Aleteia.pl - pozytywna strona Internetu w Twojej skrzynce e-mail

Nie możesz nas wesprzeć finansowo?

Możesz to zrobić na 5 innych sposobów:

  1. Módl się za nasz zespół i powodzenie naszej misji
  2. Opowiedz o Aletei w swojej parafii
  3. Udostępniaj nasze treści rodzinie i przyjaciołom
  4. Wyłącz AdBlocka, kiedy do nas zaglądasz
  5. Zapisz się do naszego newslettera i czytaj go codziennie

Dziękujemy!
Zespół Aletei

 

Aleteia

5 lat temu próbowałem się zabić. Świadectwo walki

Udostępnij

Wówczas, w ten ciemny czas, nawet moja wiara została przyćmiona, a jednak dziś dzięki Bogu mogę obchodzić ten dzień jako radosną rocznicę.

Nie jest to rocznica, którą się chlubię. I nie chodzi nawet o to, czego chciałem dokonać targnąwszy się na swoje życie, ale o wielki ciężar winy, który mnie potem przytłoczył. Na dnie znalazłem się 26 kwietnia 2012 roku.

Kiedy teraz myślę o tamtych dniach, przychodzi mi do głowy, że być może chroniczny brak snu i związane z nim otępienie spowodowało spadek czujności, jeśli chodzi o potencjalne konsekwencje zmiany zażywanych przeze mnie leków. Poruszałem się jak zombie i cały czas chciało mi się płakać. Nie mogłem już dłużej znieść wpatrywania się w ciemne niebo do wczesnych godzin porannych i tego ciągłego zastanawiania się, czy kiedykolwiek dane mi będzie znów zasnąć.

Dlatego też, kiedy mój lekarz zaproponował mi nowy antydepresant, który miał pomóc mi zwalczyć bezsenność, nie myśląc wiele i nie konsultując się z żoną Donną, zgodziłem się go przyjmować w nadziei, że będzie to dobra zmiana.

Zwykle lubię obmodlić takie sytuacje. Jednak w tamtych dniach czułem się i fizycznie, i duchowo otępiały. Nie czułem obecności Boga w swoim życiu i wokół mnie. Tak naprawdę nie była to jakaś niezwykła sytuacja – przecież większość ludzi nie ma na co dzień przemożnego poczucia życia w obecności Boga. Jednak wtedy, gdy mam pełną świadomość siebie i tego, co się ze mną dzieje, nie tylko niemalże czuję namacalną obecność Boga, ale i wiem, że mnie wysłuchuje.

Wtedy tego poczucia nie miałem. Nie potrafiłem się nawet modlić. Zupełnie. Nie mogłem uspokoić sam siebie i świata wokół mnie, tak aby usłyszeć Boży głos i Jego podpowiedzi. Nie byłem w stanie nawet wyrecytować najbardziej znanych modlitw. Nie będąc w stanie się modlić, czułem się duchowo i emocjonalnie rozbity.

Depresja i lęk to choroby, które bardzo boleśnie izolują od najbliższego środowiska tego, kto ich doświadcza. Po 2001 roku przyzwyczaiłem się do poczucia osamotnienia i opuszczenia, i to nawet przez moją kochającą rodzinę i najbliższych przyjaciół. Miałem irracjonalne poczucie, że sam jeden toczę jakąś wielką batalię. Wiedziałem jednak, że Bóg wspomaga mnie i ta wiedza dopingowała mnie. Ale pięć lat temu, choć z jednej strony byłem pewien, że Bóg jest blisko, z drugiej czułem się przez Niego opuszczony.

Nie można wyobrazić sobie chyba większej samotności. Nic więc dziwnego, że moje myśli, myśli człowieka cierpiącego na obezwładniającą bezsenność, pogrążonego w depresji i desperacji, jakim wówczas byłem, obrały niebezpieczny kierunek i mniej więcej na początku kwietnia 2012 roku coraz częściej zaprzątnięte były wizją samobójstwa.

Takie myśli miałem i wcześniej. Już wcześniej dwukrotnie próbowałem odebrać sobie życie w chwilach największej depresji i poczucia przemożnego lęku. Były też chwile, kiedy sam zgłaszałem się do szpitala, bo nie czułem się bezpiecznie sam ze sobą.

Próbowałem ponad 30 leków i chodziłem regularnie na psychoterapię. Poddałem się terapii elektrowstrząsowej i wypróbowałem wiele polecanych mi środków, jak akupunktura, suplementy diety i program ćwiczeń fizycznych. Do tego nieustannego poszukiwania możliwych rozwiązań pchała mnie wiara w Boga, który nie pozwalał mi zwątpić w swoją miłość.

Jednak w kwietniu 2012 roku poczułem dobitnie, że moje życie jest jedną wielką porażką. Myśli samobójcze praktycznie mnie nie opuszczały. Musiałem wziąć zwolnienie lekarskie z pracy. Po dziesięciu latach życia w ten sposób miałem już szczerze dosyć i nie widziałem nawet przysłowiowego światełka w tunelu.

26 kwietnia postanowiłem definitywnie, że nie będę już dłużej walczył. Wziąłem ponad 60 tabletek przepisanego mi antydepresantu i miałem zamiar opróżnić całe opakowanie. I wówczas, po połknięciu paru tabletek upadłem i miałem atak padaczkowy.

Dopiero kilka godzin później, kiedy ocknąłem się na szpitalnym łóżku, wróciła mi pamięć. Miałem opuchnięty język i nie potrafiłem się zrozumiale wysłowić. Próbowałem poruszyć kończynami, ale moje próby na niewiele się zdały. Przy łóżku była Donna, pielęgniarka i lekarz.

Jednocześnie dopadły mnie dwie myśli: po pierwsze pomyślałem, jakim byłem głupcem, a po drugie – że jestem tak wielkim nieudacznikiem, że nawet zabić się nie jestem w stanie.

W ciągu kolejnych trzech dni hospitalizacji odzyskałem siły na tyle, żeby ustać na nogach. Trochę się chwiałem, ale przynajmniej udawało mi się postawić kilka kroków. Ustąpił obrzęk języka. Nadal jednak nie przyznawałem się przed innymi, co tak naprawdę się wówczas stało. Personel szpitala i moja żona byli przekonani, że miałem atak padaczkowy i próbowali dociec jego przyczyny. Nikt nie przypuszczał, że przedawkowałem leki, a ja się do tego nie przyznawałem.

Ciężar tej tajemnicy i późniejszej winy był nie do zniesienia, zwłaszcza że po drugiej próbie samobójczej obiecałem Donnie, że nigdy więcej tego nie zrobię. Tę samą obietnicę złożyłem mojemu najlepszemu przyjacielowi. To, że nie byłem moim obietnicom wierny było doprawdy ponad moje siły.

Przez kolejne dwa miesiące stopniowo pozbywałem się tego napięcia i ciężaru. Najpierw wyznałem prawdę spowiednikowi. Potem przyznałem się do wszystkiego mojemu psychiatrze, a w końcu mojemu terapeucie.

Największą ulgę poczułem pod koniec czerwca. Wtedy wreszcie poczułem, że Bóg jest ze mną, i że był ze mną cały ten czas. Po raz pierwszy od miesięcy mój płacz oznaczał odzyskanie wewnętrznego spokoju i radości oraz poczucie wdzięczności i pocieszenia.

Dopiero rok po próbie samobójczej zebrałem się na odwagę i opowiedziałem o wszystkim Donnie. Przebaczyła mi. Rok później wyjawiłem wszystko najlepszemu przyjacielowi. On też mi wybaczył.

Naprawdę ważne jest, abyśmy mieli coraz większą świadomość wagi zdrowia psychicznego, nie tylko wtedy, kiedy przynaglają do tego specjalne okazje. I jeszcze jedno – ślub mojej najmłodszej córki miał miejsce 26 kwietnia 2014 roku. Data ta stanowi obecnie naszą radosną rocznicę, nie zaś pamiątkę niedoszłej tragedii. Bóg jest naprawdę dobry.

Tekst opublikowany w angielskiej edycji portalu Aleteia

Newsletter
Aleteia codziennie w Twojej skrzynce e-mail