Nie możesz nas wesprzeć finansowo?

Możesz to zrobić na 5 innych sposobów:

  1. Módl się za nasz zespół i powodzenie naszej misji
  2. Opowiedz o Aletei w swojej parafii
  3. Udostępniaj nasze treści rodzinie i przyjaciołom
  4. Wyłącz AdBlocka, kiedy do nas zaglądasz
  5. Zapisz się do naszego newslettera i czytaj go codziennie

Dziękujemy!
Zespół Aletei

 

Prosimy, pomóż nam ocalić w naszych braciach nadzieję. Złóż deklarację
Aleteia

Wolne kobiety rodzą wolnych ludzi – o macierzyństwie bez oczekiwań

Kobieta w ciąży leży na kanapie
Shutterstock
Udostępnij

Najpierw dzieliły mnie od tego momentu lata. Potem miesiące. Teraz już tylko dni. Odliczam chwile do spotkania z moim synem.

Od początku mojego macierzyństwa towarzyszy mi myśl, że ten człowiek, który we mnie powstaje, wcale nie jest mój. Już wyjaśniam. Podskórnie czuję, że od początku swojego istnienia jest osobnym. Czuję, że jego egzystencja – tak ściśle połączona z moim organizmem – jest egzystencją całkowicie różną od mojej. Że ten, którego tkanki łączą się w niezwykłym wybuchu życia, nie ma mi nic do spłacenia. Że część tej tajemnicy tkwi w jakiś genialnym pomyśle na to, że człowiek najbardziej staje się człowiekiem w innym człowieku. Ta tajemnica staje się teraz moim udziałem. Relacja z dzieckiem jest intymna, przedziwna, ciasna, biologiczna, a przy tym wszystkim pozostaje relacją dwóch różnych ludzi. Od początku.

 

Piszę o tym, ponieważ mam jakieś przedziwne przekonanie, że wolni ludzie rodzą się z wolnych kobiet. Wolnych od oczekiwań. Wolnych od pożądania bliskości. Wolnych od przywłaszczenia swojej płodności. Wspaniale pisze o tym Frederick Leboyer, francuski położnik, pisarz i podróżnik:

Krótko mówiąc, niech od pierwszej chwili [matki] uczą się kochać dziecko dla niego samego. Nie dla siebie. To dziecko nie jest zabawką, ozdobą. Jest istotą, która została im powierzona. Gdybyż kobiety potrafiły rozumieć, czuć: „Jestem j e g o matką”, nie zaś „To  m o j e dziecko”.

Może posądzicie mnie o zbytnią wybujałość myśli, ale przyznam się, iż wierzę, że to, jak traktujemy swoje córki i swoich synów od chwili poczęcia, w sposób bezpośredni przekłada się na to, jak traktujemy je/ich, gdy osiągają swoją dojrzałość. Od początku jesteśmy wezwane do tego, aby nie oczekiwać niczego dla siebie. Nie wymuszać nagród, gratyfikacji, nie paktować, nie wymagać oddawania czci i szacunku. Trudno jest dać komuś taką wolność. Trudno dać ją sobie samej, zwłaszcza, że matka to nie „rzeczownik”, to „czasownik”, nieustanne bycie dla.

Trudno jest uwierzyć w to, że moje dziecko nie jest mi nic winne, nawet opiekę na starość. Być może to prowokujące wyznanie, ale wierzę, że zasada polega właśnie na tym – im mniej zawłaszczasz, tym więcej otrzymujesz. Oczy zaczynają widzieć ostrzej. Uszom nie umykają subtelne szmery.

Cieszenie się życiem drugiego człowieka, zdolność przyjęcia go bez konieczności jakiejkolwiek odpłaty, poczucie uprzywilejowania ze względu na to, że uczestniczę w kształtowaniu czyjegoś istnienia – to wszystko uzdrawia nas z małoduszności i zaborczości.

Nie udawajmy, ta walka dotyczy każdej z nas. Miłość nie szuka swego.

 

Mówi się, że matki najbardziej boją się o swoje dzieci. Ja znam kobiety, które w swoim macierzyństwie najbardziej boją się o siebie. Że zostaną same. Że stracą miłość córki lub syna. Że ich odejście pozostawi dziurę nie mniejszą niż po spadnięciu bomby czy meteorytu. Wyglądają, jakby przespały całe życie. Jak gdyby nie zauważyły, że ten chłopak o podobnych rysach twarzy lub dziewczyna, o zbliżonej barwie śmiechu, od początku posiadają osobne ręce, osobne nogi, osobne serce, osobne oddechy. Jak pisze Leboyer:

„Kobieto, cóż ty i ja mamy ze sobą wspólnego? Czy potrzebny jest pośrednik między ziemią a mną?”. Oto, co obwieszcza dziecko, oddychając. To tylko pierwszy krok: we wszystkim poza powietrzem dziecko zależy całkowicie od matki. Ale liczy się ogólny kierunek. Oddychając, dziecko obiera drogę niezależności, autonomii, wolności. Jednocześnie wykonuje skok z wieczności w czas.

Czuję, że żadnej z nas nie ominie ta próba polegająca na dziesiątkach codziennych aktów dawania wolności komuś, kto kiedyś przeszedł przez ciasny kanał naszego ciała. Rodzimy codziennie lub prawie codziennie. Dotkliwie czujemy, jak ta mniejsza-większa osóbka przyprawia nas o ból wszystkiego, gnając ku wolności, ku niezależności, ku swojemu. Nie zapominajmy w tych chwilach, że nie robi tego po to, aby celowo zadać nam ból. Przez ich ucieczkę ku światłu, także my odzyskujemy wolność. I ulgę. Ponoć nie ma większej radości, niż widok swojego nowonarodzonego dziecka. W jakimkolwiek wieku by nie było.

 

Newsletter
Aleteia codziennie w Twojej skrzynce e-mail

Miliony czytelników z całego świata – a wiele tysięcy z nich to chrześcijanie z Bliskiego Wschodu – szukają na Aletei inspiracji, informacji i nadziei. Prosimy, wesprzyj nawet niewielką kwotą arabską edycję naszego portalu.