Aleteia

Solanus Casey – amerykański ojciec Pio

Mahatma Gandhi/Wikipedia
Udostępnij
Komentuj

Ze względu na rzekome ograniczenia intelektualne nie mógł spowiadać i mówić kazań. Przez 21 lat był klasztornym portierem u kapucynów. W tym roku zostanie ogłoszony błogosławionym.

Amerykański ojciec Pio, błogosławiony imigrant i wyjątkowo wygadany portier. Tak między innymi mówi się o zakonniku, o którym za sprawą Franciszka głośno jest teraz w Kościele amerykańskim. 4 maja papież uznał za cud uzdrowienie kobiety, która modliła się o nie za pośrednictwem ojca Solanusa Caseya.

Zdarzenie miało miejsce w Detroit w Stanach Zjednoczonych. Kobieta – cierpiąca dotąd na pewną genetyczną, nieuleczalną chorobę skóry – przyjechała w okolice grobu Caseya, żeby odwiedzić znajomych. Coś jednak ją tknęło, żeby zanim do nich dotrze, odwiedzić jego grób i pomodlić się w znanych sobie intencjach.

Nie prosiła o nic dla siebie, ale dla ludzi, których znała i kochała. Kiedy tak się modliła, nagle poczuła natchnienie (tak silne, że ponoć nie dało się go odeprzeć), żeby poprosić mnicha o wstawiennictwo również dla siebie. Choroba błyskawicznie się cofnęła. Lekarze nie byli w stanie wyjaśnić, dlaczego.

Kim zatem jest mężczyzna, którego beatyfikację papież planuje jeszcze na bieżący rok i który ma szansę zostać naszym nowym świętym (bo na beatyfikacji może się nie skończyć) od chorób skóry?

Był szóstym z szesnaściorga dzieci pary Irlandczyków, która emigrowała do Wisconsin w USA. Jako świecki nosił imię Bernard. Jego zawodowym życiorysem można by obdzielić jeszcze ładnych parę osób – pracował jako drwal, szpitalny sanitariusz, strażnik więzienny. Uwielbiał grać na skrzypcach i śpiewać, ale z powodu przebytej w dzieciństwie błonicy, śpiewał okropnie, bo nieustająco miał chrypę.

W końcu w 1904 roku wstąpił do zakonu kapucynów. Tam nie wiodło mu się tak, jakby to sobie wymarzył. Współbracia nie do końca doceniali jego rockową barwę głosu, więc często się od niego izolowali, a ze względu na rzekome ograniczenia intelektualne nie mógł spowiadać i mówić kazań. Przez 21 lat był więc skazywany na funkcję klasztornego portiera.

To w pewnym momencie okazało się strzałem w dziesiątkę (choć on uważał tę rolę za błogosławieństwo już od samego początku). Ludzie, którzy odwiedzali kapucynów, szybko przekonali się, że Solanus Casey ma niesamowite chody u Stwórcy i potrafi wymodlić uzdrowienia i wszelkie inne łaski dla niemal każdego, kto o to poprosił.

Każde środowe popołudnie spędzał więc na przyjmowaniu kolejek interesantów (zmęczeni tłumami przełożeni przenieśli go w pewnym momencie do innego klasztoru, ale tam wieść o jego zdolnościach równie szybko się rozeszła). Nie odmówił też nikomu głodnemu talerza ciepłej zupy, bo – jak tłumaczył – cielesność i duchowość są równie ważne i nierozerwalne.

Przez cały ten czas sam chorował na bardzo dokuczliwą egzemę i całe swoje cierpienie oddawał za innych. Kiedy zmarł, aż 20 tysięcy osób przyszło go ostatecznie pożegnać. Wdzięczni za do bólu zwykłego człowieka, który również do bólu potrafił innych rozumieć, kochać i im współczuć. Jego ostatnie słowa brzmiały: „Oddaję moją duszę Jezusowi Chrystusowi”.

Oprócz cudów zostawił po sobie też sporo podnoszących na duchu myśli. „Powinniśmy być wdzięczni Bogu za powołanie, które dla nas zaplanował. Nawet jeśli w ludzkich oczach to nic wielkiego – mówił w odniesieniu również do swojego przykładu. – Bo to wielki przywilej Mu służyć”.

„Musimy oddawać się naszemu TU i TERAZ, bo inaczej zepsujemy Boży plan dla nas”. Albo: „Czy to ważne, dokąd idziemy? Przecież gdziekolwiek pójdziemy, będziemy mieli z sobą Boga w Najświętszym Sakramencie. Czy to miałoby nam nie wystarczyć do szczęścia?”

„Dziękujmy Bogu z góry za wszystko, co dla nas przygotował – zachęcał też, sam będąc w najgorszym położeniu. – Zamartwianie się to choroba, największy wróg spokoju naszej duszy”.

Orędownictwo wkrótce błogosławionego Solanusa Caseya może się więc przydać w chorobach skóry, choć naturalnie nie zastąpi wizyt u dermatologa. Nie zaszkodzi też oddać mu zmartwień o przyszłość albo po prostu wziąć go sobie za patrona, kiedy panicznie boimy się żyć normalnie, bez wielkich efektów specjalnych.

Newsletter
Aleteia codziennie w Twojej skrzynce e-mail