Aleteia

Tajlandia. Nieziemski off-road na skuterze

fot. Stefan Czerniecki
Udostępnij
Komentuj

Przezroczysta fala Zatoki Salak Phet zalewa co pewien czas bielusieńki piasek. To istna plaża samotników. Uciekających przed hedonistycznymi uciechami świata rozrywki, którymi przepełnione jest praktycznie całe Koh Chang.

 

Gdy rozłożymy przed sobą kolorowy folder turystyczny o Tajlandii, zwykle zobaczymy zdjęcia plaż. Pięknych, jasnych, piaszczystych i… pustych. Po przyjeździe na miejsce czeka nas zazwyczaj maleńkie rozczarowanie. O pustkach na rajskich plażach możemy raczej zapomnieć. Chyba że…

– A ty na pewno masz prawo jazdy? – wypożyczająca skutery pani chyba nie jest do końca pewna mojej decyzji.

– Oczywiście. Mam pokazać? – odpowiadam zawadiacko.

– Raczej nie. Obejdzie się… – na jej słowa oddycham z ulgą. To mój pierwszy raz na skuterze. Lepiej, żeby pani o tym nie wiedziała… – Ale chętnie bym zobaczyła, jak sobie radzisz.

– Eeeyyy, ale że teraz? – upewniam się, mając w sercu nadzieję, że to tylko blef.

– Tak, tak. Jasne. Przejedź się. O, tam! Podjedź mi do tego sklepu.

– Jasne. Nie ma sprawy – odżegnuję się buńczucznie.

Pewny siebie siadam na wyznaczonym przez panią skuterze. To mój pierwszy raz. Nigdy wcześniej się jeździłem. Nie mam pojęcia, co i jak. Gdzie gaz, gdzie hamulec. Nie przyznaję się jednak. Zresztą, jak to by wyglądało?! Dorosły facet i nie umie jeździć na skuterze? Przecież tutaj w Tajlandii jeżdżą na nich wszyscy! I dzieci, i kobiety. Każdy! Trudno. Trzeba robić dobrą minę do złej gry.

Jestem już na siedzeniu skutera. Odpalam silnik. Wrr! Ojoj!! Skuter niemal ucieka mi spod siedziska. Pędzi coraz szybciej. A ja – o zgrozo – nie potrafię go zatrzymać! Naciskam wprawdzie hamulec, ale zapominam z przerażenia o tym, by puścić lewą rękę odpowiedzialną za gaz. Trudno się dziwić. Nikt mi przecież wcześniej nie powiedział! Mój wehikuł przyspiesza jeszcze bardziej! Przede mną witryna sklepowa. Aaa!! Co tu robić? Decyzja może być tylko jedna. Kontrolowany upadek. Czy aby na pewno „kontrolowany”? Zdarte do kości kolano, obite biodro, krwawiący łokieć. Oj, pani chyba nie uwierzy w moje umiejętności.

Nawet na mnie nie spojrzała. Odebrała tylko kulczyki. Fatalna sprawa… Kolano krwawi. Jutrzejsza jazda do samotnej plaży, gdzie dojechać można wyłącznie jednośladem wydaje się być coraz dalej…

Zaczęły się godziny treningów. Start, hamowanie, start, hamowanie. Pomoc kolegi i okolicznych bezdomnych psów schodzących mi zawczasu z drogi. Dla nich mimowolnie stałem się postrachem szosy. Mało czasu. Jutro mam prom powrotny. A zatem… O świcie następnego dnia po feralnym wypadku raz jeszcze daję sobie szansę. Tym razem na wypożyczonym przez kolegę skuterze. Tej pani już wolę nie niepokoić. Zakładam kask i niepewnie ruszam. Trzeba spróbować.

Tajlandzka wysepka Koh Chang, na której się znalazłem, to miejsce głośne i średnio sympatyczne. Żyje głównie nocą, gdy tutejsze kluby wypełniają się młodymi turystami. Przybyli tu, by nieco poszaleć.

Agresywna muzyka tłumi sen pozostałych przynajmniej do czwartej nad ranem. Plaże brudne i zaśmiecone. Nie ma to nic wspólnego z rajem, o jakim marzy przeglądający katalogi turysta. Jest jednak pewne miejsce na tej wyspie, do którego większość głośnych turystów po prostu nie dojedzie. Bo nie ma jak. A przynajmniej z wielkimi walizkami. Tych przecież na drobny skuter nie wgramolą.

Jadę już dobrą godzinę. Wkoło malownicze serpentyny. Z czasem udaje mi się pokonywać je coraz pewniej. Czasem jest z górki. Czasem pod górkę. Jazda asfaltową nitką okalająca (nie domykając się jednak w pełen okrąg) wyspę sprawia coraz większą frajdę. Do czasu. Coraz częstsze podrygi kierownicy świadczą, że asfalt powoli się kończy. I faktycznie. Zaczyna się totalny off-road.

Dla kogoś, kto dopiero co nauczył się szusować motorynką, wyzwanie nie lada. Wjeżdżam w zielony gąszcz. Za drogę robi teraz popękana rdzawa gleba laterytowa. Trzęsie niemiłosiernie. Ostry zjazd w dół. Byle nie grzmotnąć, byle nie grzmotnąć. Przecież w razie upadku nie złapię już tej masy. Jadę tak jakieś 20 minut, aż…

Aż wjeżdżam w inny wymiar. Baśniowy. Dojeżdżam do miejsca, do którego z racji braku asfaltu nie mogą już dojechać samochody. Chwalić Pana! Na imitacji maleńkiego parkingu stoją może ze trzy skutery. A za nim prawdziwie dzika plaża. Przezroczysta fala Zatoki Salak Phet zalewa co pewien czas bielusieńki piasek. Zatokę okalają dwa pokryte dżunglą szczyty. Niezwykłą ciszę zakłóca jedynie kolejny przybój i delikatny szum wiatru. Po kilku dniach na hałaśliwym zachodnim wybrzeżu Koh Chang chłonę całość wszystkim możliwymi zmysłami. Smakuje wybornie.

To istna plaża samotników. Uciekających przed hedonistycznymi uciechami świata rozrywki, którymi przepełnione jest praktycznie całe Koh Chang. I żal tylko tego znaku, który minąłem przed skrętem w las. I widniejącego na nim napisu zwiastującego rozpoczęcie budowy drogi. To zwiastun początku końca raju. Póki co wciąż schowanego za liśćmi dżungli. Bronionego przez podziurawioną drogę laterytową. Trzeba się zatem spieszyć.

Newsletter
Aleteia codziennie w Twojej skrzynce e-mail