Aleteia

Co niezwykłego może się stać w publicznej toalecie?

Dmitry Kalinovsky/Shutterstock
Udostępnij
Komentuj

Przed samym wejściem do toalet widzę to, czego zabrakło na lotnisku – stoisko z kwiatami. Proszę o piękną różę, ze wstążeczką i w celofanie. Płacę i niosę moją zdobycz w lekko trzęsących się dłoniach.

Czy coś niezwykłego może się stać w publicznej toalecie? Może. Choć to miejsce, z którego przychodzi się „skorzystać” w ścisłym tego słowa znaczeniu. W głowie przewija się checklista, czy zastajemy tam wszystko, co jest zdobyczą naszej cywilizacji i co potrzebne, by nie szukać w desperacji chusteczek higienicznych w torebce. Oceniamy, czy jest czysto, a czasem zastanawia nas brak kultury poprzedników.

Przylatuję z dwójką naszych starszych dzieci na weekend majowy na jedno z lotnisk Londynu, Stansted. Toaleta w takim skupisku ludzi to miejsce, gdzie ruch trwa cały czas.

Cały czas trwa także dyżur porządkowy osoby, którą w Polsce zwyczajowo nazywamy „babcią klozetową” – i cóż, ta etykieta wiele mówi o tym, że zajęcie uchodzi za jedno z najniższych w hierarchii płatnej pracy.

Młoda, czarnoskóra dziewczyna w fartuchu nieustannie zmiata śmieci z podłogi, mówiąc wszystkim wchodzącym „hello” i kierując do wolnych boksów. I w tym jej niepewnym, smutnym uśmiechu, który zdaje się mówić, że wszystkim powiodło się lepiej niż jej, staram się wyczytać jakąś historię. I przestaje być to miejsce dla mnie tylko przystankiem, z którego się „korzysta”. Myślę, jak okazać jej wdzięczność i podarować coś, co jest kompletnie nieużyteczne – wbrew kompletnie utylitarnej roli tego miejsca i jej pracy. Wiem dobrze co. Ale w tym miejscu lotniska z całą pewnością nie ma takiego sklepu. Odchodzę smutna.

Na drugi dzień jednak mam więcej szczęścia. Tym razem w wielkim pasażu handlowym w mieście pod Londynem, gdzie przyszła akurat cała chyba jego populacja. W publicznej toalecie spotykam podobną dziewczynę, z podobnym uśmiechem. Mogłaby równie dobrze być baletnicą, malarką albo opiekunką w przedszkolu, ale stoi ze zmiotką i mówi wszystkim swoje uśmiechnięte „hello”, uważając, by nikt jej nie potrącił. Widzę, że może być nawet ode mnie starsza, a jej dziewczęcy wygląd wynika z tej samej niepewności, która malowała się na twarzy tamtej kobiety. „Jestem przezroczysta” – mówią jej ruchy. Postanawiam zrealizować swój plan.

Przed samym wejściem do toalet widzę to, czego zabrakło na lotnisku – stoisko z kwiatami. Proszę o piękną różę, ze wstążeczką i w celofanie. Płacę i niosę moją zdobycz w lekko trzęsących się dłoniach, bo moja determinacja miesza się z obawą, że wyjdę na kompletną idiotkę.

Wchodzę na środek pomieszczenia z umywalkami, dotykam ramienia kobiety ze zmiotką i po angielsku pytam, czy mogę dać jej taki mały prezent. Tłumaczę, że bardzo chciałam jej podziękować za to, że dba, by było w tym miejscu tak miło – a ludzi przewija się tu takie mnóstwo, że mogą tego nie zauważyć.

W oczach tej kobiety widzę najpierw zdumienie. Potem łzy. Uśmiecha się do mnie, jak Kopciuszek mógł uśmiechnąć się, gdy dobra wróżka zamieniła dynię w karetę, i przytula serdecznie, dziękując. A ja wiem, że to spotkanie zostanie we mnie na zawsze.

Gdy wchodzimy w rolę „klienta (naszego pana)”, może ginąć nam z oczu, że korzystając z usług czy kupując produkty, zawsze uczestniczymy w spotkaniu człowieka z człowiekiem. I to naprawdę nic, że nasz usługodawca za swoją pracę otrzymuje wynagrodzenie – lepsze lub gorsze. Czasem zresztą łatwiej o uprzejmość dla tych, którzy robiąc coś dla nas, zarabiają pokaźne kwoty. Słabiej wypada kasjer, sprzątaczka, kelnerka.

Uwielbiam w Wojtyle to, że powiedział, że drugiego człowieka nie można używać. Nawet jeśli parzy dla nas kawę na stacji benzynowej, nie przestaje być osobą, którą prosimy o zrobienie czegoś. Jasne, że może to działać w obie strony – gdy usługodawca traktuje nas jako dawcę gotówki. A jednak żaden biznes nie trwa długo, jeśli relacje w nim opierają się na wzajemnym używaniu.

Myślę jeszcze długo o dziewczynie z publicznej toalety pod Londynem. Czy jest czyjąś żoną albo mamą, co robi po powrocie do domu, jaka jest jej historia? I czuję głęboko, że godność człowieka nie zależy od tego, co robi. Wystarczy, kim jest. Cieszę się z tego zaskoczenia i z tego uśmiechu, którym mnie obdarowała w jeden z szarych dni jej pracy, której nikt nie uznaje za szczyt marzeń o karierze. Jestem wdzięczna za jej „hello” i za jej uśmiech znad śmietniczki. Jestem też całkowicie pewna, że taki świat chcę wokół siebie budować: świat, w którym najpierw jest człowiek.

Pamięć o tym wystarczy przekuwać na drobne gesty. Mój brat mówi, że po doświadczeniu pracy w szybkim barze, pamięta zawsze o tych, co będą po nim sprzątać. Składa naczynia po naszej kawie w stosik, śmieci zbiera w jedno miejsce. Dobrze go rozumiem.

Udostępnij
Komentuj
Ten artykuł jest otagowany:
człowiekLondyn
Newsletter
Aleteia codziennie w Twojej skrzynce e-mail