Aleteia.pl - pozytywna strona Internetu w Twojej skrzynce e-mail

Nie możesz nas wesprzeć finansowo?

Możesz to zrobić na 5 innych sposobów:

  1. Módl się za nasz zespół i powodzenie naszej misji
  2. Opowiedz o Aletei w swojej parafii
  3. Udostępniaj nasze treści rodzinie i przyjaciołom
  4. Wyłącz AdBlocka, kiedy do nas zaglądasz
  5. Zapisz się do naszego newslettera i czytaj go codziennie

Dziękujemy!
Zespół Aletei

 

Aleteia

Czy można kłócić się z Bogiem? #RekolekcjeLive, odc. 4

Udostępnij

Jezus swoimi trudnymi do przyjęcia uczuciami pokazuje nam, że model chrześcijaństwa opartego na sztucznej harmonii wewnętrznej jest nie do przyjęcia.

Zastanawialiście się nad tym, dlaczego czasem boimy się mówić o tym, co czujemy? Albo czy możemy denerwować się na Pana Boga?

Faktem jest, że nieporównywalnie więcej wysiłku wkładamy w relację z Bogiem niż w utrzymanie tej relacji. Może wydaje nam się, że jakoś to będzie, że Bóg da nam siły, aby poradzić sobie z problemami. Kiedy już nam się wydaje, że jesteśmy blisko, bo zaczynamy się inaczej zachowywać, bo mówimy jakby cieplejsze słowa a inni patrzą na nas z podziwem, zazwyczaj przychodzi kryzys intymnego spotkania z Bogiem.

Kiedy pierwsze emocje opadają, głębokie stany ciszy mijają, nagle nasza wiara rozbija się o codzienność i okazuje się, że maski opadają, a my wcale nie jesteśmy aniołami, czujemy wewnętrzny kryzys.

Może nam się wydawać, że utknęliśmy w dołku związanym z brakiem przebaczenia, brakiem akceptacji. Niby jestem w kościele, a wychodzę z mszy i zwymyślam człowieka właściwie za nic albo denerwuję się na biegające i krzyczące dzieci. Takie sytuacje pokazują nam, że nie da się „liznąć” Pana Boga, jak cukierka, bo On nie jest tylko do słodkich rzeczy.

Przez to wielu z nas odczuwa ogromne wyrzuty sumienia, duchowy dyskomfort. Zastanawiamy się, czy nasza duchowość nie jest fikcją.

Kiedy tak myślisz, to patrz na Jezusa. Jego gniew oczyszczał świątynię i dawał do myślenia kupcom, którzy nie do końca rozumieli, czym jest to miejsce, Jego łzy nad Jerozolimą oczyszczały ją duchowo, Jego narzekanie na Korozain czy inne miasta, które miały Go rozpoznać ale tego nie zrobiły sprawiają wrażenie, że Jezus bardzo je kochał i dlatego nie oszczędzał gorzkich słów.

On odczuwa to, co człowiek, On współodczuwa razem z każdym, kto chce wylać przed Nim swoje serce.  

Zwróć jednak uwagę, że nie przeszkadza Mu to, a wręcz pokazuje Jego intymność relacji z Ojcem. Nie jest dla Niego wrogiem, kiedy budzi się w Nim zdenerwowanie, nie wyrzuca Mu, że się pomylił stwarzając człowieka, ale jest z nim jednością.

To, co widać z opisów Ewangelii nasuwa wniosek, że Jezus nie fiksuje się na swoich uczuciach, nie jest ich niewolnikiem i nie zalewa nimi swoich uczniów. Jezus swoimi trudnymi do przyjęcia uczuciami pokazuje nam, że model chrześcijaństwa opartego na sztucznej harmonii wewnętrznej jest nie do przyjęcia. On żyje ludźmi, których widzi, wchodzi w ich świat, ich problemy, ale oddaje to natychmiast Ojcu na modlitwie. Nic nie zatrzymuje dla siebie.

Nam się często wydaje, że w przeżywaniu tych uczuć jesteśmy całkowicie sami, że nikogo to nie interesuje. Diabeł wmawia nam, że nikogo to, co przeżywamy nie interesuje. Uważamy, że Bóg jest naszym wrogiem, walczy z nami, dając nam trudności, musimy się więc do Niego dostosować, bo inaczej zostaniemy sami. A Jezus pokazuje nam coś zupełnie innego. W tych wszystkich scenach, wcale nie słodkich, On jest w ciągłej relacji z Bogiem.

Nie sposób mówić o intymności w relacji z Bogiem, kiedy nie dotkniemy najgłębszych warstw, które są w nas. Pokazuje nam to historia Jonasza. Wielka ryba, która go połyka jest także obrazem jego wewnętrznego stanu – nienawiści, którą przeżywa w relacji do Boga, Niniwitów i siebie samego. To jest obraz każdego z nas, kiedy wierzymy, ale wybiórczo, kiedy przebaczamy, ale tylko niektórym, bo żyjemy pod dyktando naszych uczuć.

I to właśnie tam, w głuchym wnętrzu ryby, rozlega się modlitwa Jonasza. Mówi w niej o wszystkim, co go dręczy, z czym się nie zgadza, w czym szuka pomocy. W taki sposób następuje koniec widzialnej niewoli w postaci wielkiej ryby, ale to nie znaczy, że Jonasz jest już wolny. Dużo bardziej skomplikowana sytuacja rozgrywa się w jego sercu. Dopiero zaczyna coś rozumieć, kiedy Bóg w pomysłowy sposób zestawia uschnięty krzak rycynusowy z ludzkim losem, który usycha bez kontaktu z Bogiem.

Nam się wydaje, że bycie pobożnym katolikiem, to bycie harmonijnym wewnętrznie, a to jest okropnie sztuczne. Nie powiem, że mój mąż się stacza, bo to nie wypada, jestem przecież pobożną żoną. Nie chodzi o to, żebyśmy byli bierni, mierni, ale wierni. To nie jest katolicyzm. Bóg nie potrzebuje mojej maski, tylko mnie samego!

Wszystko utopię w sobie albo odburknę, a nie nawiążę relacji – w taki sposób rodzą się w nas nerwice, jątrzenia, które nie mają niczego wspólnego z pobożnością. A to, co nazwane przestaje nas irytować, drażnić, straszyć po nocach, bo oswajamy to w sobie.

Nasz wewnętrzny język, to co i jak mówimy do Pana Boga, to jest właśnie intymność z Nim. Pan Bóg to bardzo szanuje i nie pozwala, żebyśmy go zamienili na jakiś teologiczny żargon.

Dopóki nie nazwiemy tego, co się w nas dzieje, będziemy wewnętrznie skłóceni, przestaniemy siebie rozumieć. A Pan Bóg nie gorszy się żadnymi słowami wypowiedzianymi przez nas, nie ukaże nas za nie.

Kiedy czujemy gniew, złość, mało czasu poświęcamy na refleksję, dlaczego tak się z nami dzieje. A potrzeba do tego ciszy, ponazywania wszystkiego, co się wydarzyło. Kiedy pędzimy jak dziecko we mgle, bardzo łatwo możemy się potknąć, działają w nas instynkty. Tymczasem jest taki rodzaj ciszy, który jest prewencyjny, nie narzucający się, ale szalenie potrzebny do dalszego życia. Jest taki czas, który możemy stracić, a który w dalszej perspektywie okaże się błogosławieństwem dla naszego życia.

Uwierzcie, że później zdystansujemy się do tego, co kiedyś było naszym potworem.

Pomagają nam w tym sakramenty, zwłaszcza sakrament pokuty i pojednania. One uczą nas wychodzenia z niewoli własnego ja. Okazuje się, że to, co się do tej pory kłębiło w moim sercu i nie dawało mi spokoju, wcale nie jest takie straszne. Kiedy zatem nie umiemy się modlić, to może dlatego, że przestaliśmy nazywać to, co jest w nas. Bo dużo gorsza od takiego bożego zdenerwowania i gniewu jest pobożna obojętność – tak zachowują się jedynie manekiny, Jezus tego nie robił!

Radością wiary jest to, że możemy być tacy, jacy jesteśmy. Boga nie interesuje to, co powinniśmy robić, ale to, jacy naprawdę jesteśmy. Nie muszę być zapatrzony w siebie, bo mogę zapatrzyć się w Boga.

Więcej w filmie! Na kolejny odcinek rekolekcji live zapraszamy we wtorek, o godz. 20.00

https://youtu.be/tMenF9z48r0

Newsletter
Aleteia codziennie w Twojej skrzynce e-mail