Aleteia.pl - pozytywna strona Internetu w Twojej skrzynce e-mail

Nie możesz nas wesprzeć finansowo?

Możesz to zrobić na 5 innych sposobów:

  1. Módl się za nasz zespół i powodzenie naszej misji
  2. Opowiedz o Aletei w swojej parafii
  3. Udostępniaj nasze treści rodzinie i przyjaciołom
  4. Wyłącz AdBlocka, kiedy do nas zaglądasz
  5. Zapisz się do naszego newslettera i czytaj go codziennie

Dziękujemy!
Zespół Aletei

 

Aleteia

Kocham Cię, życie?

Udostępnij

Czy gatunek ludzki zginie w wyniku stałego pędu do ulepszania życia? Poprawiania natury? Margaret Atwood dość jednoznacznie obrazuje, co może stać się z nami już za moment.

Życie w zamkniętych osiedlach, sojowe parówki, zabiegi kosmetyczne z użyciem kwasów, które odnawiają cały naskórek, selekcja najzdolniejszych uczniów, „łowienie” talentów na studiach przez firmy i oferowanie im intratnych stanowisk, dzieci sprzedawane pornobiznesmenom, tabletki na błogostan i na przepracowanie.

Do tego kultura, twórczość, która nie przedstawiając żadnej wymiernej korzyści materialnej skazana najpierw na pobłażliwe traktowanie, rodzaj dziwactwa, wreszcie i tak zaprzęgnięta do służby biznesowi (absolwent akademii sztuk może co najwyżej liczyć na pracę przy wymyślaniu reklamowych sloganów). Nie jest to wyliczanka, która mogłaby zdumieć, prawda? Przecież to elementy naszej rzeczywistości.

Dokąd idziemy?

Ostatnio proponowałam refleksję nad naszym „skądś” wraz z lekturą książki Szymona Hołowni. Tym razem podsuwam życzliwej uwadze „Oryks i Derkacza” Margaret Atwood jako idealne uzupełnienie – literackie pytanie o nasze „dokąd”. Świat przedstawiony w pierwszym tomie trylogii „Maddaddam” to świat, który jest już na wyciągnięcie ręki. Bo to niby fikcyjna, acz nieodległa przyszłość, skoro niektórzy odwołują się jeszcze do smaku „prawdziwych” hot-dogów czy piwa. Wyprawiający się do plebsopolii – czyli poza zamknięte, postępowe enklawy – Jimmy i Derkacz „napili się i coś zjedli – prawdziwe ostrygi, jak twierdził Derkacz, prawdziwą japońską wołowinę, równie rzadką jak brylanty. Musiała kosztować majątek”.

Szopunks już tu jest

„Oryks i Derkacz” to niesamowita krytyka świata, z jakim mamy do czynienia realnie. Nawet jeśli momentami może się wydać, że część wątków to jakieś science-fiction. Jakiś czas temu dane mi było zobaczyć wystąpienie na forum TED na temat organizmów genetycznie modyfikowanych. Z szeroko otwartymi oczyma oraz buzią otwartą ze zdumienia usłyszałam, że specjalistom od inżynierii genetycznej we współczesnych laboratoriach już udało się skrzyżować konia z zebrą, lwa z tygrysem a nawet stworzyć owady z „wbudowanymi” elementami sterowanymi elektronicznie! „Stworzone” przez Atwood na potrzeby jej powieści wężury, wilksy czy szopunksy już istnieją!

Co z nas zostanie, jeśli nie kultura?

Kiedy przed wybuchem II wojny światowej premier Wielkiej Brytanii Winston Churchill na spotkaniu z ministrami powiedział, że starcie jest nieuniknione i pilnie potrzeba więcej pieniędzy na wojsko, minister wojny odparł: „Może obetniemy wydatki na kulturę?”. Churchill na to bez wahania: „Panowie, to o co my wobec tego walczymy?”. No właśnie: o co? Jeżeli życie zostaje sprowadzone do czystej biologii – rzeczywiście nie ma o co kruszyć kopii. Sztuka jest niczym więcej niż wzmacniaczem dla ego artystów. Czy w imię wyzbycia się rzekomo szkodliwych emocji, warto iść w kierunku sterylnie przejrzystego i technicznie doskonałego świata – zdaje się pytać kanadyjska powieściopisarka.

Dobrymi chęciami…

Od zarania dziejów czynimy sobie ziemię poddaną. Nikogo nie dziwi pęd do wiedzy, do wykorzystywania odkryć i wynalazków celem podnoszenia jakości naszego życia i próby zaradzenia katastrofom i klęskom. Kiedy jednak trafiasz na tak realistycznie skonstruowaną dystopię (czyli świat przedstawiający czarną wizję ludzkiej egzystencji stworzoną na postawie rzeczywistych zjawisk), nie możesz uciec od pytania: i co jeszcze? Na co dzień utrzymujemy często, że wszystko ok. Na pytanie: jak leci? odpowiadamy: Świetnie! Kocham życie! Tymczasem Atwood każe nam się zastanowić, czy gatunek ludzki może zginąć w wyniku stałego pędu do ulepszania swojego losu? Poprawiania natury? Że mamy szczere intencje? Bo głód w afrykańskich krajach, bo szczepić trzeba, bo sterylizacja ograniczy choroby… Nie trzeba być wielkim filozofem przyrody, by bacznie przyglądać się otaczającemu nas światu. I by stwierdzić, że nie brak dowodów na to, że dobrymi intencjami to piekło wybrukowane. Margaret Atwood dość jednoznacznie obrazuje, co może stać się z nami już za moment. Celność jej prognoz niepokoi. Pytanie, czy jest w nas przekonanie, siła i chęć, by jej wizja nie stała się rzeczywistością…