Aleteia

Problem z uchodźcami. Co na ten temat mówi Biblia?

Gail Orenstein/NurPhoto/REX/EAST NEWS
Udostępnij

Ojciec Damian Cichy: W Starym Testamencie dostrzegamy, że poprzez różne losy pewnych ludów, grup etnicznych czy rodów Bóg dokonuje tylko sobie zrozumiałego ich wymieszania, przydzielając każdemu określoną przestrzeń życiową i nowe zasady współżycia.

Ojciec Damian Cichy jest werbistą, misjonarzem, badaczem migracji i autorem nowatorskiej książki „Uchodźcy w Kościele”. W rozmowie z Aleteią pokazuje kwestię uchodźców m.in. z biblijnej, niespotykanej w debacie publicznej perspektywy. Mówi także o pozytywnych zmianach, które, wbrew pozorom, można dostrzec w nastawieniu Polaków do imigrantów.

 

Monika Florek-Mostowska: W ostatnich latach wszyscy w Europie mamy problem z uchodźcami. Jaką postawę powinniśmy wobec nich przyjąć?

o. Damian Cichy: Gdy zajrzymy do Starego Testamentu, przeczytamy w nim, że wdowa, sierota i przybysz powinni być obdarzeni szczególną gościnnością, bo są słabsi, a nade wszystko ukochani przez Boga. I ten fakt był respektowany przez wieki. Na Dalekim Wschodzie taki model wciąż funkcjonuje. Opowiadano mi, że na południu Polski taka gościnność utrzymywała się do lat przedwojennych. Kiedy np. kopano ziemniaki, to co 10 rządek celowo zostawiano nietknięty dla ludzi, którzy nic nie mieli – przyszli na tzw. pokopki. To były wspaniałe zasady życia społecznego, zaczerpnięte z tradycji biblijnej.

W tę tradycję wpisuje się też historia Narodu Wybranego.

Owszem. W księdze Jeremiasza opisany jest specyficzny rodzaj uchodźstwa, jakim jest uprowadzenie. Nawet w nim wyraża się bezwzględna wola Boga dla dobra wielu. Również opisana niewola babilońska to czas na nabranie dojrzałości. Ewidentnie dobrą wolę Boga w uprowadzeniu, a nawet niewoli, widać w Jego wskazówkach:

Tak mówi Pan Zastępów, Bóg Izraela do wszystkich uprowadzonych na wygnanie, których pozwoliłem uprowadzić z Jerozolimy do Babilonu: Budujcie domy i mieszkajcie w nich; zakładajcie ogrody i spożywajcie ich owoce, bierzcie sobie żony i rodźcie synów i córki! Wybierajcie żony dla waszych synów i dawajcie mężów córkom waszym, by rodziły synów i córki; pomnażajcie się tam, a niech was nie ubywa! Starajcie się o pomyślność kraju, do którego was zesłałem na wygnanie. Módlcie się do Pana za niego, bo od jego pomyślności zależy wasza pomyślność.

Myślę, że te teksty powinny być znane również naszej Polonii.

A jak było w wyjściem Izraelitów z Egiptu?

Było to wychodźstwo z dalekosiężnym celem, misją i odbyło się z woli Boga, który wywiódł swoich z domu niewoli. Zauważmy, że właśnie o największych postaciach Starego i Nowego Testamentu opowiada się jako o tych, którzy osobiście i głęboko doświadczali losu uchodźców. Mojżesz, kiedy rozniosła się wieść, że zabił Egipcjanina, uciekł do Madianitów, jednego z pustynnych arabskich rodów, gdzie w domu miejscowego kapłana znalazł schronienie i gościnność. To doświadczenie miało dla niego niebagatelne znaczenie. Ponieważ nosił w sobie wychowanie i edukację zdobyte na dworze Faraona, groziło mu społeczne wyobcowanie z własnego ludu.

W Starym Testamencie dostrzegamy zatem, że poprzez różne losy pewnych ludów, grup etnicznych czy rodów Pan dokonuje tylko sobie zrozumiałego ich wymieszania, przydzielając każdemu określoną przestrzeń życiową i nowe zasady współżycia. Wytyczne te są wartościami zmiennymi, ale ziemia – chwilowo wydzierżawiona człowiekowi będącemu w drodze – niezmiennie należy do Boga. Nie wolno o tym zapomnieć również dzisiaj! Widać, że wydarzenia uchodźcze stają się ciągle trwającym przekazem dotyczącym wyzwolenia człowieka, wieczną rzeczywistością tych, którzy wypędzają, uchodzą, są w drodze albo już osiedli.

Wracam do początku naszej rozmowy – jaką w tym kontekście postawę powinien przyjąć chrześcijanin wobec uchodźcy dzisiaj?

Oficjalna nauka Kościoła mówi o konieczności pomocy prawdziwym uchodźcom bez względu na ich religię i wyznanie. Wszyscy jesteśmy synami i córkami jednego Boga. To najbardziej uniwersalna podstawa, jaką musimy zaakceptować. Problemem jest jednak weryfikacja „prawdziwego uchodźcy”. Zauważmy jednak, że 99 procent każdej grupy społecznej, rodziny czy narodu to ludzie prawi, pracowici. Tzw. „czarne owce”, czyli ci, którzy mają złe zamiary, to na ogół nie więcej niż 1 procent społeczeństwa. Dlaczego więc zakładamy, że może być odwrotnie? Sam byłem na misjach w Ameryce Łacińskiej, a potem przez 10 lat pracowałem na Zachodzie. Często rozmawiałem o Bogu z ludźmi, którzy nie byli ochrzczeni albo już nie wierzyli. I zawsze odkrywaliśmy jakąś nić porozumienia. Dlaczego dzisiaj nie potrafimy rozmawiać o Bogu z ludźmi innych kultur i religii?

Bo może sami jesteśmy zbyt słabo zakorzenieni w naszej religii?

No właśnie. Wiadomo, że każde przyjęcie przybysza kosztuje czas, energię i pieniądze. Przyznajmy, że z wygody (lenistwa, obojętności) często nie jesteśmy gotowi dla nich tego poświęcić. Po drugie, często argumentujemy, że jeśli zaoferujemy im przystań w Polsce, to i tak uciekną na Zachód. Być może, ale czy to nas zwalnia z obowiązku udzielenia pomocy ludziom aktualnie potrzebującym? To, co się potem z nimi stanie, nie powinno nas obchodzić. Podobnie, nie musimy oczekiwać ich wdzięczności. A po trzecie, aby pomóc wyznawcy obcej religii, trzeba mieć odwagę opowiedzieć mu o swoich przekonaniach oraz o ich społeczno-kulturowych konsekwencjach, jak wyraźnie naucza Kościół w dokumencie Erga migrantes caritas Christi w nr. 100: Jako chrześcijanie „jesteśmy wezwani do dawania świadectwa Ewangelii miłości i pokoju oraz do wyraźnego głoszenia również im Słowa Bożego”.

Dlaczego duże kraje zachodnie, jak Włochy, Francja czy Niemcy, przyjmują uchodźców?

Bo od wielu dekad mają wypracowane systemy przyjmowania i integracji imigrantów. Oczywiście nie zawsze dobre i skuteczne, ale faktem pozostaje, że są w stanie przyjąć ok. 100 tys. osób rocznie i niewielu to zauważy. Przede wszystkim posiadają wydolne systemy weryfikacji przybyszy, ich edukacji, przystosowania społecznego oraz zabezpieczenia potrzeb religijno-kulturalnych. Na wszystko to przeznaczają ogromne sumy pieniędzy i solidny personel. Oprócz pobudek filantropijnych i charytatywnych, nikt nie ukrywa, że również chodzi im o powody demograficzno-ekonomiczne.

Czy takie instrumentalne traktowanie człowieka nie jest sprzeczne z chrześcijańskimi wartościami?

Powiedziałem, „również powody demograficzno-ekonomiczne”. Faktem natomiast jest, że Zachód się coraz bardziej laicyzuje. Ale i w Polsce, kraju chrześcijańskim, jeśli mówi się o przyjmowaniu uchodźców, to często podaje się ten argument – zakładając niejako, że naszą dobroć powinni przynajmniej ciężko odpracować. Nie widzę w tym wielkiego szacunku dla  człowieczeństwa uchodźców. Raczej wracam do kontekstu tradycji biblijnej, że być może uchodźcy są szczególnymi wybrańcami Boga, być może mają jakąś pozytywną misję do spełnienia, być może Bóg chce nam przez tę sytuację coś powiedzieć? Tak do końca naprawdę nie wiem. Wiem natomiast, że w kontakcie z jakimkolwiek przybyszem dochodzi do spotkania z człowiekiem, który pielęgnuje, przynajmniej częściowo, podobne wartości do naszych. Dlatego na każdym poziomie dialogu należy w sposób przystępny o tych wartościach rozmawiać, a nie z góry zakładać ich znajomość, która często może być błędna.

Co konkretnego może zrobić Kościół katolicki w Polsce na rzecz uchodźców?

Po pierwsze, jak to podkreśla niedawny dokument Komisji Episkopatu Polski o chrześcijańskim kształcie patriotyzmu, uświadamiać wszystkim ludziom, że istnieje coś takiego jak „dobro wspólne”. Chodzi o patriotyzm

otwarty na solidarną współpracę z innymi narodami i oparty na szacunku dla innych kultur i języków. Patriotyzm bez przemocy i pogardy.

Po drugie, nie zapominać o misyjności Kościoła. Mam wrażenie, że nie rozumiemy, o co tutaj naprawdę chodzi. Ważnym obowiązkiem każdego chrześcijanina jest głoszenie Słowa Bożego i dawanie świadectwa o nim. Ale kto to u nas robi? Kto myśli o głoszeniu Słowa Bożego np. przybywającym do nas muzułmanom? Kiedy pracowałem w Paragwaju, głosiliśmy Słowo Boże członkom różnych sekt, a oni nam. To tylko pobudzało nas, katolików do refleksji nad naszą wiarą i ewidentnie ją umacniało. Ludzie sami mówili: nie możemy siedzieć z założonymi rękami.

Po trzecie zapominamy o podstawowej zasadzie inkulturacji, która dotyczy zarówno przybyszów, jak i nas samych. Nie przygotowujemy naszych rodaków do zrozumienia ludzi innej wiary i kultury. Wspomniany już dokument KEP wprawdzie wychwala czasy historycznej świetności RP, kiedy to podobno mieliśmy wypracowany polski model tzw. patriotyzmu gościnnego, dziś jednak wskazuje na jego mankamenty i konkretnie wzywa do: odpowiedzialnej polityki, innego wychowania w rodzinach i szkołach, nowych zadań ludzi kultury czy nawet sportu. Czeka nas więc ogrom pracy, i to zanim liczba imigrantów w naszym kraju wzrośnie, bo już mamy setki tysięcy Ukraińców, dziesiątki tysięcy Wietnamczyków, a w samej Warszawie co niedzielę odprawia się msze św. w kilkunastu językach świata.

Czy dotychczasowe zaniedbania da się nadrobić?

Gdybym w to nie wierzył, to dawno przestałbym zajmować się tymi zjawiskami. Niestety, globalny opór przeciw obcym wynika z tego, że ludzie boją się wziąć odpowiedzialność za nich – zarówno w sensie materialnym, jak i moralnym. Kuriozalnie jest jednak to, że wraz z narastającymi problemami nawet w Polsce pewne rzeczy się zmieniają. Wprawdzie nie mamy na uczelniach wydziałów migrantologii, ale powstaje na temat migrantów i migracji coraz więcej dobrych prac. Podobnie w Kościele. Nie ma zbyt dużo struktur ds. imigrantów, ale jest Rada KEP ds. Migrantów i Pielgrzymów pod kierunkiem bp. Krzysztofa Zadarko. Jej działania, podobnie jak wysiłki Caritas Polska i innych agend, wobec uchodźców i migrantów są coraz bardziej zauważalne. Jak na razie Kościół w Polsce łatwo kupił ideę pomagania im na odległość, ale jestem przekonany, że już niedługo zrozumiemy rzeczywistość, że ci ludzie już są między nami. Natomiast w przypadku nagłego wzrostu liczby imigrantów zapewne sięgniemy do dawno sprawdzonych systemów, schematów, metod i posług, być może nawet do tzw. azylu kościelnego [schronienie udzielane przez parafie czy klasztory – red.]. Na wszelki wypadek napisałem o nim co nieco w mojej książce „Uchodźcy w Kościele” i po reakcji czytelników widzę, że jest to intrygujące rozwiązanie. Ale zrobiłem to wyłącznie na wszelki wypadek, bo zewnętrzny zalew imigrantów na pewno nam nie grozi, a wewnętrznie potrzebujemy przede wszystkim skorygować nasze sumienia. To ważny krok ku dobrej zmianie.