Aleteia

Jola Szymańska: O byciu Bożą wroną, czyli kilka spraw, które chciałabym przegrać

fot. Marek Straszewski
Udostępnij
Komentuj

Jak wracać do Boga słuchając piosenki Wojciecha Młynarskiego?

Mówią, że to dobrze, jeśli chrześcijanin odnosi sukcesy. Pewnie tak jest. Ostatnio słuchałam konferencji księdza, który tłumaczył, że władza, seks i pieniądze są dobre. Szczera prawda. Ale mnie ostatnio ciągnie do czegoś kompletnie innego.

Mam ochotę pozwolić sobie na przegraną. Szczególnie w tym, co po ludzku jest zwycięstwem.

Nie udawać krakaniem słowika

Po pierwsze, pogodzić się z tym, co we mnie słabe i nieidealne. Mimo, że co chwila odkrywam swoje nowe „słabe strony” i na nowo muszę się z nimi „zaprzyjaźniać”. Nie mam potrzeby jedzenia czegoś poza kromkami z dżemem, wolę być sama niż ludźmi, zapominam o najprostszych sprawach i notorycznie coś przypalam (po trzech tygodniach wietrzenia mieszkania po gotowaniu soczewicy, mój dostęp do pieca został na szczęście ograniczony).

Nie jestem herosem, ale akceptowanie tego sprawia, że uczę się odpuszczać… innym ludziom. Bo oni też mają prawo nie być idealni.

Przegrać poczucie, że mam rację

Każdy ma czasem rację. Ale czym innym jest racja, czym innym ciągłe  udowadnianie komuś, że ją mam. Chcę hojnie i możliwie najczęściej z tego rezygnować. Nawet, jeżeli jestem pewna, że się nie mylę. W końcu, jakie to ma znaczenie? Zbliży mnie do drugiego człowieka, do Boga, do siebie samej? Raczej nie.

Dlatego chciałabym nie mieć racji, zrezygnować z niej, zmienić zdanie. Patrzeć na rzeczy, ludzi i sytuacje zupełnie bezstronnie, z pokorą i podziwem.

Nie łudzić się, że ktoś postawi stracha na ludzi

Mam w sobie dużą potrzebę sprawiedliwości. Oko za oko, ząb za ząb – gdyby nie praca nad sobą, mogłabym stać się drugim Hammurabim. I może dlatego coraz bardziej chciałabym umieć w tej sferze przegrywać.

Sprawiedliwość jest ważna, ale uczę się ją odpuszczać, kiedy to ja czuję się niesprawiedliwie potraktowana. Przemilczeć złośliwość, wybaczyć bezpodstawny zarzut – to mistrzostwo świata, które daje autentyczną wolność.

Przegrać cele, które sobie sama wymyślam

„Jeżeli chcesz coś osiągnąć, wyznacz sobie cel i idź w jego kierunku” – prosta i genialna prawda. Konsekwencja i pracowitość to dwa podstawowe składniki sukcesu. Na niemal każdym gruncie.

Bardzo chciałabym za taki cel postawić sobie Niebo. Codziennie pokłonić się nad Słowem. Rzetelnie czytać Ewangelię. Uczciwie rozmawiać z Bogiem. Ze skupieniem odmawiać brewiarz. Wcale nie „wygrywać” swoją sumiennością, ale… wciąż na nowo wracać do Niego.

I odpuścić sobie wszelkie cele, do których zachęca mnie chęć zwycięstwa, a nie chęć kochania.

I to jest w dechę

Przegrana to niemoc, z której wyciągnie mnie tylko Bóg. Dopóki „daję radę”, nie czuję potrzeby, żeby do Niego biec. Idę spacerkiem, wygodnie, bez większych emocji. Spokojna, bo wiem, że On jest, że jest dobry, że mi błogosławi.

Dlatego czasem chciałabym być zwykłą, szarą wroną. Tak, żeby całą sobą pragnąć Światła. Żeby to On był wreszcie w centrum. Na swoim miejscu.

Taka „przegrana” to w końcu największe zwycięstwo.

Udostępnij
Komentuj
Newsletter
Aleteia codziennie w Twojej skrzynce e-mail