Aleteia

Jeżeli nie powiesz mężowi, co Cię boli, skąd ma o tym wiedzieć?

pink panda/Shutterstock
Udostępnij
Komentuj

W związku bywają ciche dni, ale też momenty krótkiego zawahania, kiedy chcesz coś powiedzieć, ale w końcu milczysz.

Mąż czasami dowiaduje się ostatni. Że utył i leży na sofie jak morświn. Że zawsze jest zmęczony i nie chce gadać. A wśród znajomych rzuca uwagę, że wcale nie było tak, jak opowiadałaś. Że całą wiosnę gadał o koleżance z pracy, że taka dzielna, mąż w Anglii, a ona tu radzi sobie z trojgiem dzieci i jeszcze bloga zaczęła pisać, który się nieźle klika.

Czujesz do niego złość, zniechęcenie i nie mówisz mu o tym. Boisz się, że wywołasz kłótnię. Albo że on się jeszcze bardziej oddali. Lub przeczeka i odegra się, sprawiając ci przykrość. Milczysz, bo tak zostałaś wychowana – chcesz, by on miał tę swoją męską przewagę.

Wiele kobiet w małżeństwie czuje się samotnie i uważa to za całkiem naturalną kolej rzeczy. Rezygnuje z mówienia o tym, co im się w nim nie podoba, bo wiadomo… jacy są mężowie.

Wystarczy, że coś tam przywiezie, przydźwiga, poskarży się i niech sobie idzie do tej męskiej jaskini – pół metra od stosu ubrań do prasowania, którymi zajmę się, jak wszyscy pójdą spać. Znam dużo opowieści kobiet, które całe lata męczą się w związku. Od wielu lat przymykają oczy, dostosowują się, bo dzieci, bo nadmiar obowiązków. Chociaż nie jest tak, jakby chciały.

 

Lepiej powiedzieć, niż czekać aż on sam się zmieni, domyśli się. Nie domyśli się. Partnerstwo w małżeństwie nie polega na tym, że się sztucznie podtrzymuje miłą atmosferę albo że się wymusza zmianę, której ta druga osoba nie chce. Albo nie potrafi przeprowadzić. Bo na przykład krzyczy na dziecko, żeby odreagować problemy w pracy. Albo zajada ból po stracie rodzica.

Bo za tym jego wielkim brzuchem i bezruchem przed telewizorem nie stoi zawsze lenistwo, tylko uczucia, z którymi nie może sobie poradzić w inny, lepszy sposób. Tłumi, zamiast się z nimi rozprawić.

Nie żyjesz tylko po to, by on był zadowolony. A może tak zamiast być dobrą żoną – być sobą. To przysłuży się wam dwojgu.

Milczenie jest siostrą bezradności. Unieruchamia w przykrych uczuciach. Widzisz męża jako tego, przez którego czujesz się zmęczona, brzydsza, zrzędliwa. Nagle w związku brakuje energii, świeżości, zalotności. To, co denerwowało i nie zostało natychmiast wypowiedziane – eksploduje dopiero w czasie poważnego kryzysu, na terapii – kiedy jedno chce odejść czy wręcz na sali rozwodowej.

Czasami jest za późno, bo z sumy takich drobnych przemilczeń robi się wielka, martwa cisza i już nie chce się zwyczajnie gadać. Dlatego dobrze się wzajemnie informować, że nagle dostrzegasz to, czego nie chcesz widzieć.

 

Prawdomówność bywa trudna. Nawet szczerość płynąca z głębi serca potrzebuje formy. Odwaga ciepłego mówienia o rzeczach trudnych buduje bliskość i zaufanie. Mów serdecznie, czule i przytrzymująco. Nie stosuj gróźb. Nie poniżaj. Nie drwij.

Przecież nie chcesz zrobić mu krzywdy, odegrać się, postawić na swoim czy żeby go zabolało.

Jesteś ostra i nieprzyjemna – bardziej zniechęcasz do zmiany niż mobilizujesz. Lekko podniesiony głos, sarkastyczne zniecierpliwienie, ton nieznoszący sprzeciwu – to kiepskie manifestacje twojej siły. Raczej przejaw braku wrażliwości.

Powiedz: zależy mi na tobie. Teraz masz nawet większe poczucie humoru niż kiedyś, ale też brzuch masz większy. Może coś z tym zrobisz.

Nie chodzi o to, żeby urządzać sobie psychodramę. Ale zwyczajnie pogadać. Zobaczyć siebie. Że za tymi zachowaniami, które nas drażnią – stoi jakiś smutek, zniechęcenie. Że może on ma takie same bolesne przemyślenia jak ty. I również nie potrafi ich okazać. Też jest zablokowany.

 

Takie rozpoznanie sprawi, że staniemy się jako para mniej zawiedzeni, a bardziej zadaniowi. Bo kiedy sobie odpuszczamy, bo i tak mamy tyle na głowie, a on i tak się nie zmieni, to ta przewlekła frustracja nie zniknie. Pojawi się następna, zsumuje z tamtą i będzie nas coraz bardziej oddalała od siebie.

Kiedy brakuje tych kilku szczerych słów, ale wypowiedzianych w bezpiecznym kontekście, to z czasem może pojawić się trudne do przepracowania poczucie, że mam już tego wszystkiego dość.

Bo coś się rozpadło. Każde uciekło w swoje własne pojedyncze rozczarowania. Wtedy dobrze jakoś wspólnie zaopiekować się tymi rozłączonymi uczuciami. W sposób bardziej świadomy, dojrzały. W formie rozmowy, a nie monologu jednej strony i milczenia drugiej. Albo ciszy dwóch „ofiar losu”.

Nawet po wielu wspólnych latach można zacząć budować małżeństwo jeszcze raz. Ale tym razem tak, żeby było w nim miejsce dla obojga. Żeby obie strony dobrze się ze sobą czuły. Do tego nie potrzeba ani wielu słów, ani głębokich rozmów. Wystarczy zwykła życzliwość.

 

Kiedy zwracasz mu uwagę na problem, nie jest to cegła w murze, którym chcesz się od niego odgrodzić. To zaproszenie do rozmowy. O nim. O was. Często nie widzimy, jak się zmieniamy. Jak wpadamy w nawyki, uzależnienia, lenistwo, smutek, zniechęcenie.

Kiedy czujesz, że nie potrafisz się przełamać i nie wiesz, jak do niego dotrzeć – zawsze możesz zacząć od siebie. Zapytaj: A co ciebie we mnie drażni? Bardzo się zmieniłam od tego czasu, jak randkowaliśmy?

Znana to prawda, że miłość jest ślepa, ale małżeństwo przywraca wzrok. Nie tylko kobiecie. Również mężczyźnie.

 

Udostępnij
Komentuj
Ten artykuł jest otagowany:
małżeństwo
Newsletter
Aleteia codziennie w Twojej skrzynce e-mail