Aleteia

4 cechy Ani Shirley, z których nie warto wyrastać

Udostępnij
Komentuj

Oglądaliście już „Ania, nie Anna”? Zresztą, nieważne! Ten tekst to nie recenzja, ale wdzięczność za książkę, która nauczyła mnie w dzieciństwie masy mądrych rzeczy.

Google Maps pokazuje szesnaście godzin, ale w rzeczywistości leciałabym dwa razy tyle. Potem wypożyczenie samochodu i niemal prostą drogą 39 kilometrów na północ. Dojechałabym w 38 minut. Tylko tyle dzieli mnie od majówki w kanadyjskim Avonlea.

Miasteczko zaistniało na Wyspie Księcia Edwarda grubo po premierze powieści Lucy M. Montgomery. Wydana w 1908 roku „Ania z Zielonego Wzgórza” trafiła do mojego pokoju dokładnie dziewięćdziesiąt lat później. Jako stała bywalczyni miejskiej biblioteki publicznej wypożyczyłam ją zaraz po ukończeniu pierwszej klasy.

Dwa miesiące później znałam już wszystkie dziesięć tomów. Utrwaliły mi one w głowie co najmniej cztery rzeczy, z których nie warto wyrastać.

 

Mówienie o pragnieniach, nawet gdy wydają się głupie

Pamiętacie pierwszą modlitwę Ani po przyjeździe na Zielone Wzgórze? Maryla, zdziwiona, że dziecko nigdy wcześniej się nie modliło, karze jej podziękować Bogu i poprosić o coś, czego pragnie.

„Miłosierny Ojcze Niebieski, (…) pozwól mi zamieszkać na Zielonym Wzgórzu i spraw, abym była piękna, kiedy już dorosnę”.

Kiedy do modlitwy o zamieszkanie w Avonlea dodaje prośbę o bycie piękną, może się wydawać śmieszna i małostkowa. A dla mnie to najlepszy dowód jej odwagi. Zaryzykuję tezę, że każda kobieta chce być piękna nie tylko duchowo i intelektualnie (o tym pięknie tak bardzo „wypada” mówić), ale też zwyczajnie, zewnętrznie.

Każdy, kto spędzi z Anią więcej niż jeden akapit wie, że nie można jej posądzić o brak ambicji. Ona jest po prostu szczera.

 

Piękno to nie drobiazg

Ale jej pragnienie piękna nie ogranicza się bynajmniej do bufek w sukience i marzeniu o kasztanowych włosach. Ania widzi je w umiejętności wybaczania, szlachetności, polnych kwiatach i eleganckich słowach. Może dziś założyłaby bloga i odniosła sukces na miarę Tavi Gevinson? Kto wie. Wtedy płaciła za nietuzinkowość wysoką cenę śmieszności i pogardy.

Ania jest nie tylko wrażliwa na piękno. Ma też odwagę o nie walczyć, bo wie, jak cenne jest każde najmniejsze dobro. Skąd? Już tłumaczę.

 

Pokora wobec świata i ludzi

Przed przyjazdem do domu Maryli i Mateusza Cuthbertów, dziewczynka nie miała dzieciństwa. Dotąd zajmowała się cudzymi dziećmi, sprzątała domy, znosiła agresję i niechęć swoich „właścicieli”. Trudno oskarżyć ją o bycie lekkoduchem. Nawet, kiedy w wianku z polnych kwiatów rozmawia z (istniejącą tylko w jej wyobraźni) przyjaciółką.

Mimo traumatycznych doświadczeń (a może pośrednio także dzięki nim) Ania jest wrażliwa, pełna empatii i wdzięczna za każdy objaw serdeczności. Wie, że jako sierota zawsze będzie na przegranej pozycji, ale nie daje za wygraną. Nie dla przełamania schematów, czy udowodnienia światu swoich racji, ale… dla własnej radości.

 

Zdrowa interesowność i granice

Co więcej, dziewczynka odnosi się do innych z wielkim szacunkiem, ale liczy też na szacunek wobec siebie. Nie godzi się na bezczelną i krzywdzącą ocenę jej wyglądu przez sąsiadkę Maryli, Małgorzatę. Stawia granice i upomina ludzi, którzy krzywdzą innych.

Nie chcę nigdy „nie zauważać” czyjegoś cierpienia, biernie akceptować niesprawiedliwość. Powiedzenie „stop” nikomu nie przychodzi naturalnie, ale to nie powód, żeby myśleć wyłącznie o własnym komforcie.

 

Bajka o szacunku

Od początku maja możemy oglądać na Netfixie nową, serialową ekranizację powieści L.M. Montgomery o małej mieszkance Avonlea. W odróżnieniu od poprzednich filmów, ta seria jest skierowana do dorosłych i zawiera szereg trudnych pytań o nasz szacunek do drugiego człowieka. Ania z optymistycznej marzycielki, o której pisała Montgomery, zamienia się w dziewczynkę, która zbyt wcześnie i w zbyt okrutny sposób musiała stać się dorosła.

Serial „Ania, nie Anna” (oryg. „Anne with an E”), jak każde opowiadanie oryginalnej opowieści, nie jest idealny. Znajdziemy w nim wiele wątków spoza książki, wypijemy herbatę z samozwańczymi sufrażystkami, pokochamy Marylę, zrobi się nam trochę smutno i zapragniemy spaceru po kwitnącej łące.

A na końcu odniesiemy wrażenie, że „Ania z Zielonego Wzgórza” była tu tylko pretekstem do rozmowy o poczuciu własnej wartości i sprawczości u kobiet.

Podróżnicze cele

Internetowy serial nie jest opowieścią, którą pamiętam z dzieciństwa. Jest opowieścią o tamtej opowieści. Ale cenię wszystkie drogi, które prowadzą do Avonlea. To tam nauczyłam się, że wyobraźnia, odwaga i piękno to najciekawsze podróżnicze cele na świecie.

Udostępnij
Komentuj
Newsletter
Aleteia codziennie w Twojej skrzynce e-mail