Aleteia.pl - pozytywna strona Internetu w Twojej skrzynce e-mail

Nie możesz nas wesprzeć finansowo?

Możesz to zrobić na 5 innych sposobów:

  1. Módl się za nasz zespół i powodzenie naszej misji
  2. Opowiedz o Aletei w swojej parafii
  3. Udostępniaj nasze treści rodzinie i przyjaciołom
  4. Wyłącz AdBlocka, kiedy do nas zaglądasz
  5. Zapisz się do naszego newslettera i czytaj go codziennie

Dziękujemy!
Zespół Aletei

 

Aleteia

Praktyczne porady dla latających rodziców

Photobac/Shutterstock
Udostępnij

10 godzin z dwójką małych dzieci, na trzech jeszcze mniejszych fotelach – czy to grozi katastrofą lotniczą?

Perspektywa naszego rodzinnego roadtripu po Stanach wzbudzała we mnie same pozytywne wizje. Nawet znajomi podróżnicy, którzy uczulali nas przed wszechobecnymi aligatorami (na Florydzie), nie byli w stanie zasiać we mnie niepewności. Może ziarenko. Przyznaję, że wszelkie zbiorniki wodne podziwiam do tej pory z odpowiedniej odległości. A dzieci mają nakaz zachwycania się w tym samym czasie łąką, słupem elektrycznym lub czymkolwiek innym, co znajduje się daleko od wody.

Jednak to, co spędzało mi sen z powiek i rodziło w mojej głowie scenariusze godne statuetki oskarowej w kategorii „najzabawniejszy horror klasy B”, to lot samolotem. Dziesięć godzin spędzonych we czwórkę na trzech fotelach, z kilkuset innymi pasażerami, niekoniecznie przepadającymi za jękami małych dzieci, na wysokości 11 kilometrów – to wyzwanie wymagało specjalnego planu i działania!

Zaczynając od tyłu: lot nie zakończył się katastrofą lotniczą, a nawet więcej wspominam go jako świetne i cenne doświadczenie! Panie stewardesy były pod wrażeniem naszych dzieci, choć wiadomo, że ten sukces ma dwóch rodziców. Świetnie przygotowanych rodziców.

Od czego się zaczęło? Od nastawienia. Nasza 2,5 letnia córa rozumie ze świata bardzo wiele, choć nadal odczytuje go naszymi emocjami. Dlatego kilka tygodni przed wylotem mąż zabrał córę na przygodę, czyli na lotnisko, tam kupili zabawkowy samolot, a potem codziennie przed snem, pokazywał jej zdjęcia Stanów lub filmiki z latającymi samolotami, aby oswoić ją ze zmianą. W jej obecności staraliśmy się mówić o wyprawie tylko pozytywnie, swoje własne stresy odłożyć na bok. Robiliśmy wielkie odliczanie i włączaliśmy córę do wszystkich czynności, w których mogła pomóc, np. pojechała do urzędu odebrać wizy, towarzyszyła w zakupach i przygotowywała podręczny bagaż. To w nim wylądowały przekąski, środki higieniczne, podstawowe leki (w naszym przypadku antyhistaminowe, na ewentualny katar oraz przeciwbólowe) i zabawki. Potraktowanie córy jak pełnoprawnego członka załogi i dzielenie się z nią dobrym nastawieniem, dało jeden, pożądany efekt, czyli jej uśmiech!

Ale spokojnie, mamy normalne dziecko i uśmiech ten miał swoje granice. Długi lot z rocznym dzieckiem i prawie trzylatkiem, to gwarantowany napad złości, gniewu albo buntu. Niewygoda, zmęczenie, nowe otoczenie, obcy ludzie, brak swobody – może wybić z dobrego samopoczucia nawet czterdziestolatka, tym bardziej więc małego człowieka, który nie rozumie „po co się męczyć?!”.

Jako rodzic warto mieć w sobie zgodę na te nieprzyjemne emocje dziecka, wtedy łatwiej je unieść i wyciszyć, samemu nie wpadając w stres lub frustracje. To jest ważna gwiazdka: miej nadzieję na najlepsze, ale przygotuj się na najgorsze i wyluzuj! Nawet jeśli Twoje dziecko będzie przez pierwsze pięć godzin histerycznie płakać, skopie fotel i kogoś przed sobą, a na koniec zwymiotuje na czyjś bagaż, to istnieje wysokie prawdopodobieństwo, że w takim samym składzie już się więcej nie spotkacie, a ludzie ogarnięci myślą „nareszcie wylądowaliśmy i opuszczamy to latające przedszkole”, po chwili uświadomią sobie, że to dziecko jest Twoje i to Ty musisz się z nim uporać przez następne i kolejne dni, i tak do 18-stki.

Zobaczysz, że zamiast złości, okażą Ci współczucie. Dlatego jeszcze raz: wyluzuj! Ta postawa przyda się również Twojej drugiej połówce, bo nic tak nie wspiera w chwilach grozy, jak uśmiech kogoś bliskiego, na kogo można liczyć. Wtedy wiesz, że jesteście dla siebie kamizelką ratunkową, butlą z tlenem, szalupą i wszystkim tym, co mówi „damy radę!”.

Zabawki i przekąski to punkt, któremu warto poświęcić nieco uwagi. Jeśli masz małe dzieci, które oglądają maksymalnie 30 minut bajek dziennie, bo po przekroczeniu tego czasu zachowują się jak po napojach wyskokowych, zadbaj o ich małe przyjemności. Porzuć zasady zdrowego żywienia na te kilka godzin lotu, spraw, żeby dosłownie i w przenośni czuły się jak w niebie! Jajo niespodzianka, albo M&Msy, czyli coś, po co zawsze sięgają, a czego nie kupujesz.

Tym razem możesz odpuścić, nie zaszkodzi im (oczywiście w granicach rozsądku), nie zakoduje złych nawyków na następne lata, a Tobie być może zafunduje spokojny lot. I nie martw się, że po nich nie zasną, cukier nie pobudza jak kofeina, to mit. Tylko nie mów o tym swoim dzieciom, bo to również Twój argument wychowawczy.

Zabawki, które idealnie sprawdzą się podczas lotu, to te bezdźwięczne, są generatorem wdzięczności współpasażerów, minimalizują ryzyko uaktywnienia się stanów nerwowych lub depresji. Ponadto dopasuj zabawki do aktualnych zainteresowań swoich dzieci. Przykładowo, moja starsza córa chwyciła bakcyla na przebieranki/ubieranki, dlatego prezentem, który dostała (dopiero po starcie samolotu) była tablica magnetyczna, wersja modowa. Uwielbia słuchowiska i książki, więc kupiłam jej całą serię cienkich książek, do tego mp3 z ulubionymi bohaterami. Mój roczniak jest na etapie fascynacji dopasowywania elementów, zakręcania – odkręcania oraz dźwięków, dlatego jemu wręczyłam kartonową wieżę z pudełek, na której są zwierzęta, kilka figurek, zdjęć tych samych zwierzaków i plastikowe pudełko z dziurą oraz kilkanaście drewnianych patyczków od lodów. Wszystkie te zabawki zajęły niewiele miejsca, ale za to w sumie kilka godzin zabawy. Podążaj za swoim dzieckiem, a będziesz wiedzieć, jaki prezent wręczyć mu na pokładzie samolotu.

Ostatnią radą, która może bardzo pomóc nie tyle przeżyć, co przeżyć w dobrym nastroju cały lot, jest „zaprzyjaźnienie się” z załogą i najbliższymi sąsiadami. Oczywiście, nie chodzi o dzielenie się historiami porodowymi albo opowieściami o kupkach, to zostawmy najbliższym. Chodzi o wymianę uśmiechów, zwykłe „dzień dobry, mają tu fajne filmy”, czy też proste uprzejmości, jak pomoc w zapakowaniu bagażu. Dać się poznać jako pogodny i uprzejmy sąsiad, to szansa na wzajemność w problematycznych chwilach, które może zasponsorować maluch. Bywa, że zezowate szczęście posadzi nas obok nad wyraz gburowatego pana i konwojowanego przestępcy (tak było u nas, poważnie!), wtedy pozostaje zaprzyjaźnienie się ze stewardesami. A któż lepiej niż mały, rozkoszny bobas chwyci za serce te tak ważne na pokładzie kobiety? Potem usypianie dziecka w pomieszczeniu dla stewardes, bonusowy mus owocowy albo wszelka inna drobna pomoc, to niesamowity komfort dla całej rodziny.

Kiedy wreszcie przeszliśmy przez odprawę celną, kupiłam litrowy kubek zimnej kawy, spojrzałam na moje radosne i rozemocjonowane dzieci, pomyślałam sobie, „eee tam, strach miał wielkie oczy”! Wtedy jeszcze nie sądziłam, że prawdziwy survival dopiero przed nami, czyli: sześć tysięcy kilometrów, trzynaście Stanów, trzy zmiany stref czasowych i 20 różnych hoteli. Do tej części wyprawy podeszłam nieco bardziej spontanicznie i z pewnością nie byłam „świetnie przygotowanym rodzicem”. Ale o tym niebawem, specjalnie dla Was!

Newsletter
Aleteia codziennie w Twojej skrzynce e-mail