Aleteia

Szymon Majewski: Od Piszczela do Pakera

fot. Paweł Szadkowski
Udostępnij
Komentuj

Czyli jak prawie zostałem kulturystą.

Moje przezwiska, gdy byłem jeszcze piętnastoletnim leszczem, mówiły za siebie: Piszczel, Bambus.

Moja Mama była ciągle wzywana do szkoły w związku z moim niedożywieniem. PRL oskarżał ją o to, że jej latorośl nie załapuje się na żadne statystyki żywienia i normy średniego nastolatka z tego czasu. Dodatkowo miałem cienką kondycję, podczas długich biegów robiło się mi słabo, kręciło się w głowie podczas apeli, mdliło mnie i słabłem na widok zupy mlecznej.

Nie byłem żadną konkurencją dla szerokich w barach chłopaków z innych klas, nadrabiałem rzecz jasna żartami, ale już na ulicy nie budziłem respektu, można było mnie zdmuchnąć z powierzchni chodnika. Chudy byłem strasznie, pamiętam jak lekarka szkolna stwierdziła, że mam zanik mięśni nóg! Była wielce zdziwiona, że po badaniu o własnych siłach pobiegłem grać w piłkę. Najgorzej jednak, że dziewczyny w ogóle nie zawieszały na mnie oka. Miałem piętnaście lat, wesołe spojrzenie, okulary, poczucie humoru i skórę i kości na stanie.

Postanowiłem więc swojego wrażliwego ducha obudować mięśniami i wzmocnić Szymka. U jednego z wujków na półce, znalazłem legendarny podręcznik Stanisława Zakrzewskiego „Jak stać się silnym i sprawnym” i zacząłem ćwiczyć.

 

Do moich treningów dołączył Paweł Szadkowski – kolega z podwórka. Trenowaliśmy ze starymi 3-kilogramowymi odważnikami, znalezionymi w piwnicy, jednak już po dwóch tygodniach machaliśmy nimi jak bobas grzechotkami. Mięśni nie przybywało, powychodziły nam tylko żyły. Przydałaby się nam sztanga, co wtedy w PRL-u było kompletnie nieosiągalne. Taki sprzęt miały tylko kluby. I wtedy z pomocą przeszedł nam mój Dziadek, powiedział, żebyśmy sami zrobili sztangę.

Ze szkoły przyniosłem wielkie puszki po ogórkach. Gryf sztangi pomógł mi zorganizować kolega z harcerstwa, który był magazynierem w 16-tce i dał nam jeden z niepotrzebnych masztów do dużych harcerskich  namiotów tzw. „dziesiątek”. Do roboty został zaangażowany okoliczny murarz Stefan, który trzymał się terminów, ale nie trzeźwości. Najpierw jedna puszka z gryfem została zalana betonem, potem druga.

 

Premiera sztangi miała miejsce w mieszkaniu, Stefan przyniósł swoje 23-kilowe dzieło pod wieczór, był w podkoszulku i widać było, że tego dnia postawił na tradycyjny doping żytni w postaci wódki. Mimo krzyków Mamy postanowił nam zaprezentować sztangę i swoją sprężystość na środku pokoju. Gdy ją dźwignął i podniósł zaczął się zataczać zahaczając o radio i wazon, rzucało nim strasznie, Mama i Dziadek biegali po pokoju łapiąc sprzęty, a ja ubezpieczałem Stefana i jego akrobacje. Na naszych oczach dźwignął sztangę trzy razy, spocił się, oczy my wyszły na wierzch i zaczął dyszeć. Dopiera wizja zawału przekonała Stefana do zakończenia prezentacji – musiał uwierzyć mamie, w końcu była ze służby zdrowia.

I tak oto miałem pierwszą w życiu sztangę, od tej pory z Pawłem wywijaliśmy nią na tysiąc sposobów wykuwając podwaliny polskiej szkoły kulturystyki. Nasze wymiary poszybowały, moja klatka, gdy zaczynałem trenować miała obwód 88 cm, a już po roku ćwiczeń napompowałem się, wywijając betonową sztangą do 103 cm w klacie…

fot. Paweł Szadkowski / archiwum prywatne

 

Jeżdżąc nad morze, już się nie chowałem za tyczkami parawanów.

Teraz moja oldskulowa sztanga ma już 35 lat! Zatoczyła szerokie koło, swoje „szkatuły” i „baniaki” wyciskali na niej moi kuzyni i koledzy.

I choć teraz więcej we mnie  kultury niż „styki” to jednak lubię powywijać czasami oldskulowym żelastwem.

Newsletter
Aleteia codziennie w Twojej skrzynce e-mail