Aleteia

Magda Wołochowicz: Dziewczyny! Wykorzystajcie czas, który teraz macie

Udostępnij
Komentuj

O wdzięczności za wszystko, (nie)idealnych mężczyznach i kryzysach w przedłużającym się panieństwie. Z autorką książki „Chwilowo panna. Żyjąc pełnią życia z nadzieją na dalszy ciąg” rozmawia Dominika Cicha.

Dominika Cicha: Singielka siada przy świątecznym stole i zaczyna się licytacja: „Jak tam, masz już jakiegoś kolegę?”, „Dziewczyno, życie sobie zmarnujesz!”. Jak sobie z tymi komentarzami radzić?

Magda Wołochowicz: Musimy to jakoś przetrzymać. Możemy na chwilę wejść w sytuację tej drugiej osoby – one zazwyczaj robią to z troski! To nie jest tak, że chcą nam wbić szpilę. Możemy też spróbować obrócić to w żart. Jeśli bolą mnie takie stwierdzenia, może mam po prostu taki czas i przesyt tego, że kolejna osoba się o to pyta. Ale może być też tak, że to szpileczka wbita w poczucie własnej wartości. Potrzebujemy je weryfikować i znaleźć w Panu Bogu. On nam daje tożsamość. Nie musimy mieć mężczyzny, żeby być wartościowe. Ale jeśli będziemy miały poczucie własnej wartości wypływające z relacji z Bogiem, przy okazji uszczęśliwimy jeszcze jakiegoś mężczyznę.

Dlaczego więc mnóstwo ludzi singielkom współczuje? Dlaczego traktuje się je automatycznie jako kobiety nieszczęśliwe?

Sama mam czasem wrażenie, że ludzie tak o mnie myślą: „Ta to sobie nie poradziła w życiu. Biedna taka…”. Ale wydaje mi się, że to jest tylko moje myślenie. Pytanie: czy to, że nam się wydaje, że ludzie tak myślą, jest prawdą? To są w większości osoby, które nas znają. Wiedzą, że nie jesteśmy ciapami, mało inteligentnymi czy nieogarniętymi. Kiedyś chłopak mojej przyjaciółki powiedział do niej: „Ewa, co jest z tą Magdą? Czemu ona nikogo nie ma? Super gotuje, jest zaangażowana w fundację… O co chodzi?”. Ja też się pytam: o co chodzi? No nie wiem.

Patrzę na Ciebie i wiele moich koleżanek, i zadaję sobie to samo pytanie: „O co chodzi?”. Co ma w takiej sytuacji zrobić dziewczyna, która jest przekonana o swoim powołaniu do małżeństwa? Ma szansę być szczęśliwą tu i teraz?

Jestem o tym przekonana, bo sama staram się żyć pełnią życia. Nawet, jeśli nie mam na tę chwilę widocznych perspektyw na małżeństwo. Jestem szczęśliwa! Nie oznacza to, że nie ma przede mną wyzwania w postaci poczucia samotności. Najcenniejsze co możemy zrobić, żeby być szczęśliwymi w takim czasie, w jakim jesteśmy, to najpierw szczerze przyznać, że ten przedłużający się czas nas boli. Odkrywając to, jesteśmy w stanie poradzić sobie z tym, co się za tym kryje. Bo boli nas z różnych powodów: boli nas samotność, bo chciałybyśmy z kimś spędzić życie, bo kolejny raz same niesiemy ciężkie zakupy, bo żeby powiesić karnisz w mieszkaniu trzeba wołać brata albo tatę, bo kolejny raz idziemy same na wesele. Ile można? Jest to sztuką – nauczyć się być szczęśliwą w tym czasie, jaki jest i doceniać to, co teraz mamy.

Ty tego doceniania drobiazgów nauczyłaś się od mamy.

W zeszłym roku musiałyśmy się niestety pożegnać, bo Pan Bóg zdecydował, że chce mieć moją Mamę dla siebie. To ona była dla mnie przykładem wytrwałości, cierpliwości, niepoddawania się. Kiedy ktoś w rodzinie albo fundacji mówił: „Tego nie da się zrobić”, Mama odpowiadała: „Nie, to nie jest prawda, że tego się nie da zrobić. Tylko jeszcze nie wiemy, jak to zrobimy”. Mama nieustannie dziękowała za wszystko, np. za zmywarkę, kiedy wchodziła do kuchni. Głośno, przy danej osobie albo gdy była sama. To nie było automatyczne, ale szczere, z serca. Kiedy wchodziła do łazienki, dziękowała, że mamy dwie umywalki i dzięki temu nam łatwiej. Ja tą wdzięcznością po prostu przesiąkłam.

Za co dziękujesz?

Począwszy od tego, że mam dzisiaj co jeść, że mam komputer i internet, aż po to, że Pan Bóg spełnia moje marzenia. Niedawno byłam w Budapeszcie. Mówię: Panie Boże, mam jedno marzenie. Chcę już zobaczyć rozkwitnięte magnolie. Pach – godzina minęła – piękna magnolia przede mną wyrosła. Trzeba dziękować Bogu za to, że jestem zdrowa. Za oczy, uszy. Wdzięczność pomaga utrzymać serce, żeby nie było egoistyczne i zmienia perspektywę. Przestaję patrzeć tylko: ja, ja ja. Ja jestem nieszczęśliwa. Ja jestem samotna. Nie wiem, czy jak pojawi się książę, to taka niespełniona osoba będzie w stanie go uszczęśliwić.

Czas panieństwa jest niesamowitą szansą na rozwój: ducha, ciała, talentów.

W 1 Liście do Koryntian św. Paweł pisze o darze bezżenności. Zawsze się bałam, żeby nie mieć takiego daru, bo czuję się powołana do małżeństwa i macierzyństwa. Ale moja koleżanka Ania Zabłocka zwraca uwagę, że dar bezżenności możemy uznać za dar, który mamy teraz, jako dar czasowej bezżenności. Kiedy spojrzymy na ten czas nie jako przed-życie – bo życie zacznie się potem, gdy przyjdzie książę, ale jako dar czasowy, zmieni się perspektywa. Inna koleżanka, która wyszła za mąż w wieku 38 lat powiedziała jedną rzecz: „Dziewczyny, uświadomcie sobie, że wy, singielki, macie teraz najwięcej czasu w życiu. Kończcie kursy językowe, róbcie to, co możecie teraz robić. Doceńcie to! Nigdy, nawet jak nie ma jeszcze dzieci, nie ma tyle czasu w małżeństwie, bo zawsze dzielisz go na dwoje”.

Jak dobrze wykorzystać ten czas w pojedynkę?

Jedną z podstawowych rzeczy jest znalezienie sobie odpowiedniego miejsca w Kościele, to znaczy wspólnoty. Zwłaszcza, kiedy jesteśmy młodzi, bo teraz mamy mnóstwo siły, mnóstwo czasu (ja wiem, że nam się wydaje, że go nie mamy, ale w porównaniu z młodymi rodzicami – mamy) i jesteśmy w stanie coś dawać. Nie mówię tu o byciu biernym członkiem takiej wspólnoty, ale o służeniu. Mamy przecież mnóstwo talentów. Nic oczywiście nie zastąpi naszej osobistej relacji z Bogiem, ale musimy się odnaleźć w rodzinie Bożej. To nie tylko nam zagospodaruje czas, ale będzie nas wzmacniać i da nam miejsce rozwoju. Druga rzecz: odkryć swoje pasje. To najlepszy czas, żeby uczyć się języków, gry na instrumentach, podróżować. Ja z zamiłowania uczyłam się języka hebrajskiego przez wiele lat. To też moment, żeby rozwijać się i przygotowywać do małżeństwa i macierzyństwa. Na przykład popilnować komuś dzieci, poobserwować, dowiedzieć się więcej.

Można samemu przygotować się do małżeństwa?

Jeśli teraz mogę ukształtować pewne cechy, żeby potem być lepszą żoną, to czemu tego nie robić? Staram się kształtować swój charakter, pracować nad nim. W książce Prezent zapakowany przez Boga autorki piszą, że kobiety często myślą o swoim dniu ślubu i wesela, czyli: „Jak będę wyglądać? Jaką będę miała suknię? Jakie kwiaty?”. I stawiają takie pytanie: „A jak często myślisz, jaką osobą będziesz, kiedy skończy się cała ceremonia i staniesz przed swoim świeżo poślubionym mężem, i będziesz jemu oddana. Kim będziesz? Kogo on zobaczy?”.

Stworzenie pięknej rodziny jest dziś w ogóle możliwe?

Wierzę, że Pan Bóg chce nam – wierzącym kobietom, dać odpowiednich mężczyzn, z którymi będziemy w stanie stworzyć rodziny, które nie tylko będą dobrymi rodzinami same dla siebie, ale także przykładem dla pokolenia naszych znajomych. Z drugiej strony: diabłu zależy, żeby takie małżeństwa się nie tworzyły i może próbować przeszkadzać w tym.

Spotkałaś na swojej drodze wiele udanych małżeństw?

Mam wokoło wiele fantastycznych. To nie są idealne małżeństwa, ale takie, które się kochają. Pierwsze to małżeństwo moich rodziców. Żyli razem 34 lata, 5 miesięcy i 4 dni (mój Tata mówi o tym bardzo skrupulatnie). Mija 9 miesięcy od śmierci mojej Mamy, a Tata wciąż bardzo tęskni za Jej obecnością. Byli mocno związani. Ale Tata jest najbardziej szczęśliwy z tego, że byli sobie od początku do końca wierni i lojalni, kochali się z całego serca. Rodzice byli w stanie mocno się spierać o różne rzeczy. Moja Mama była choleryczką, mój Tata jest flegmatykiem; ogień i woda. Mogli się kłócić, ale wiedziałam jedno: mieli biblijną zasadę („Niech nad waszym gniewem nie zachodzi słońce!” Ef 4,26) i godzili się zawsze do końca dnia. Wiedziałam, że jak się obudzę rano, to będzie ok. Zanim zasnęli, zawsze dawali też sobie buziaka na dobranoc.

Warto tworzyć sobie w głowie obraz wymarzonego męża? Co zrobić, gdy ten wyśniony jest wysokim wysportowanym blondynem, a na horyzoncie pojawi się misiowaty brunet?

Punkt pierwszy: być otwartym na wszystkie relacje. Czasami ktoś, kto pozornie w ogólne nie robi na nas wrażenia, ma bardzo ciekawe wnętrze. Wiele razy doświadczyłam, że chłopak, który na pierwszy rzut oka wydawał się przeciętny, potem zaczynał mi się podobać – także z wyglądu – tylko dlatego, że był ciekawy wewnętrznie, fajny, wartościowy. Nie muszą nam się podobać wszyscy, więc się tym nie przejmujmy. Ale ważne jest, żeby mieć – czy w głowie, czy na papierze – pewne bazowe cechy, które są dla nas najważniejsze. Nie mówię tu o wyglądzie – bo on jest drugorzędny, ale marzenia można mieć i się o nie modlić.

Do czego potrzebna jest ta lista cech?

W momencie, kiedy się zadurzymy na amen, ważne jest, żeby pamiętać, jakie ja mam oczekiwania. Najważniejsze, żeby to była osoba wierząca. Żeby ceniła rodzinę, chciała mieć dzieci itd. – każdy ma swoje cechy. Kiedy tracimy głowę, warto wrócić do tej listy. Miałam kiedyś taką relację z chłopakiem – bardzo fajnym, kochał Pana Boga. Kiedy wróciłam do cech, których oczekiwałam, coś mi ostatecznie nie grało. Przez wiele miesięcy było supermiło, ale to nie było to. Ważne też, żeby ludzie bliscy nam wiedzieli, jakie mamy oczekiwania. Kiedy zwariujemy, będą mogli na nas popatrzeć z boku i dobrze doradzić, powiedzieć: „Mamy wrażenie, że to nie jest chłopak dla ciebie”.

A to wszystko nie działa na zasadzie: jak macie się spotkać, to się spotkacie? Trzeba tego księcia szukać, czy Pan Bóg sam go ześle?

W żaden sposób nie pochwalam lekkiego podejścia: a, na pewno się pojawi. Natomiast – jak jest napisane w Biblii – „Starajcie się naprzód o królestwo [Boga] i o Jego sprawiedliwość, a to wszystko będzie wam dodane” (Mt 6,33). Jeżeli my jesteśmy zaangażowane w szeroko pojętą służbę ludziom i Panu Bogu, dajemy siebie, to nie musimy się bać, że nas coś ominie. Mąż będzie dodany w odpowiednim czasie. Nie do końca jestem też przekonana, że jest nam przeznaczona tylko jedna osoba. Istnieje na pewno najlepsze połączenie dla nas, bo jesteśmy konkretnymi osobami, ale wierzę, że jesteśmy w stanie zbudować z różnymi ludźmi dobre małżeństwa. Na pewno siedzenie na kanapie i czekanie nie jest dobrym wyjściem.

 

Moja koleżanka poznała swojego chłopaka w Castoramie. Spadły jej płytki pod nogi, on je podniósł i umówili się na kawę.

Znam wiele takich niespodziewanych historii! Nie musimy się bać, że jak nie mamy nie wiadomo jakiej aktywności, to nikogo nie spotkamy. Nie! Pan Bóg jest w stanie zrobić różne rzeczy i ma nieograniczoną liczbę pomysłów. Pytanie, czy my cenimy swój czas, inwestujemy go w dobre rzeczy, czy go marnujemy.

A jak radzić sobie z kryzysami w samotnym życiu?

Kryzysy są i będą. Trzeba stanąć w prawdzie i przyznać przed sobą, że jest mi w tym momencie źle, że czuję się samotna, zraniona, że nie widzę perspektyw, a potem oddać to wszystko Bogu. W Psalmie 68 (werset 20) jest napisane: „Ciężary nasze dźwiga Bóg, zbawienie nasze”. On chce dźwigać nasze ciężary. Jak sobie nie radzę, modlę się i mówię: Panie Boże, wkładam na Ciebie ten ciężar. Ty już na krzyżu poniosłeś wszystkie ciężary… To pomaga! Pomagają też wersety z Pisma Świętego, bo Słowo Boże ma moc. A jak sama nie daję rady, zgłaszam się po pomoc do bliskiej osoby. Mówię (albo płaczę): potrzebuję pomocy, porady albo przytulenia.

Wielką sztuką jest takie proszenie o pomoc.

I nieudawanie, że nic się nie stało, niemówienie: „A, jakoś to przełknę”. Prawda jest taka, że jeśli przełkniesz gorycz, ona cię w środku zje. Nie ma szans: trzeba to przegadać, przemodlić, rozwiązać – żeby mogło nastąpić uzdrowienie i pójście dalej.

***

Magdalena Wołochowicz jest młodą chrześcijanką-singielką, aktywnie działającą w Fundacji Misja Służby Rodzinie. Wydaje książki, bloguje, prowadzi warsztaty. Jej książka „Chwilowo panna. Żyjąc pełnią życia z nadzieją na dalszy ciąg” ukazała się niedawno nakładem wydawnictwa Esprit.

Udostępnij
Komentuj
Newsletter
Aleteia codziennie w Twojej skrzynce e-mail