Aleteia

Szymon Majewski: Koń to jest sztuka!

fot. Paweł Szadkowski
Udostępnij
Komentuj

Czyli mój Dziadek kontra awangarda.

Dziadek wkurzał się bardzo, kiedy się śmiałem z jego malarskiego zacięcia. Nie były to straszne drwiny, ale wystarczyło spytać dlaczego sosna fruwa na obrazie, a Dziadek czerwieniał.

Zaczął malować na emeryturze „z potrzeby serca” jak mawiał. Siedział do rana do wieczora i konstruował swoje obrazy. Konstruował, bo jego obrazy były rodzajem puzzle. Lewa strona – fragment lasu z Mazur, rzeka „pożyczona” od Szyszkina, prawa strona obrazu – kawałek  ryciny, wzięty z gazety Stolica. Dziadek był malarzem samoukiem, uczył się sam na własnych błędach. Uwielbiał klasyczne malarstwo pejzażowe, nienawidził „wydziwiania”, którego symbolem była wszelka awangarda. Krzyczał jak pokazywałem mu prace Henryka Stażewskiego:

– Co to jest, co z tego, że widzę kwadrat? Gdzieś mam jego trójkąty. Najpierw niech mi konia namaluje, a potem niech maluje kwadraty! Koń, to koń. Jak Kossak namalował konia to było coś!

Denerwowałem go czasem pokazując Warhola:

–  Zupa to żaden temat. Człowiek, koń są ważni. Ja nie chcę oglądać zup.

Tanew, mal. Skiba Włodzimierz

Nie lubił też jak darłem łacha z Matejki, zawsze go pytałem:

–  Dziadku, jak jeden gość widział Bitwę pod Grunwaldem, Hołd Pruski i Kopernika wstrzymującego słońce?

Wkurzał go ten żart, uważał Matejkę za wieszcza.

–  Nie będę malował tego, czego nie ma. Maluję to, co jest. Mówił, gdy wypuszczałem go na rozmowy o ekspresjonizmie i abstrakcji.

Nie lubił tez golizny. Nawet tej mistrza Rubensa:

– Koń i pies zasłaniają się ogonem tylko człowiek się odsłania.

 

Dziadek choć był piewcą koni, nigdy ich nie potrafił namalować, próbował, ale nie dało rady, człowieka tym bardziej. Najlepiej wychodziły mu pejzaże i kwiaty. Miała je w różnych wersjach cała rodzina. Jeśli chodzi o pejzaże, z reguły malował Tanew i jej okolice, miejsca z naszych wakacji. Jak mu się nie podobał brzeg Tanwi na zdjęciu, brał fragment z innej rzeki, stąd zdarzyło mu się parę razy, że lewy brzeg rzeki i prawy dzieliło od siebie ponad trzysta kilometrów, a były na jednym obrazie. Żeby zgadzały się proporcje, dziadek najpierw na płycie  rysował kratki w które „wpisywał” drzewa i chałupy.

Białowieża, mal. Skiba Włodzimierz

Nie cierpiał awangardy, choć jeden ze swoich pomysłów uznał za rewolucyjny, na jednym drzew z leśnego pejzażu Puszczy Białowieskiej powiesił prawdziwą kapliczkę z siedzącym Jezusem. Był dumny z tego pomysłu i nie dał sobie złego słowa powiedzieć.

Tematy pozyskiwał z gazet, ze zdjęć, ale raz przyniósł temat z filmu, na jakimś westernie, na którym był spodobała mu się rzecz jasna rzeka. Pytał mnie, czy da radę pójść tam z aparatem i zrobić jej zdjęcie. Szykował się do tej szpiegowskiej operacji, ale niestety film zdjęli.

Żeby Dziadka zadowolić trzeba było powiedzieć: – Nad czym teraz Dziadek pracuje?

Promieniał, tu następował cały rytuał pokazywania nowych prac i narzekania na brak farb.

Wszystkie obrazy podpisywał pseudonimem z AK „Skiba Włodzimierz”. Najbardziej lubiłem Dziadka „Dworek w Żelazowej Woli” w klimacie jesiennym.

Dworek w Żelazowej Woli, mal. Skiba Włodzimierz

Co ciekawe, jednego obrazu u nie skończył, podchodził do niego parę lat, ale jakoś nie mógł zmierzyć się z tematem. Jest to kościółek Witkacego w Jaszczurówce…

Niedokończone sosenki ciągle czekają na Skibę.

Udostępnij
Komentuj
Ten artykuł jest otagowany:
dziadekfelietonSzymon Majewski
Newsletter
Aleteia codziennie w Twojej skrzynce e-mail