia dialogu z innymi.

Przemysław Sałek: Czy w polskim społeczeństwie podziały ze względu na kwestie polityczne są większe niż kiedyś? Czy raczej nic niezwykłego się nie dzieje, ponieważ wyraźne podziały to stan naturalny w demokracji?

Dr hab. Sławomir Sowiński*: Odpowiedź jest złożona. Zacznijmy od tego, że w społeczeństwie demokratycznym podziały, różnorodność oraz konkurencja idei są nie tylko czymś naturalnym, ale i do pewnego stopnia są wręcz wskazane, m.in. budują tożsamość i ożywiają społeczeństwo. Jeśli popatrzymy na naszą historię, np. w perspektywie XX wieku, to dostrzeżemy, że różne podziały w wymiarze tożsamości zawsze mocno definiowały społeczeństwo. W II Rzeczypospolitej mieliśmy głośny podział na zwolenników Józefa Piłsudskiego oraz Romana Dmowskiego.

Jak sytuacja wygląda współcześnie?

Po przemianach ustrojowych po 1989 roku podział polityczny w Polsce miał charakter – jak to nazywają politologowie i socjologowie – „postsolidarnościowy”. Był to spór o dziedzictwo PRL-u. Stronami podziału byli zwolennicy „Solidarności” oraz osoby, które myślały z sympatią o minionym ustroju. Było tak aż do 2005 roku.

Przypomnijmy, że wtedy odbyły się zarówno wybory prezydenckie, jak i parlamentarne. Jak zmieniły polską politykę?

Na skutek politycznej klęski „postpeerelowskiej lewicy” w 2005 roku spór przeniósł się do wnętrza obozu „solidarnościowego” i zaczął dotyczyć głównie przeprowadzonej wcześniej transformacji ustrojowej i jej skutków dla współczesnej Polski. Na to w roku 2010 nałożyła się jeszcze trauma po tragedii w Smoleńsku. Wtedy nowy podział polityczny nabrał wręcz charakteru „metafizycznego”. Jest on dość niepokojący, ponieważ aktualny spór polityczny zdominował wszystkie inne formy życia społecznego i coraz mniej jest w Polsce zbiorowych tożsamości, które są w stanie przekroczyć ten konflikt i starają się budować wspólnotę.

Obecne różnice polityczne w społeczeństwie są olbrzymie. Z perspektywy polityków to bardzo dobrze, ponieważ politykę buduje się poprzez konflikt i ukazywanie różnic. Co naturalne, politycy, niczym aktorzy w teatrze, odgrywają swoje role podsycające konflikty. Czy problemem nie jest to, że polskie społeczeństwo odbiera zbyt dosłownie zachowanie polityków i nie zauważa, że często to tylko gra?

Polityka rzeczywiście ma dużo z teatru. Przede wszystkim jest pewną specyficzną konwencją ze swoimi rolami i maskami. Mamy także scenę, na której odgrywa się przedstawienie. Nie ma w tym nic złego i ma to nawet dużo plusów. Dzięki tej konwencji politycy nie ranią się osobiście, tylko odgrywają pewne role.

Problem polega na tym, że to, co jest oczywiste dla polityków oraz części komentatorów, czyli pewna umowność i symbolika sporów, przez wyborców bywa odbierana jest jako prawda. Wtedy polityka wychodzi z teatru i wchodzi na nasze ulice. A ostatnio wkracza nawet do naszych domów. To jest istotny problem. Myślę, że do pewnego stopnia taka sytuacja jest ceną, jaką płacimy za młodą demokrację. Jesteśmy dopiero na początku drogi. Na szczęście kolejne pokolenia powinny lepiej rozróżniać konwencję polityki od jej istoty.

Ale czy kolejne pokolenia nie przejmują od rodziców sympatii politycznych? Tak jak to często ma miejsce na przykład z kwestią wiary w Boga i religijnością.

Na szczęście nic w historii nie jest zadekretowane. Oczywiście, kolejne pokolenia nie muszą być roztropniejsze, ale z pewnością mają taką szansę. Patrzę z dużą nadzieją na młodych ludzi. I to nie tylko z tego powodu, że jestem szczęśliwym ojcem dorastających synów oraz pracuję na uniwersytecie z młodzieżą, ale także dlatego, że w młodym pokoleniu, wchodzącym na scenę publiczną, widzę kilka pozytywnych rzeczy. Po pierwsze, jest większe myślenie wspólnotowe niż u ich poprzedników, którzy byli często zachłyśnięci mitem indywidualnego sukcesu. Po drugie, zauważam również większy umiar i powściągliwość. Na scenę wchodzi obecnie całkiem inne pokolenie, które może nas bardzo pozytywnie zaskoczyć.

Czy w polskim społeczeństwie nie zanika „zaciekawienie innością”? Chyba coraz rzadziej zastanawiamy się, dlaczego ktoś inaczej postrzega świat niż my. Za to przykładowo skupiamy na odbiorze tych mediów, które potwierdzają nasze poglądy, lub ograniczamy kontakty towarzyskie jedynie do osób mających podobny odbiór rzeczywistości.

Sprawa jest dość skomplikowana, ponieważ mówimy o pewnym zaniku myślenia krytycznego i wzroście popularności narracji tożsamościowej, która nie tyle służy próbie poznawania i rozumienia świata, co ma potwierdzać naszą tożsamość. Ten problem jest od dawna śledzony przez socjologów. W skrócie, wydaje się, że mamy do czynienia z paradoksem: im bardziej żyjemy w zglobalizowanym i wirtualnym świecie, w którym codziennie spotykamy setki anonimowych osób, tym bardziej zrozumienie tego, „kim jestem” staje się rzeczą poszukiwaną.

Jeżeli ktoś urodził się 50 czy 100 lat temu to wiedział co będzie robił, jak się będzie ubierał itd. Jego tożsamość była czymś w pełni zdefiniowanym. Dzisiaj musimy naszą tożsamość stwarzać na nowo. Co więcej, zabiegamy, aby ta tożsamość była zaakceptowana przez innych, manifestujemy ją, szukając przy tym jej potwierdzenia.

Podziały w polskim społeczeństwie są bardzo wyraźne. Jak powinien wyglądać dialog z osobą, która ma od nas całkiem inny światopogląd?

Dialog nie jest ani oczywisty, ani naturalny, ani łatwy. Sokrates, którego uważa się za jednego z twórców filozofii dialogu, był uznawany przez jemu współczesnych za dziwaka, kontestatora i kogoś, kto funkcjonuje trochę na marginesie. Podobnie rzecz się miała z Platonem, który z kolei został uznany za idealistę, kogoś, kto błądzi w świecie idei. Człowiek nie jest chyba bytem dialogicznym z natury. To dopiero kultura lub religijna wiara otwiera nas na dialog. I zachęca nas do ryzyka podjęcia dialogu z innymi.

Zaryzykujmy więc.

Wtedy podstawowe pytanie brzmi – po co prowadzić dialog? Innej odpowiedzi udzielają sobie rodzice, którzy chcą spotkać się w dialogu ze swoimi dziećmi, innej współmałżonkowie, a jeszcze innych odpowiedzi należy się spodziewać w wymiarze społecznym. W każdym z tych przykładów występują inne wspólnoty i relacje. Jednak do dialogu zawsze potrzebna jest wolność. Aby zaistniał dialog, obie strony muszą chcieć rozmawiać, a nie tylko obrzucać się argumentami. Następnie ważny jest czas. Tutaj chodzi o to, aby się poznać i zbudować zaufanie. Dialog w sytuacji, kiedy ludzie znają się słabo i mają mało czasu dla siebie, jest czymś niezwykle trudnym. Dlatego tak nam ciężko go zbudować we współczesnym, pędzącym społeczeństwie.

Warto też pamiętać, że aby prowadzić dialog, należy mieć w miarę ugruntowaną tożsamość. Trzeba wiedzieć, kim się jest, skąd się przychodzi, jakie ma się do zaproponowania doświadczenia i jakie się ma potrzeby. Człowiek musi byś wewnętrznie zdefiniowany. Osoba, która wie, kim jest, ma większą odwagę na spotkanie i nie obawia się „inności”.

Tak jak to było chociażby podczas spotkań w Castel Gandolfo za pontyfikatu Jana Pawła II?

Dokładnie. Przez całe lata 80. XX wieku spotykali się tam najwybitniejsi intelektualiści ówczesnego świata. Byli oni niekoniecznie blisko związani z Kościołem katolickim i Janem Pawłem II, jednak pomimo znacznych różnic, rozmawiano tam o najważniejszych sprawach. To był znakomity przykład otwartego, szerokiego, pełnego troski dialogu, w którym był i czas, i szacunek, jak i pełna wolność.

*Dr hab. Sławomir Sowiński – politolog, publicysta i autor książek (m.in. „Boskie, cesarskie, publiczne. Debata o legitymizacji Kościoła katolickiego w Polsce w sferze publicznej w latach 1989-2010”). Pracuje w Instytucie Politologii UKSW

 

Newsletter
Aleteia codziennie w Twojej skrzynce e-mail