Nie możesz nas wesprzeć finansowo?

Możesz to zrobić na 5 innych sposobów:

  1. Módl się za nasz zespół i powodzenie naszej misji
  2. Opowiedz o Aletei w swojej parafii
  3. Udostępniaj nasze treści rodzinie i przyjaciołom
  4. Wyłącz AdBlocka, kiedy do nas zaglądasz
  5. Zapisz się do naszego newslettera i czytaj go codziennie

Dziękujemy!
Zespół Aletei

 

Aleteia

Komunia roznoszona chorym. Jak? Kiedy? Po co?

Archiwum prywatne autora
Udostępnij

Wielki Czwartek to szczególne święto kapłanów i Eucharystii. Warto przy tej okazji przypomnieć o pięknej praktyce roznoszenia Najświętszego Sakramentu chorym i umierającym.

Czekają w swoich domach i mieszkaniach, otoczeni rodziną lub sami jak palec. Drepczą powoli, prowadząc księdza do „dużego pokoju” albo czekają w łóżku, z którego nie mogą się ruszyć. To dzięki nim powstały tabernakula. To dla nich zaczęto przechowywać Najświętszy Sakrament poza mszą świętą.

Jak to działa w parafialnej praktyce?

Zazwyczaj raz w miesiącu chorych parafian odwiedza kapłan. Ciało Pańskie może zanieść także diakon, akolita lub nadzwyczajny szafarz, ale prezbiter ma też możliwość posłużyć im spowiedzią. Chorzy mogą poprosić o takie „sakramentalne” odwiedziny osobiście lub przez telefon.

Mogą to zrobić w ich imieniu również najbliżsi lub sąsiedzi. Czasem jest to „na stałe”, gdy zdrowie i siły nie pozwalają już na wychodzenie z domu. Innym razem „sezonowo” – w okresie choroby, rekonwalescencji albo zimą, kiedy z różnych powodów dotarcie do kościoła staje się niemożliwe.

Najczęściej księża „dzielą się chorymi” – każdy ma stałą grupę, którą regularnie odwiedza. Dzięki temu może lepiej poznać sytuację poszczególnych osób. Umożliwia to także opracowanie w miarę przewidywalnej w przebiegu „marszruty”, co z kolei jest dużym ułatwieniem dla chorych i starszych w związku z przyjmowaniem leków, zabiegami higienicznymi czy po prostu z czekaniem na dzwonek do drzwi.

Kto komu służy? Dwa słowa z doświadczenia

Niektórzy mnie nie widzą i gdybym wszedł na rękach, to pewnie nawet nie zwróciliby na to uwagi. Widzą tylko bursę, czyli ozdobną „torebkę” na Najświętszy Sakrament zawieszoną na mojej szyi i nic ich więcej na świecie nie interesuje poza Panem Bogiem, który do nich przyszedł.

Stół z białym obrusem, krzyżyk, dwie zapalone świeczki. Wszystko gotowe i na miejscu, wszystko jak być powinno. Stara dobra szkoła miłości i szacunku okazywanych przez najprostsze znaki. Bez słów uczą mnie tęsknoty za Eucharystią, którą ja mam na co dzień. Uczą być głodnym Boga.

Inni od progu „zagadują” z krótką przerwą na i tak krótki obrzęd udzielenia komunii. Trudno wytłumaczyć, że teraz się modlimy, bo aparat słuchowy działa z bardzo zmiennym szczęściem. Uczą, że oprócz Najświętszego Sakramentu jest jeszcze jeden sakrament Obecności – człowiek.

Nieraz ksiądz jest jedną z niewielu osób, które zaglądają do nich przez cały długi miesiąc. Daję się więc zagadywać, stawiam bursę na stole obok szklanki z herbatą. Słucham opowieści, jak jest i jak kiedyś było – owszem, co miesiąc tych samych. Sam przyjmuję sakrament. Powiedział przecież: Byłem chory, a przyszliście do Mnie. Cokolwiek uczyniliście, Mnieście uczynili.

Komandosi cierpienia

Nieraz bezczelnie ich wykorzystuję. To pierwszy szereg parafialnych aktywistów. Jeśli parafia „działa” to głównie dzięki nim. Proszę ich o modlitwę za ludzi, sprawy, trudności, czasem też za siebie. Mam głębokie przekonanie, że niejedno mi „załatwili”. Są najpewniejsi z pewnych, najskuteczniejsi ze skutecznych – komandosi cierpienia, Stała Gwardia Krzyża.

Na chodniku między blokami reakcje są różne. Na jednych ksiądz „w pełnym rynsztunku” wcale nie robi wrażenia, inni – głównie starsi – uchylają czapki, nawet przyklękają. Na szczęście upada już chyba przekonanie, że ksiądz z komunią chodzi wyłącznie do umierających, „z ostatnim namaszczeniem”.

Czasem ktoś pyta: Był ksiądz u pani Zosi? Już od tygodnia o niczym innym nie mówi, jak tylko, że ksiądz przyjdzie. Dobrze słyszeć. Znaczy znają się, troszczą tak zwyczajnie po sąsiedzku, po ludzku, a ci uwięzieni na wysokich klatkach schodowych bez windy nie są aż tak zupełnie sami. Choć tyle dobrego. Aż tyle dobrego. Tyle Boga spotykam zanosząc Boga do ludzi.

Newsletter
Aleteia codziennie w Twojej skrzynce e-mail