Aleteia.pl - pozytywna strona Internetu w Twojej skrzynce e-mail

Nie możesz nas wesprzeć finansowo?

Możesz to zrobić na 5 innych sposobów:

  1. Módl się za nasz zespół i powodzenie naszej misji
  2. Opowiedz o Aletei w swojej parafii
  3. Udostępniaj nasze treści rodzinie i przyjaciołom
  4. Wyłącz AdBlocka, kiedy do nas zaglądasz
  5. Zapisz się do naszego newslettera i czytaj go codziennie

Dziękujemy!
Zespół Aletei

 

Aleteia

Jola Szymańska: 5 decyzji, w których zaufałam intuicji. I kompletnie zmieniły moje życie

Uśmiechnięta Jola Szymańska
fot. Marek Straszewski
Udostępnij

Najgorsza rzecz, jaką możemy sobie zrobić, to zanegować własne marzenia. One nigdy nie są ani głupie, ani zbyt śmiałe.

Od zawsze byłam ciekawa zmian. Kiedy byłam dzieckiem, średnio co trzy lata zmienialiśmy mieszkania. W każdym nowym miejscu szukałam nowych znajomych i nowych „ważnych” miejsc. Może dlatego życie na każdym kroku mnie ekscytowało. Co wydarzy się za rok? Gdzie będę? – zadając sobie te pytania, miałam pewność, że spotka mnie coś, czego dziś kompletnie się nie spodziewam.

Niektórzy straszą, że nie powinno się zmieniać dziecku szkoły, a przeprowadzka może być dla niego traumą. U mnie tak nie było. Dzięki wsparciu i wierze bliskich w moje możliwości, miałam odwagę zmieniać swoje życie także kiedy byłam już dorosła.

Decyzja pierwsza

Pewnie dlatego, kiedy miałam 17 lat, bardzo poważnie i z przekonaniem podeszłam do przygotowywania się do matury. Mimo, że od początku podstawówki uczyłam się w ogólnokształcącej szkole muzycznej, w której przedmioty niemuzyczne były traktowane po macoszemu, zdecydowałam, że będę studiować prawo. Musielibyście zobaczyć minę mojej nauczycielki historii, kiedy jej to oznajmiłam. Myślała, że żartuję.

Osiągnięcie mojego celu kosztowało mnie półtora roku nauki. O dziwo pochłaniała mnie ona tak bardzo, że bałam się tylko jednego – że mama nie żartuje i naprawdę zabroni mi nauki w weekendy lub w wakacje.

Byłam przeszczęśliwa, studiując i analizując podręczniki historyczne i książki Normana Daviesa, a kiedy mi się nie chciało, przypominałam sobie o moim („nierealnym” według mojej nauczycielki) celu.

Decyzja druga

Na czwartym roku studiów zafascynowało mnie prawo gospodarcze i handlowe. Postrach wszystkich rozsądnych studentów mojego wydziału. W tym samym roku otrzymałam list z kliniki ortopedycznej. Siedem lat po zdiagnozowaniu u mnie dosyć dużej skoliozy, zapytali, czy wciąż jestem chętna na jej zoperowanie. Moja mama powiedziała mi o przesyłce mimochodem, sugerując, że na pewno nie chcę tego robić. Chciałam.

To była jedna z pierwszych poważnych decyzji w moim życiu, które podjęłam zupełnie niezależnie, a nawet wbrew woli najbliższych. Zoperowano mój kręgosłup z góry na dół. Długo wracałam do siebie, ale nigdy tego nie żałowałam.

Decyzja trzecia

Zaraz po obronie zaczęłam staż w kancelarii, o której nigdy nie śmiałam marzyć. Analizowałam umowy dla bardzo znanych marek, ale po ośmiu godzinach siedzenia w papierach, czułam się kompletnie wypruta. Dni były długie jak tygodnie, a w weekendy nie potrafiłam wstać z łóżka. Zdecydowałam, że to najlepszy moment, żeby spróbować czegoś kompletnie innego.

Zrezygnowałam z kancelarii i złożyłam całą masę swoich CV w miejscach, w których mogłabym zająć się dziennikarstwem albo public relation. Udało się. Ale zanim znalazłam się w miejscu, w którym odczułam komfort pracy, minął prawie rok.

Decyzja czwarta

Jeszcze na studiach, dla rozrywki, założyłam bloga. O wierze. O tym, jak trudno byłoby mi bez Boga. Jak bardzo jestem Mu wdzięczna za działanie. Jak bardzo czuję Jego opiekę. To była bardzo ważna decyzja. Kolejne lata pokazywały mi, jak wiele osób czuje podobnie i utwierdzały w tym, że mój dziwny pomysł na niepoważnego bloga ma sens, a selfie wrzucane na Instagrama to żaden obciach, skoro mogą poprawić komuś humor i sprawiają, że staję się coraz bardziej sobą.

Te i wiele innych moich decyzji wiązało się z pracą i wyrzeczeniami, ale też z niesamowitą satysfakcją i ufnością Bogu. Wszystkie sprawiły, że ze skrajnie zalęknionej osoby (nie przesadzam!) stałam się świadomą siebie i spełnioną kobietą, która docenia swoje życie takim, jakie ono jest.

Decyzja piąta

Te decyzje nie wynikały z mojej brawury. Były bardzo przemyślane. Ciągle się bałam, momentami paraliżował mnie strach. Długo byłam załamana i nieszczęśliwa, ale starałam się wyjść z miejsc, w których nie czułam się dobrze.

 

Ale jest jedna decyzja, która z wszystkimi poprzednimi nie może się równać. Żadna decyzja świata nie może się równać tej, kiedy świadomie i otwarcie oddawałam swoje życie Chrystusowi.

To dzięki Niemu miałam siły i nadzieję, żeby jeszcze raz spróbować i dać samej sobie szansę. Dzięki Niemu nie zwariowałam. Dzięki Niemu nauczyłam się cieszyć nie tylko z wielkich celów, ale też z prostej codzienności. W końcu, dzięki Niemu byłam spokojna. Wiedziałam, że moje ewentualne niepowodzenie, skoro jest Jego wolą, zawsze będzie najlepszą możliwą opcją.

Newsletter
Aleteia codziennie w Twojej skrzynce e-mail