Aleteia

Co to jest „opcja benedyktyńska” i dlaczego jej potrzebujemy?

Udostępnij

„Żyjemy w czasach próby, w których wierzący poznają różnicę między płytkim optymizmem a chrześcijańską nadzieją” – przekonuje autor książki „The Benedict Option”.

Dziennikarz Rod Dreher wydał właśnie niesłychanie przekonujące studium bolączek Stanów Zjednoczonych. Według jego najnowszej książki zatytułowanej „The Benedict Option”, lekarstwem na wszelkie toczące Amerykę choroby ma być przyjęcie „opcji św. Benedykta”.

Książka Drehera jest pasjonująca. Choćby dlatego, że stawia trzeźwą diagnozę przyszłości zachodniego chrześcijaństwa. Po lekturze książki odczuwałem jednak pewien niedosyt i postanowiłem zadać kilka pytań jej autorowi.

Dk. Greg Kandra: Czym w zasadzie jest „opcja benedyktyńska”? 

Rod Dreher: Jest to wybór, przed którym stają wszyscy wierzący chrześcijanie w obecnych post-chrześcijańskich czasach: czy nasze życie będzie nadal wyglądało tak, jakbyśmy żyli w normalnych czasach, czy też przyjmiemy, że jesteśmy wygnańcami w Babilonie i wejdziemy na drogę życia, która umożliwi nam zachowanie naszej wiary?

Nazwa pochodzi ze słynnego ostatniego akapitu książki filozofa Alasdaira MacIntyre’a z 1981 roku pt. „Dziedzictwo cnoty”, w którym autor przyrównuje chaos moralny późnej nowoczesności do dekadencji czasów poprzedzających upadek starożytnego Rzymu.

Po przeczytaniu książki MacIntyre’a i przekonany jego argumentacją, zacząłem zastanawiać się, cóż diametralnie nowego powiedziałby nam, świeckim chrześcijanom, żyjącym w XXI wieku św. Benedykt.

Jak wiemy, Benedykt z Nursji uważany jest za ojca zachodniego monastycyzmu. Jego „Reguła” stała się podręcznikiem życia zakonnego w okresie jego rozkwitu we wczesnym średniowieczu. Nie tylko pomogła wierze przetrwać i rozwijać się w opanowanej przez barbarzyńców Europie, lecz stała się także fundamentem odnowy cywilizacji na Starym Kontynencie.

Skoro – jak twierdzę i wykazuję w książce – wchodzimy obecnie w okres post-chrześcijański, jako wierzący w Chrystusa musimy zapytać sami siebie, czego możemy nauczyć się od benedyktyńskich mnichów i co możemy zastosować na co dzień, żyjąc poza wspólnotą zakonną. Temu właśnie poświęcona jest moja książka.

Czy chodzi tu o coś zasadniczo religijnego, czyli odnoszącego się do chrześcijaństwa, czy raczej ma pan na myśli coś o szerszym znaczeniu?

Są to kwestie zasadniczo odnoszące się do religii, lecz właśnie dzięki temu dadzą się zastosować szerzej. W czasach zeświecczenia przyzwyczailiśmy się do oddzielania wiary od reszty naszego życia. Chrześcijaństwo to coś, czym zajmujemy się w niedziele i święta, czymś, co stanowi jakąś tam cząstkę naszego życia. Lecz to nie wystarczy. Jezus nie chce być Panem jedynie pewnej części naszego życia. Trzymanie wiary pod korcem jest jednym z podstawowych powodów, dla których wielu chrześcijan dzisiaj wygląda, działa i myśli tak samo, jak świat wokół nich.

Duchowość benedyktyńska jest diametralnie inna. To sposób życia, który podporządkowuje wszystko służbie Chrystusowi. Naturalnie „Reguła” bardzo silnie determinuje rytm dnia i zakres działań mnicha, co dla zwykłych chrześcijan mogłoby być nie do zaakceptowania.

Jednak także i my, świeccy chrześcijanie, mamy ten sam co zakonnicy obowiązek podporządkowania naszego życia Chrystusowi. Mnisi wiedzą, że nie wystarczy jedynie skupiać się na konkretnych myślach czy wzbudzać w sobie właściwe intencje. Nasze codzienne działania mogą nas zbliżać do Boga, lecz mogą nas także od Niego oddalać. Duchowość benedyktyńska jest duchowością praktyczną – jest drogą życia chrześcijańskiego, która uświęca rutynę codzienności.

Opcja św. Benedykta ma więc swoje implikacje dla naszej pracy, modlitwy, wiary, zaangażowania politycznego, wychowania dzieci i korzystania z dobrodziejstw technologii, a więc dla całego naszego życia. Nie jest to dwudziestopunktowy program zmierzający do uporządkowania naszego życia. W zależności od konkretnej wspólnoty, opcja św. Benedykta będzie przybierać różne formy, uwarunkowane tradycją religijną i lokalnym kontekstem. Wspólnym mianownikiem wszystkich obierających opcję św. Benedykta jest zaangażowanie w codzienne, świadome życie pod prąd współczesnej kultury i podążanie tradycyjnie chrześcijańską drogą.

Z powyższego opisu wynika, że dla wielu ludzi będzie to radykalna, nowa droga życia chrześcijańskiego. Dlaczego uważa pan, że jest ona niezbędna właśnie teraz? 

Pisarka Flannery O’Connor zauważyła, że potrzeba dawać odpór światu z taką samą siłą, z jaką on napiera na nas. Nie stosując tej zasady, dzisiejsi chrześcijanie, katolicy, protestanci i prawosławni poddają się ciśnieniu świata i ulegają wpływowi antychrześcijańskiej kultury.

Rezultaty badań nauk społecznych oskarżają nas. Christian Smith, socjolog z katolickiego Uniwersytetu Notre Dame przeprowadził wraz z grupą kolegów badania wykazując, iż współcześni chrześcijanie w USA nie znają swojej wiary, szukając samozadowolenia i zadowalając się „podróbką” chrześcijaństwa, którą sam naukowiec określa terminem „moralistycznego terapeutycznego deizmu”. Mogę ze swojej strony dodać, że moje częste rozmowy z profesorami amerykańskich chrześcijańskich szkół wyższych potwierdzają konkluzje Smitha.

Chrześcijańskie rodziny, wspólnoty i szkoły wychowują osoby wierzące, które nie rozumieją, czym jest chrześcijańskie myślenie i działanie. Chodzi im o dobre samopoczucie, a to tylko wstęp do całkowitego zatracenia chrześcijaństwa.

Uważam, że większość współczesnych doświadczy w Ameryce takiego samego upadku chrześcijaństwa, z jakim mamy do czynienia w Europie. Jakiś czas temu socjologowie postrzegali USA jako przeciwwagę do trendów sekularyzacyjnych. Uważali, że wysoki stopień religijności Amerykanów, w porównaniu z niewielkim odsetkiem religijnych Europejczyków, jest dowodem na to, że modernizacja nie musi oznaczać sekularyzacji. Obecnie to postrzeganie zmieniło się. Odrzucanie wiary przez wcześniej niespotykaną liczbę młodych ludzi, tzw. milenialsów, pokazuje, że Ameryka także stacza się po równi pochyłej.

Jedynym sposobem odwrócenia tej tendencji jest silne zakorzenienie w wierze, nie tylko w religii, czyli doktrynie, znajomości Pisma Świętego czy historii Kościoła, lecz przede wszystkim w zakresie praktyk wiary, na poziomie indywidualnym i wspólnotowym. Nie ma dla tego alternatywy.

Ojciec Kasjan, były przeor opactwa benedyktynów w Nursji, rodzinnym mieście świętego, powiedział w rozmowie ze mną, że rodziny i wspólnoty chrześcijańskie, które nie przyjmą jakiejś formy opcji św. Benedykta nie przetrwają obecnych czasów próby. I ma rację.

Jak w kilku słowach streściłby Pan przesłanie książki?   

Chrześcijanie na Zachodzie są świadkami masowej apostazji. Jest ona duchowym odpowiednikiem potopu, który pochłonął świat w czasach Noego. Wierzący muszą budować własne arki, na których pokładzie przeniosą wiarę przez obecne mroczne i burzliwe czasy, dla ratowania własnych dusz i zachowania wiary na okres, kiedy trzeba ją będzie odbudować. I choć zwykli chrześcijanie powołani są do życia w świecie, istniejąca już 1500 lat reguła życia św. Benedykta może stanowić wzór także dla nas.

Opcja św. Benedykta nie jest niczym innym, jak tylko opowiedzeniem się za tym, aby Kościół był taki, jaki miał być od samego początku. Jest powołaniem do pokuty. Niektórzy moi krytycy nazywają moją książkę „alarmistyczną”. Zgadzam się z nimi. Jednak pokazuję, że jest wiele powodów takiej właśnie postawy. Jeśli nie bijemy na alarm, nie potrafimy odpowiednio odczytać znaków czasu. Jednak jeśli reakcja nasza powodowana jest jedynie lękiem i nie mamy w sobie determinacji do radości w smutnych czasach, nie odczytujemy dobrze Ewangelii. Na post-chrześcijańskim Zachodzie musimy nauczyć się stawać tym, do czego wezwał nas papież Benedykt: twórczymi mniejszościami, które w zimnym i mrocznym świecie są wzorem miłości Chrystusa i radości z bycia z Nim. Jako chrześcijanie musimy ewangelizować, a najbardziej skuteczną obecnie formą ewangelizacji jest życie w sprzeciwie do sposobu życia świata.

Tekst został opublikowany w angielskiej edycji portalu Aleteia