Nie możesz nas wesprzeć finansowo?

Możesz to zrobić na 5 innych sposobów:

  1. Módl się za nasz zespół i powodzenie naszej misji
  2. Opowiedz o Aletei w swojej parafii
  3. Udostępniaj nasze treści rodzinie i przyjaciołom
  4. Wyłącz AdBlocka, kiedy do nas zaglądasz
  5. Zapisz się do naszego newslettera i czytaj go codziennie

Dziękujemy!
Zespół Aletei

 

Aleteia

Ból głowy czy duszy? Kiedy choroba jest wołaniem o miłość

Caiaimage/Sam Edward/Getty Images
Udostępnij

Twój mąż ciągle narzeka na swoje zdrowie, a ty boisz się o wasze małżeństwo. Czy da się uzdrowić ten związek?

– Maciek, mój mąż albo biega od lekarza do lekarza, albo chodzi po domu, kwęka i marudzi, a mnie brakuje cierpliwości – opowiada 34-letnia Karolina. – Doktor Google to jego lekarz pierwszego kontaktu. Mam wrażenie, że kontaktuje się z nim każdego dnia. Byle infekcja sezonowa, Maciek już zamyka się w pokoju i ustanawia tam strefę eksterytorialną. Izoluje się, bo nie chce nas wszystkich zarazić, ale praktycznie dystansuje się również od problemów. I znowu wszystko jest na mojej głowie. A przecież oprócz opieki nad dwójką dzieci w wieku przedszkolnym i prowadzeniem domu, prowadzę dość intensywne życie zawodowe.

Wystarczająco dobra samarytanka

– Z drugiej strony – zastanawia się Karolina – jestem wierząca i wychowano mnie na dobrą samarytankę. Wiem, że o chorych trzeba się troszczyć. Niestety, Maciek na pewno nie usłyszy z moich ust zapytania: Jak się czujesz? Po prostu wiem, co mnie czeka. Niekończący się lament. Opiekuję się mężem, ale coraz częściej zdarza mi się wybuchnąć albo coś mu złośliwie odpowiedzieć. To nie jest zdrowa sytuacja.

Rozumiem frustrację Karoliny. Jest wiele prawdy w powiedzeniu, że mężczyzna nie choruje, ale walczy o życie. Niektórzy mężowie mają wyjątkowy talent do udawania bardziej chorych niż są w istocie. Szczególnie, jeżeli ich żony ochoczo i bezkrytycznie wcielają się w rolę miłosiernych opiekunek. Dbają, chuchają, dopieszczają dobrym jedzeniem i izolują od dzieci. I nagle zwolnienie chorobowe przypomina wakacyjny urlop, kordon sanitarny wydzieloną strefę świętego spokoju, a choroba to nie tyle dopust boży, ile warunek konieczny do męskiego szczęścia. Wreszcie można odpocząć i być obsłużonym, bo przecież nigdy nie jest za późno na szczęśliwe dzieciństwo.

Chyba nie ma się co dziwić, że chorujący mąż wyolbrzymia dolegliwości, skoro ma z tego emocjonalną korzyść. Ale kiedy on ucieka w chorobę, cały układ rodzinny również ma się kiepsko.

Karolinie trudno ustalić zdrową granicę. Jest wychowana w przekonaniu, że dobra żona powinna się poświęcać. Ale przecież nie musi być doskonałą pielęgniarką, salową, kucharką i strażniczką świętego spokoju męża.

Wystarczy, że będzie dostatecznie dobrą samarytanką. Taką, która nie skupia się tylko na doraźnym pomaganiu i krzątaniu przy łożu boleści. Czy nie lepiej najpierw zobaczyć, co tak naprawdę dolega mężowi, a dopiero potem zareagować, stosownie do rozpoznania?

O czym nie mówimy, kiedy cały czas mówimy o zdrowiu?

Czasami sytuację domową uzdrowi lekarz rodzinny albo dobre słowo, ale może trzeba będzie pokonać nieufność wobec psychoterapeuty. Nie każdy kwękający mąż wyolbrzymia objawy, jest symulantem czy manipulatorem. Może autentycznie cierpieć, narzekać, ale jednocześnie nie podejmować absolutnie żadnych prób leczenia. W takiej sytuacji żona cierpliwa i wysłuchująca – szkodzi. Empatia to za mało. Trzeba działać i po prostu zabrać go do lekarza. Mogłabym napisać, że z mężem jak z dzieckiem, ale ponieważ jestem psycholożką nazwę to wsparciem instrumentalnym.

Kiedy wyniki badań medycznych nic nie wykazują, a złe samopoczucie utrzymuje się można postawić roboczą diagnozę, że mąż ujawnia skargi hipochondryczne. Ale, uwaga. Osoba, którą ironicznie nazywa się „chorym z urojenia” przeżywa realne cierpienie i ból. To ważna informacja dla najbliższych. Hipochondria nie jest fanaberią, ale silną nerwicą, poważnymi zaburzeniami depresyjnymi, lękowymi.

Symbolicznie mówiąc, w naszej psychice jest jakiś obszar objęty stanem zapalnym. Trzeba odkryć to, z czym nie potrafimy sobie poradzić. Wypowiedzieć te uczucia, o których nie potrafimy mówić.

Mąż woła o karetkę, a naprawdę woła o miłość

Z opowieści Karoliny wynika, że Maciek to cyberchronik. Zamiast szukania konkretnej pomocy w gabinecie, skazuje się na samoudrękę w sieci. Napędza się powierzchowną, mało rzetelną, ale za to złowieszczą wiedzą na forach internetowych i portalach medycznych. W kontakcie z lekarzem manifestuje swoje medyczne wyedukowanie i nieufność. Zamiast szukać pomocy u psychologa, odwiedza następnego lekarza w chorej nadziei, że ten potwierdzi katastroficzną diagnozę, którą sam sobie wcześniej postawił.

Utyskiwanie na zdrowie bywa zaszyfrowanym komunikatem: Zobacz mnie! Zaopiekuj się mną! Zajmij się mną, a nie tylko dziećmi i domem! Skargi hipochondryczne często współwystępują z perfekcjonizmem, przymusem kontroli „całego świata”, nadmierną odpowiedzialnością.

Być może Maciek ma problemy w pracy i nie potrafi o nich mówić. Ukrywa je nie tylko przed Karoliną, ale również maskuje przed sobą samym. Wstydzi się, że na przykład liczył na awans albo że jego szefem została kobieta, i to młodsza. Czuje się niedoceniony, pomijany, gorszy, brzydszy, mniej zaradny niż jego przyjaciel.

Ścieżka choroby

Hipochondryczna koncentracja na ciele może doprowadzić do całkiem nieurojonych kłopotów ze zdrowiem. Chroniczny lęk o zdrowie, nawracające momenty paniki, kiedy odkrywa się u siebie symptomy śmiertelnej choroby – wszystko to nieustannie podnosi ciśnienie krwi, przyśpiesza niebezpiecznie tętno i oddech, osłabia libido oraz niszczy system odpornościowy. Pojawiają się fobie, natręctwa oraz choroby psychosomatyczne. Zespół jelita drażliwego, bóle pleców, głowy, przemieszczające się bóle mięśniowe, fibromialgia.

Chcąc pozbyć się przykrej wirówki samoudręczenia, hipochondrycy uzależniają się od leków przeciwbólowych, uspokajających. I tak wymyślanie choroby przyczynia się do utraty zdrowia. Zamiast złościć się czy niańczyć kwękającego męża, trzeba dokonać wglądu nie tyle w kartę choroby, ile w męską psyche. W roli podręcznej apteczki niech wystąpi zdrowy rozsądek. Zaprowadźmy do lekarza. Rozmawiajmy, słuchajmy, pożałujmy, przytulmy. Bo to się nam samym po prostu… opłaca.

A co z cierpliwością, na której brak skarżyła się Karolina? Jej złość jest uzasadniona: życie z hipochondrykiem do zdrowych nie należy. Bądź przy nim, ale nie opuszczaj siebie.
Czasami pojawia się gniew, bo kobieta ma świadomość, że nie może liczyć na wzajemność. Kiedy zachoruje, będzie się słaniać na ostatnich nogach, ale nie usiądzie, nie wyleży choroby, bo nie ma zastępstwa. Nikt jej nie wyręczy. A przecież możliwość godnego chorowania to nie przywilej, ale prawo. Egzekwuj je. Jasno i asertywnie proś o pomoc. „Słuchaj, ja muszę się wcześniej położyć, daj kolację dzieciom”. Jeśli mąż wie, że jego żona też może chorować i wymagać pomocy, wtedy jest większa szansa, że nie będzie uciekał w chorobę za każdy razem, kiedy będzie chciał tylko odpocząć.

Warto wiedzieć, że zazwyczaj hipochondryk nie lubi cudzej hipochondrii. Tylko on ma mieć gorzej, niż wszyscy inni. Może więc, kiedy on zaczyna swoją starą śpiewkę, też dołożyć swój refren. Słuchanie o dolegliwościach żony automatycznie wygasza własne narzekania. A z czasem może nawet pojawi się pomysł, całkiem zdrowy, żeby zamiast osobno kreować pesymistyczne scenariusze, wreszcie razem, jako para, wymyślić coś optymistycznego. Przecież co dwie głowy, to nie jedna.

Newsletter
Aleteia codziennie w Twojej skrzynce e-mail