Nie możesz nas wesprzeć finansowo?

Możesz to zrobić na 5 innych sposobów:

  1. Módl się za nasz zespół i powodzenie naszej misji
  2. Opowiedz o Aletei w swojej parafii
  3. Udostępniaj nasze treści rodzinie i przyjaciołom
  4. Wyłącz AdBlocka, kiedy do nas zaglądasz
  5. Zapisz się do naszego newslettera i czytaj go codziennie

Dziękujemy!
Zespół Aletei

 

Aleteia

Rycerskie miasteczko bez turystów. Gdzie? W regionie Marche

fot. Stefan Czerniecki
Udostępnij

W tej niepopularności i turystycznym osamotnieniu tkwi największa siła Marche. Tutejsi mieszkańcy mogą dzięki temu żyć bez turystycznej papki komercji i źle rozumianego marketingu.

Do tej wschodniej prowincji Italii zajeżdża naprawdę niewielu. I tak po prawdzie to trudno się dziwić. W zestawieniu z przepełnionym zabytkami antycznego cesarstwa Rzymem, cudnie renesansową Florencją, srogimi stokami Dolomitów czy pulsującą południowym temperamentem Sycylią, tutaj nie znajdziemy praktycznie nic zanadto interesującego przeciętnego turystę.

No, ok. Uparci powiedzą, że przecież to nie gdzie indziej, ale właśnie w Marche leży słynne Loreto z cudownie relokowanym w to miejsce Świętym Domkiem. Tym samym, w którym mieszkali święci Joachim i Anna, a wkrótce wraz z nimi ich córka, Maryja. Ktoś wskaże na portowe miasto Ancona. Jeszcze ktoś inny na porośnięte zielonymi lasami pogórze parku Monte Sibillini. Ale przyznajmy w szczerości: cóż to jest w zestawieniu z obłowionymi w miliony turystów Kaplicą Sykstyńską czy florenckim Duomo?

Marche pozostaje więc jakby na uboczu głośnego i rozreklamowanego do granic możliwości wśród biur podróży włoskiego światka. Dziś – po pobycie w tej zapomnianej i raczej omijanej bez żalu przez turystów włoskiej prowincji – wiem, że tak właśnie musi być. Po prostu. Tak się bowiem składa, że właśnie w tej niepopularności i turystycznym osamotnieniu tkwi największa siła Marche. Tutejsi mieszkańcy mogą dzięki temu żyć bez turystycznej papki komercji i źle rozumianego marketingu. I samo to jest już głównym motywem, aby się tu pojawić.

Niedziela. Sierpniowy poranek. Uliczki Starego Miasta okupuje zgromadzony tłum. Najlepsze miejsca są zajęte już od świtu. Starsze panie wspomagają się przyniesionymi ze sobą stołeczkami. Młodsi wspinają się na okoliczne okiennice. Wszyscy chcą ich zobaczyć. Wybija jedenasta. Idą.

Orszak rozciąga się na długości ponad kilometra. Prowadzi burmistrz. Udekorowany w pozłacane szaty. Wokoło niego świta. Wszyscy z mieczami. Zaraz za nimi kusznicy. Dalej duchowieństwo. Pierwsza dama z długim welonem, który podtrzymują jej drużby. Kilka kroków za nimi młodzi paziowie. Z dumnie wypiętymi piersiami. Zaraz dalej krzyżowcy. Każdy z ponad dwumetrową lancą. Ubrani w ciężkie kolczugi. Orszak zamyka plebs. Rybacy z sieciami. Starsze panie z dzbanami na głowach. Piekarz popychający osła ciągnącego drewniany wóz z bułkami. Wokoło biegające maluchy w charakterystycznych białych lnianych koszulach.

Średniowieczna wizja. Żadnych rekwizytów z teraźniejszości. Zegarków. Telefonów komórkowych. Cała dekoracja szykowana była od miesięcy. Wreszcie nadeszła pora. Średniowieczna mieścinka na jednym ze wzgórz Marche: Sant’Elpidio a Mare ma dziś swoje święto. Obchody La Contesa del Secchio. Mieszkańcy czekali na nie tyle czasu.

Nie potrzebują na nich obecności turystów. Obserwatorów z wielkimi aparatami i telefonami do robienia setek selfies na plastikowych „trzymankach”. Tego dnia mieszkańcy Sant’Elpidio sami wychodzą na ulice swojej osady w takiej liczbie, że i tak nie ma gdzie igły wcisnąć. To jest zabawa przede wszystkim dla nich.

Dziś w miasteczku nie będzie cicho. Zewsząd słychać odgłos trąb. Rytmicznych bębnów. Werbli. To znak, że zbliżają się najważniejsi uczestnicy pochodu. Zawodnicy. Ubrani w rajtuzy przypominają rabusiów z czasów Robin Hooda. Zamykają orszak, którego czoło już oczekuje ich na lokalnym stadionie. To tam odbędzie się najważniejsza część uroczystości. Wielkie sportowe widowisko. Gra przypominająca specyficzne połączenie piłki ręcznej z koszykówką. Emocje. Krzyki. Transparenty na trybunach. Wielka wrzawa. Gra o honor.

Cztery rywalizujące dzielnice. Niebiescy, Czerwoni, Zieloni i Żółci. Ze wzajemnymi sojuszami i antagonizmami. Też jak za średniowiecza. Z chorągwiami. Najpiękniejszą pierwszą damą. Rycerstwem. Łucznikami. Dworem. Wszyscy oni zebrani są teraz na specjalnej trybunie. Ich rola już została odegrana. Teraz wszystko w nogach i rękach zawodników. Średniowiecznych gladiatorów stadionowej areny. Od nich zależy, która z czterech parafii miasteczka będzie chodziła przez najbliższy rok z dumnie wypiętą piersią.

Takich rycerskich festiwali nawiązujących do czasów średniowiecza jest w Marche więcej. Mieszkańcy każdej z mieścin szykują się do tych wyjątkowych świątecznych dni w sposób wyjątkowo skrupulatny. Zbierają fundusze, szyją stroje. Zawodnicy zaś trenują pod okiem wyselekcjonowanych ze starszyzny danej dzielnicy trenerów. Wszystko traktowane jest zupełnie poważnie. Z emocjami, krzykami, wzajemnymi oskarżeniami. Na serio.

Mam nieodparte wrażenie, że gdyby choć jeden z przebywających w tej chwili w rzymskim Forum Romanum turystów zobaczył całą tę otoczkę rycerskiego festiwalu w Sant’Elpidio, bez mrugnięcia okiem zmieniłby swoje wakacyjne plany w Italii. Ale wówczas być może całe to lokalne święto zmieniłoby swój wyraz. Niepowtarzalny urok. A tak nadal pozostaje swojskie. Jest ich własne. Nie muszą się przed nikim popisywać, starać, prezentować. Tego dnia chcą być dumni. Sami przed sobą.

Newsletter
Aleteia codziennie w Twojej skrzynce e-mail