Aleteia

Pierwszokomunijna wydmuszka. Stłuc czy pielęgnować?

acongar/Shutterstock
Udostępnij
Komentuj

Jako duszpasterz mogę mieć pretensje, że rodzice nie kształtują w swoich dzieciach świadomości religijnej na odpowiednim poziomie. Ale czy coś nie zostało zawalone także po mojej duszpasterskiej stronie?

TO NIE JEST KRUCJATA PRZECIWKO PREZENTOM! Pierwsze dwa akapity będą o nich, bo na tym przykładzie dobrze widać, z czym mamy problem.

Teologia roweru

Po co robimy dzieciakom prezenty z okazji Pierwszej Komunii? Z tego samego powodu, co wszystkie inne prezenty. Chcemy pokazać małemu człowiekowi, że jest dla nas ważny i podkreślić, że oto w jego życiu dzieje się coś ważnego, a my pragniemy uczestniczyć w jego radości. Rower, tablet, smartfon, deskorolka z napędem elektrycznym (sam bym chciał, choć obawiam się, że w moim wypadku pociągnęłoby to za sobą dalsze wydatki na protetykę dentystyczną) mają służyć podkreśleniu rangi wydarzenia. Jakiego? Przyjęcia Pana Jezusa w Najświętszym Sakramencie.

Trudno jednak dziwić się pierwszokomuniście (zawsze bawiło mnie to określenie), jeśli bardziej będzie czekał na tablet, niż na Pana Jezusa ukrytego w hostii. Pod wieloma względami tablet jest atrakcyjniejszy. Nie sposób też mieć pretensje, jeśli niespełna dziesięcioletni umysł pogubi się w tej sytuacji w wartościowaniu dóbr duchowych i materialnych.

 

Przyjęcie z okazji przyjęcia

Kolejna rzecz to przyjęcie (nadal piszę bez złośliwości). Równie naturalne, co prezent albo i jeszcze bardziej. Świętowanie tego, co wydarzyło się przy Stole Pańskim kontynuujemy przy zwyczajnym stole. Jest to obyczaj o proweniencji na wskroś chrześcijańskiej. Rozumiem też doskonale, dlaczego przyjęcia pierwszokomunijne przenoszą się z domów do lokali. Niedużo drożej, a dużo wygodniej.

Obiad po mojej Komunii był na działce u dziadków i pamiętam z niego między innymi mamę z babcią zanurzone po łokcie w zlewie przez trzy czwarte imprezy. Restauracja to rozsądne wyjście. Może nawet lepsze, bo gro zamieszania związanego z przygotowaniami przenosi się z domu do lokalu.

Dziecko przyjęciem jest oczywiście zainteresowane dużo mniej niż prezentami. Dziesięciolatki rzadko bywają fanami zlotów rodzinnych. Jeszcze rzadziej bycia w centrum zainteresowania „zleciałych” wujków i ciotek. Z drugiej strony rodzinę zaprosić i podjąć wypada, a smarkacz niech się uczy pielęgnowania rodzinnych więzi, ot co!

 

Wydmuszka zwyczaju

No i jeszcze sama uroczystość. Msza mszą, Komunia Komunią. Ale do tego dochodzą stroje, dekoracje, wierszyki, kamerzysta i zdjęcia. Rejwach jak się patrzy. To wszystko służy oczywiście uświetnieniu wydarzenia i nadaniu mu jak najbardziej uroczystego charakteru, na jaki zasługuje. Tylko że niejednokrotnie samo wydarzenie wydaje się ginąć pod nawałem tych wszystkich „uświetniaczy”.

Malujemy skorupkę – często dość pstrokato – a w środku puściutko, aż smutno. Forma triumfuje nad treścią i zamiast ją podkreślać utrudnia lub wręcz uniemożliwia jej zrozumienie i przyjęcie.

Po części to wszystko jest ceną naszego „przywyknięcia” do katolickiej tradycji. Pierwsza Komunia celebrowana tak, a nie inaczej, stała się po prostu elementem naszej obyczajowości. A obyczajowość ma to do siebie, że nieraz skupia się na tym, co zewnętrzne kosztem tego, co stanowi jej sens i istotę.

 

Czy i co my na to?

Jako duszpasterz mogę mieć pretensje, że rodzice nie kształtują w swoich dzieciach świadomości religijnej na odpowiednim poziomie. Ale czy coś nie zostało zawalone także po mojej, duszpasterskiej stronie?

Przecież, przynajmniej teoretycznie, ci rodzice sami powinni być już całkiem nieźle uformowani w wierze. Za nimi lata katechezy, przygotowanie do bierzmowania, do ślubu, do chrztu wyżej wspomnianych dzieci. Skoro przystępowali i przystępują do sakramentów, to należy zakładać, że mamy do czynienia z ludźmi wierzącymi. A jeśli nie do końca tak się rzeczy mają, to gdzie ja miałem głowę udzielając im wcześniej sakramentów? Zbieranie podpisów do bierzmowania i udział w kursie przedmałżeńskim nie wystarczyły, by stali się chrześcijanami autentycznie i na poważnie żyjącymi swoją wiarą?

To nie oskarżenie. To także – mam nadzieję – nie płacz nad rozlanym mlekiem. To z mojej – za chwilę kapłana – strony próba postawienia jak najbardziej otwartego pytania: Co zrobić by było lepiej? Lepiej, czyli prawdziwiej i głębiej. Sam nie znajdę na nie odpowiedzi. Spróbujmy pomyśleć wspólnie (komentarze z Waszymi przemyśleniami, pomysłami bardzo mile widziane!). Pomyśleć i pomodlić się, bo od tego – od Niego – trzeba tu chyba zacząć.

Newsletter
Aleteia codziennie w Twojej skrzynce e-mail