Nie możesz nas wesprzeć finansowo?

Możesz to zrobić na 5 innych sposobów:

  1. Módl się za nasz zespół i powodzenie naszej misji
  2. Opowiedz o Aletei w swojej parafii
  3. Udostępniaj nasze treści rodzinie i przyjaciołom
  4. Wyłącz AdBlocka, kiedy do nas zaglądasz
  5. Zapisz się do naszego newslettera i czytaj go codziennie

Dziękujemy!
Zespół Aletei

 

Prosimy, pomóż nam ocalić w naszych braciach nadzieję. Złóż deklarację
Aleteia

Trzy cuda Lednicy. Jak uzależniłem się od spotkań z rybą

fot. Wspólnota LEDNICA 2000
Udostępnij

Były spotkania lepiej i gorzej zorganizowane, mniej i bardziej trafione gadżety. Z czasem Lednica dorobiła się komercyjnej otoczki i swoich „peryferii”. A jednak nie przestała mnie zachwycać i przyciągać. Wracam tam z powodu trzech „cudów”.

Byłem w szóstej klasie podstawówki. Księdzu organizującemu wyjazd z parafii zostało kilka wolnych miejsc i chyba tylko dlatego zgodził się wziąć ze sobą także nas, smarkaczy. To był rok 2003, Lednica z przypowieścią o talentach.

Oczywista frajda z wyjazdu z lubianym księdzem w poważnym gronie parafialnej „starszyzny”, do którego łaskawie zostaliśmy dopuszczeni była tylko początkiem mocno pozytywnych wrażeń. Na miejscu było już tylko lepiej.

Cieszyło nas wszystko – lednickie gadżety, tańce, modlitwy, nabożeństwa, msza święta. Nawet koczowanie przez cały Boży dzień na polu w zabójczym upale i przejście przez rybę w niemiłosiernym ścisku były w naszym odczuciu fantastycznym przeżyciem. Lednicki bakcyl został przez nas przyswojony w pełni. Od tego czasu coroczny wyjazd stał się nieodzownym punktem programu.

Jeździłem na Lednicę jako gimbus, potem jako licealista i student, kleryk. Dwa razy miałem okazję posługiwać na lednickiej mszy jako diakon, aż wreszcie w tym roku pojechałem tam tydzień po swoich święceniach kapłańskich. Z biegiem lat bezkrytyczny entuzjazm trzynastolatka obdarowanego przez ojca Jana Górę pamiątkową monetą nieco słabł czy też ewoluował. Były spotkania lepiej i gorzej zorganizowane, mniej i bardziej trafione gadżety.

Z czasem Lednica – co nieuniknione – dorobiła się komercyjnej otoczki festyniarskich kramów i swoich „peryferii” w postaci tych, którzy przyjeżdżają tam w celach innych niż modlitwa i spędzają czas spotkania w krzakach sącząc piwo. Były spotkania, kiedy staliśmy po kostki w błocie w strugach zacinającego deszczu, były i takie, z których wracaliśmy z oparzeniami słonecznymi. A jednak Lednica nie przestała mnie zachwycać i przyciągać.

W tym roku pojechałem na pola po raz trzynasty. Pojechałem z powodu trzech rzeczy – trzech lednickich „cudów”, które zrobiły na mnie potężne wrażenie już za pierwszym razem i robią do tej pory.

Pierwszy to tak zwane „pole spowiedzi”, czyli „największy konfesjonał świata”. Od samego rana dziesiątki księży stoją lub siedzą na łące z tyłu pola i spowiadają uczestników spotkania. Setki, tysiące ludzi. Setki, tysiące pojednań człowieka z Bogiem. Każde wyjątkowe i jedyne. Tam naprawdę można doświadczyć tego, o czym tyle mówi papa Franciszek – Boga, który nie męczy się przebaczaniem.

Drugi „cud”, na który zawsze czekam to procesja rozpoczynająca mszę pod rybą. Setki księży przecinającą pola lednickie Drogą Trzeciego Tysiąclecia. Wszyscy w albach i czerwonych stułach. Długi orszak zwykłych i niezwykłych robotników Bożej Winnicy, jak apostołowie ruszający „aż po krańce ziemi”, jak orszak Baranka z Janowej Apokalipsy. Ten widok tak prosty, a jednocześnie tak potężnie przemawiający do wyobraźni był jednym z najważniejszych obrazów, jakie towarzyszyły pierwszym myślom o powołaniu kapłańskim kiełkującym w mojej nastoletniej głowie – a gdyby tak stać się częścią tego orszaku? Obraz kiełkował skutecznie.

I wreszcie „cud” ostatni. Zawsze pod koniec spotkania, tuż przed przejściem przez bramę-rybę. Adoracja Najświętszego Sakramentu niesionego przez pole w wielkiej monstrancji. W ciemnościach nocy, w otoczeniu pochodni i dymów kadzidła przy przejmujących dźwiękach fletu. I te tysiące ludzi klęczących wokół w zupełnym milczeniu. I morze zapalonych świec. I tak długie minuty, podczas których trwa rozmowa tylu serc z Tym, który zna je najlepiej.

Na koniec Akt Wyboru Chrystusa – trochę pompatyczny, jakby nazbyt podniosły. Ale dobrze, że właśnie taki. Bo to przecież poważna sprawa. Nawet jeśli wypowiadane wtedy słowa tak często nie znajdują pokrycia w naszym codziennym postępowaniu, to bardzo potrzeba nam do nich wracać, by zrozumieć, że On z nas nie rezygnuje. Nigdy. Że z Nim znów można zacząć od nowa.

Ktoś powie: To wszystko gra na emocjach, tanie efekciarstwo. Rzeczywiście, ojciec Góra od początku stawiał na prosty język przekazu. Stąd symbole i znaki angażujące młodych także na poziomie emocji. Ale proste wcale nie znaczy płytkie. Lednicka ryba to ryba głębinowa i kto się jej złapie naprawdę, może wypłynąć na głębię, do czego wzywał ledniczan św. Jan Paweł II.

Czasem to proste przemawia najgłębiej. Jak powtarzane przez ojca Jana w miłosnym amoku „Jesteście piękni!”. Śmieliśmy się z tego, a jednocześnie wracaliśmy co rok, by to znów usłyszeć. By znów w to uwierzyć. Ojciec Prus, który przejął prowadzenie Lednicy po śmierci jej „założyciela” też ma swoją „mantrę”: „Kochani! Jesteście bardzo kochani!”. Można to usłyszeć sto razy i wzruszyć ramionami. Aż za którymś razem dociera, powala i podnosi. I jak już dotrze, powali i podniesie, to możesz iść i kochać, do czego wzywało hasło tegorocznego spotkania.

Newsletter
Aleteia codziennie w Twojej skrzynce e-mail

Miliony czytelników z całego świata – a wiele tysięcy z nich to chrześcijanie z Bliskiego Wschodu – szukają na Aletei inspiracji, informacji i nadziei. Prosimy, wesprzyj nawet niewielką kwotą arabską edycję naszego portalu.