Aleteia

Ks. Kapłański o ślubie kościelnym z ateistą: Jeśli kogoś kochasz, szanujesz jego zasady [wywiad]

Tommaso Tuzj/Stocksy United
Udostępnij
Komentuj

Co może przysięga przed ołtarzem dać komuś, kto nie chodzi do Kościoła? Jak o tym, aby taki ślub zawrzeć rozmawiać z kimś, kto nie jest ochrzczony? – odpowiada ksiądz Zbigniew Kapłański.

Beata Pawłowicz: Człowiek bywa nazywany istotą symboliczną, nasza kultura opiera się na symbolach, choćby język jest systemem symboli. A więc może dla niewierzącego ślub kościelny ma większe znacznie niż ten w USC?

ks. Zbigniew Kapłański: Moim zdaniem kluczem jest osoba. Jeśli Zenek: ateista, wątpiący, poszukujący, kocha Ziutę, katoliczkę, to wszystko, co dla niej ma znaczenie, ma też znaczenie dla niego. A więc ślub kościelny, przysięga złożona przed ołtarzem też. Co prawda pilnuje się w Kościele, żeby niewierzący nie udawał wierzącego, żeby był uczciwy, a więc może prosić o dyspensę, po uzyskaniu której składa jedynie pierwszą część małżeńskiej przysięgi, bez ostatniego zdania: „Tak mi dopomóż Panie Boże Wszechmogący i Wszyscy Święci”. Ale jednak obiecuje „że cię nie opuszczę aż do śmierci”. I teraz znów: to zależy od Zenka, jeśli szanuje siebie, szanuje swoje słowa, to dla niego zewnętrzne wyrażenie zobowiązania, czyli tego przymierza – jak my mówimy – będzie wiążące. Ale jeśli ten człowiek nie szanuje swojego słowa, czyli nie szanuje siebie, to też nie uszanuje i takiej uroczystej przysięgi. Nie uszanuje nawet złożonej w miejscu tak szczególnym. Dla niego ani ta, ani żadna inna obietnica nie będzie wiążąca.

Warto o dyspensie powiedzieć, bo to ważne. Ale czy oczekiwać od ateisty, by poszedł przed ołtarz? W jaki sposób z niewierzącym narzeczonym czy narzeczoną rozmawiać, aby spróbować ją, jego przekonać do ślubu kościelnego?

Powiedziałbym, tak: jeśli Zenek szanuje Ziutę, to też szanuje jej przekonania i to, czym dla niej jest duchowe doświadczenie. Pierwsza zasada zupełnie niereligijna mówi, że jeśli ona i on chcą żyć w zgodzie, to powinni przestrzegać zasady tej osoby, która wybrała zasady trudniejsze. Wyczytałem tę mądrość jakieś 30 lat temu, być może nawet w buddyjskim tekście. Możliwe, że podczas studiów o rodzinie. I też przekonałem się przez lata duszpasterskiego posługiwania, że jeśli oboje małżonkowie tak postępują to w każdym zakresie dobrze na tym wychodzą. A jak rozmawiać… Moja wychowawczyni w liceum, niewierząca zresztą, mówiła: „Jeśli chcesz się z kimś dogadać, zacznij od tego, by spełnić jego oczekiwania”. Trzeba było wtedy chodzić w juniorkach i mieć krótkie włosy, więc radziła: „Jeśli chcesz walczyć z panią dyrektor o to, by w juniorkach nie chodzić, idź na tę rozmowę w juniorkach. Jeśli chcesz nosić długie włosy, idź obcięty na krótko i zapytaj, czy możesz je zapuścić?”. Trzeba spełniać jakąś zasadę drugiego człowieka, by być partnerem przez niego szanowanym.

Co dają zasady

Przykład: on nie je mięsa, ona zmienia więc domowe menu eliminując je z niego. Ale też mówi: „Chciałabym wziąć ślub przed ołtarzem”…

Jeśli kochasz kogoś, to szanujesz jego zasady i pomagasz mu ich przestrzegać. Nie gotujesz więc rosołu co niedziela i nie wywracasz oczami, że on sięga po sałatę i jajko. Wtedy też on nie robi głupich min, kiedy mówisz: „Dziś niedziela kochanie, idę do kościoła”. I znam małżeństwa, gdzie gdy wierząca mama choruje, ateista ojciec bierze dzieci do auta i podwozi do kościoła, a potem czeka na nie do końca mszy, żeby je zabrać do domu. Jeśli kogoś kocham to wręcz pomagam mu spełniać jego zasady. Jeśli słyszysz od swojego mężczyzny ateisty: „Kochanie, o osiemnastej masz mszę, więc powinniśmy już wracać do domu”, a jesteście u jego przyjaciół na kawie i on chętnie by jeszcze tam posiedział, to ten mężczyzna szanuje cię i liczy się z tym, co dla ciebie ważne.

Rozumiem, że szacunek wobec człowieka i jego zasad, żeby miał sens musi dotyczyć obu stron?

Tak i dlatego trzeba zapytać ateistę: „Jakie masz zasady?”. Może nie je mięsa, albo nie lubi ptaków w klatkach w domu? Co więcej, nie wolno go zmuszać, namawiać, żeby to mięso polubił, chciał mieć kanarki czy nawet poszedł do kościoła. Absolutnie nie! Jeśli jednak wierząca, wierzący chce wziąć ślub z kimś, kto nie jest związany z kościołem, powinien przyjrzeć się mu, jej, czy zechce uszanować moje reguły? Bo są tacy, którzy lekceważą wszystkie zasady i swoje i cudze. Tak naprawdę lekceważą więc i innych, i siebie. No i szczęście z nimi to towar deficytowy. Szanowanie zasad daje nam bowiem poczucie bycia ważnym i kochanym.

A może lepiej nie wiązać się z ateistą?

Zapytała mnie kiedyś znajoma (a głębokością jej wiary to ja bym się nie zachwycał, choć to wiara prawdziwa), która chciała związać się z buddystą: co nam grozi, jak się zaczniemy spotykać? Powiedziałem: wydaje mi się, że pani wiary nie straci, a jeśli pani nie będzie agresywna, to on nie stanie się wrogiem. A może nawet się wiarą pani zainteresuje, stworzy swój własny eklektyzm, co może być etapem jego nawrócenia.

 

Ślub kościelny bywa krokiem do nawrócenia? W książce „Duchowość ateisty” wyczytałam, że jeśli wykonujemy symboliczne czynności związane z daną religią, możemy otworzyć drzwi do wiary…

Powiem z obu stron. Znam małżeństwo, które nie może wziąć ślubu kościelnego, bo jedno z nich jest już sakramentem z kimś związane. Oboje jednak zawsze pilnowali prawd wiary, choć znaleźli się w takiej sytuacji, że nie mogli przyjmować komunii świętej. Świadomie sobie tak skomplikowali życie, ale wiedzieli też, że kiedyś będą mogli w pełni uczestniczyć w sakramentach. I z czasem stało się to możliwe. Nadszedł czas, że zaczęli żyć ze sobą jak brat z siostrą – jak to nazywał papież Jan Paweł II. Świadomie ten upragniony moment odłożyli. Tak postanowili i mieli pełną świadomość, że robią coś wbrew nauce kościoła. Ich wiara jednak okazała się silniejsza niż lata razem, ale bez sakramentów. Znam osoby, które mają ukryte marzenie, żeby ta druga strona się nawróciła. I to się zdarza, ale przyznaję, że nie widziałem, by nawróciła kogoś teologia. Zawsze to człowiek, który pokazuje sobą czym nasza wiara jest. Wierzący małżonek słyszy czasem pewnego dnia: „Twoje życie jest tak wspaniałe, że chciałby mieć takie samo”. Ze względu na kochanego człowieka ateista możne chcieć poznawać wiarę, bo też nie ma większego argumentu niż ten kochany człowiek, dla którego wiara jest wartością.

 

Nieochrzczony ma łaskę szukania

Wierząca z niewierzącym zwiedzają razem kościoły, rozmawiają: ona mu opowiada o swoich duchowych przeżyciach i tak w życiu ateisty pojawia się niematerialny wymiar.

Jak się przejmuje słownik, to się przejmuje znaczenie słów. I szanse życiowe tego człowieka, jego świat zaczynają się poszerzać. Powoli ktoś zaczyna poznawać świat osoby wierzącej. Przede wszystkim to owocuje pogłębieniem relacji między nimi, pogłębieniem ich miłości.

Czasem widzę też takie skutki, że ten człowiek zbliża się do wiary, może nie aż nawraca, ale zaczyna więcej rozumieć. Bo żyjąc z osobą wierzącą dowiaduje się na przykład, że zasady moralne to nie „tak trzeba…” ale że „tak trzeba, bo…”. Że mają głębszy sens, jakieś uzasadnienie racjonalne.

Nie tylko, że to zasady, ale też spotkanie z Bogiem, jak św. Pawła pod Damaszkiem.

Wiara to dodatkowy wymiar bytu, który się przyjmuje czasem na skutek przemyśleń. Teologia podpowiada, że to łaska, którą otrzymuje każdy, kto jest ochrzczony. Nieochrzczony ma łaskę szukania. Miałem ucznia, który powiedział, że rodzice nie pokazali mu świata wiary i on nie chce, żeby jego dzieci doznawały takiego braku. Mówił: „Doszedłem do Boga rozumem, a teraz ksiądz ma mi pokazać życie sakramentalne”.

Bywa, że ateista nie umie skojarzyć tego, co przeżył z wiarą. Transcendencja jest w każdym z nas, zwłaszcza jak już przeżyjemy kilkadziesiąt lat i jesteśmy skłonni do refleksji. Bo gdzieś jest w każdym tęsknota za transcendencją. To co mówił św. Augustyn: „Niespokojne jest moje serce póki nie spocznie w Panu”.

 

Dobro jest zawsze wyżej

Powiedział ksiądz, że życie z osobą wierzącą rozszerza świat ateisty. Jak to rozumieć?

Rozszerza, bo wiara jest dodatkowym wymiarem. I pytanie, czy się zaciekawi tym, czy zrezygnuje z czysto pragmatycznych powodów? Przydałoby się wtedy takie dobre doświadczenie „pokoju serca”, czyli że: „Nie jestem sam, ktoś jest zainteresowany mną, a zło jest tylko krzywym postrzeganiem świata”. Prawda? Doświadczam zła, ale tylko na tej płaszczyźnie, której zło może dotyczyć. Jest taka płaszczyzna, której zło nie dotyczy. Czyli mojego zbawienia nikt mi nie odbierze. To jest to dobro. Każde zło jest zawsze na płaszczyźnie niżej. Zbawienie dotyczy płaszczyzny nadprzyrodzonej. Jest wyżej. Doświadczam cierpienia, bólu śmierci, niesprawiedliwości, ale Bóg jest ponad tym. Bo Bóg jest transcendentny, a zło nie. To chyba widać, że zło dotyczy rzeczy przemijających, a dobro nie.

 

Gdzie to widać, że zło dotyczy rzeczy przemijających, a dobro nieprzemijających?

To widać w tym, że człowiek, który nawet intuicyjnie przeczuwa Boga wie, że w nim jest oparcie. Przypomina mi się film „Cuda z nieba”. Rodzina protestancka, oboje wierzący, a jedna z córek zaczyna chorować na śmiertelną chorobę jelit. Dziewczynka poznaje w szpitalu koleżankę, która daje jej swój krzyżyk. Ojciec tej koleżanki, wdowiec, bardzo prosi, żeby nie indoktrynować jego córeczki. Potem dzieje się coś dziwnego: nasza bohaterka bawiąc się z siostrami wpada w środek suchego drzewa na głębokość 9 metrów. Wydobywają ją cały dzień, nikt nie wierzy, że żyje. Akcja ratownicza się udała, a choroba się wycofała. Niezrozumiała naturalna remisja – powiedział lekarz.

Mama dziewczynki podczas jej choroby straciła wiarę, ale po tym uzdrowieniu uznała, że to „cud z nieba”, że można na świat patrzeć, jako na zestaw cudów. Ktoś głośno wypowiedział zdanie: „Może ta choroba nie była tak poważna?”. Wówczas wstał mężczyzna, ojciec dziewczynki poznanej w szpitalu i odparł: „Ja jej wierzę. Moja córeczka umarła, ale nigdy nie widziałem jej tak spokojnej jak wtedy, kiedy umierała”. Dobro jest piętro wyżej niż zło. Praktyka to pokazuje.

Newsletter
Aleteia codziennie w Twojej skrzynce e-mail