Aleteia.pl - pozytywna strona Internetu w Twojej skrzynce e-mail

Nie możesz nas wesprzeć finansowo?

Możesz to zrobić na 5 innych sposobów:

  1. Módl się za nasz zespół i powodzenie naszej misji
  2. Opowiedz o Aletei w swojej parafii
  3. Udostępniaj nasze treści rodzinie i przyjaciołom
  4. Wyłącz AdBlocka, kiedy do nas zaglądasz
  5. Zapisz się do naszego newslettera i czytaj go codziennie

Dziękujemy!
Zespół Aletei

 

Aleteia

Jaki byłby świat, gdyby faceci nie byli dezerterami?

Udostępnij

My, faceci, mamy tendencję do uciekania. Bo trzeba zarobić na wakacje, na dodatkowe lekcje, zbudować dom. Co jednak po domu, w którym nikt nie będzie chciał mieszkać?

Zdaję sobie sprawę, że postawione w tytule pytanie może kogoś zdenerwować. Jakim prawem sugeruję, że my faceci, jesteśmy uciekinierami? Oczywiście, nie generalizuję, że wszyscy mężczyźni tacy są. Zwracam jedynie uwagę na pewną tendencję.

Jako mężczyzna mam świadomość, w jak wielu kwestiach niedomagam. Moim celem nie jest jednak wpędzenie facetów w depresję czy poczucie winy. Chciałbym zwrócić uwagę na pewien problem i poszukać rozwiązań.

„Dobre” usprawiedliwienie

Czy rzeczywiście dezerterujemy? Niestety, tak. Mamy tendencję do wyłączania się. Idzie nam to całkiem szybko, na przykład gdy akurat coś ciekawego leci w telewizji. Nieco wolniej proces ten przebiega w życiu rodzinnym. Najczęściej towarzyszy mu przekonanie, że musimy zarabiać pieniądze, musimy utrzymać rodzinę. Tak usprawiedliwieni potrafimy spędzać kolejne godziny w pracy. Trzeba zarobić na abonamenty, wakacje.

Przypominają mi się w tej chwili słowa Wandy Półtawskiej, do której gabinetu przyszło lekarskie małżeństwo. Chcieli się rozwieść. Pamiętali jednak z uczelni jej wykłady i wpadli na pomysł, by z nią porozmawiać. Zaczęli opowiadać o swoich konfliktach. Ona zapytała, jak często się widzą. Wówczas znacząco na siebie spojrzeli. W końcu on powiedział: „Wie pani, ja dom dla naszej rodziny buduję. Muszę zarobić pieniądze”.

Półtawska spytała o konkrety i okazało się, że gdy doktor wychodzi z domu w poniedziałek rano, często wraca dopiero w czwartek wieczorem. Autorka „Beskidzkich rekolekcji” stwierdziła w swoim stylu: „Ludzie, co wy robicie?! Czy pan zdaje sobie sprawę, że pana żona wychowuje wasze dzieci sama, a one w zasadzie są półsierotami?”. On na to: „Ale ja dom buduję!”. Półtawska odpowiedziała: „Człowieku jaki dom, do niego prawdopodobnie za chwilę nikt się nie wprowadzi”.

Męski wybór

Czytając ten dialog można się zbuntować. Tak uczciwie, z całym szacunkiem dla dr Półtawskiej, ale co ona może wiedzieć o dzisiejszych problemach, dylematach i wyborach? Żyła w innej rzeczywistości, a nie wszytko jest czarne, albo białe. Czymś dzieci nakarmić trzeba. Nie są to wyssane z palca wątpliwości.

Z drugiej jednak strony, trzeba sobie zadać pytanie, czy aby ucieczka w pracę nie jest dla nas wygodna? Czy nie jest jak immunitet, który naszym żonom, teściowym, a nawet rodzicom zakazuje nas oskarżać. Przecież ciężko pracujemy dla naszych bliskich! Kogo przekonujemy takimi argumentami: tęskniących za nami bliskich czy samych siebie?

Na konferencji „Wychowanie do samodzielności” Maria Woźniak z Fundacji „Życie” powiedziała dwa zdania, które szczególnie zapadły mi w pamięci. Psycholog zwróciła uwagę, że relacja kobiet z dziećmi ma charakter naturalny – one tą bliskość mają w sobie. My mężczyźni musimy się jej nauczyć, wypracować, czasem walcząc sami ze sobą. Powiedziała też, że sukcesem w rodzinie można nazwać samą obecność ojca. Nie może to być jednak obecność bierna – tata jest, a jakby go nie było. W rodzinach, w których życiu ojciec świadomie uczestniczy w mniejszym stopniu stwierdza się występowanie zaburzeń psychicznych. Tylko czy my rzeczywiście chcemy być z dziećmi w sposób aktywny?

Odpowiednie miejsce

Chcemy działać, zdobywać, ciągle być w akcji. Rodzina jest ważna, ale czy jest dla nas również atrakcyjna w takim stopniu, jak na przykład nasza praca? Pamiętacie film „Family Man” z Nicolasem Cage’m w roli głównej? Bohater miał wszystko: apartament, kapitalne auto, kobiety na jedną noc. Miał przede wszystkim władzę. To wszystko nagle znika, a Cage trafia na przedmieścia, do dawnej miłości, z którą ma dwójkę dzieci. Zamiast kariery na Wall Street, pracuje w salonie z oponami u swojego teścia. Klimat depresyjny.

Bohater jednak nie załamuje się. Trafia do miejsca, które na nowo go kształtuje, pokazuje mu cel realny, a nie wirtualny, przebrany w kusą spódniczkę lub kolejne zera na ekranie komputera. Uświadamia sobie, że ktoś go kocha, choć najczęściej jest totalnym egoistą. Zaczyna rozumieć, że to dzieci są jego życiową przygodą. Nagle otwiera się dla niego możliwość powrotu na szczyt finansjery. Znów widywałby rodzinę dwie godziny dziennie. Staje przed kuszącym wyborem.

Co zrobić w podobnej sytuacji? Jaką drogę wybrać? Odpowiedź jest jedna, a bohaterowi filmu wskazuje ją najlepszy przyjaciel. „Stary, nie schrzań tego, co najważniejsze tylko dlatego, że przez chwilę dochodzisz do wniosku, że nie jesteś w odpowiednim miejscu”. Banał? Dla mnie konkret pokazujący, że psuję wszystko, kiedy zaczynam jako banalną traktować rodzinę.

Newsletter
Aleteia codziennie w Twojej skrzynce e-mail