Aleteia

Dlaczego Kościół nie akceptuje in vitro? I czy są jakieś wyjątki?

Shutterstock
Udostępnij
Komentuj

Sprzeciw Kościoła katolickiego wobec metod zapłodnienia pozaustrojowego jest powszechnie znany. Ale czy znana jest jego przyczyna? I czy zawsze jest on stanowczy?

W Polsce obecnie stosunkowo rzadko wraca w mediach temat zapłodnienia pozaustrojowego. W 2015 r. weszła w życie ustawa o leczeniu niepłodności. Akt ten miał być kompromisem zwolenników i przeciwników sztucznego poczęcia. Na początku wprowadzał on darmowe procedury in vitro. Ostatecznie jednak ministerstwo zdrowia wycofało się z jego finansowania. Jeśli temat powraca, to właśnie w tym kontekście, gdyż lokalne samorządy coraz częściej podejmują się finansowania (lub dofinansowania) procedury wspomaganego rozrodu dla niepłodnych małżeństw lub par.

Patrząc na polską dyskusję dotyczącą in vitro, bardzo wyraźnie dostrzec można krytyczny głos przedstawicieli Kościoła. Zarówno dokumenty powstające w Watykanie (Instrukcje Donum Vitae oraz Dignitas personae) oraz lokalne wypowiedzi przedstawicieli Kościoła bardzo wyraźnie przeciwstawiały się sztucznemu sposobowi powoływania człowieka do życia. Polscy biskupi podzielali w pełni ten pogląd, wskazując na niegodziwość tak daleko idących interwencji biotechnologicznych.

 

In vitro: czemu Kościół mówi „nie”?

Chcąc w krótkich słowach napisać, skąd się bierze ten sprzeciw wobec in vitro, warto zwrócić uwagę na pewną ważną zależność. Kościół w swoim nauczaniu głosi, że dla zbawienia to Bóg stał się człowiekiem, a nie człowiek Bogiem, więc człowiek nie powinien stawiać siebie w pozycji Stwórcy. Czytając wypowiedzi przedstawicieli Kościoła wyraźnie widać, że krytyka metody in vitro dotyczy już jej podstawowej filozofii. In vitro jest bowiem techniką reprodukcyjną ‒ odnosi się zatem do „produkcji człowieka”. Istota ludzka pojawia się na swoiste „zamówienie” dwóch osób.

Przedstawiciele Kościoła wielokrotnie zwracają uwagę, że in vitro narusza godność wszystkich czetników procedury: małżonków, tworzonego lub zamrożonego zarodka oraz medyków podejmujących niegodne ich profesji działania. W tym kontekście dodaje się, że omawiane metody są niebezpieczne dla kobiety oraz dla dziecka, które jest poczęte w całkowicie sztucznych warunkach. Wśród przedstawicieli Kościoła pojawia się także opinia, że in vitro to omijanie, a nie rozwiązanie problemu niepłodności.

 

In vitro na równi z aborcją?

Kilka lat temu dr Wanda Półtawska napisała książkę pt. In vitro. Zagrożona godność. Zwraca w niej uwagę, że omawiana tematyka jest przede wszystkim problemem ludzi wierzących. Jej zdaniem paradoksem jest, że w kraju, w którym większość osób przyznaje się do przynależności do Kościoła katolickiego, równie dużo osób popiera metody wspomaganego rozrodu. Dla dr Półtawskiej udział w procedurze in vitro może być większym grzechem niż udział w przerwaniu ciąży.

Jednak porównywanie aborcji i in vitro jest pewnym nieporozumieniem. Pierwsza z procedur ma na celu zakończenie ludzkiego życia. Druga natomiast dąży do powołania człowieka do istnienia. Może zaistnieć zatem sytuacja, w której zagorzały przeciwnik aborcji będzie popierać in vitro.

W ciągu ostatnich lat pojawiały się głosy sugerujące, iż w obu tych przypadkach pojawia się kara ekskomuniki. Odnosząc się do aborcji, sytuacja taka ma miejsce przez sam fakt podjęcia lub pomocy w przerwaniu ciąży, aczkolwiek warto pamiętać, że nie dotyczy to zdarzeń, w których np. lekarz ratował bezpośrednio zagrożone życie kobiety. W wypadku in vitro trudno mówić o istnieniu podobnej sankcji. In vitro nie jest jednak – przy wszelkich zastrzeżeniach do niego – działaniem mającym na celu zabicie bezbronnych istot. W jego wyniku dzieci powołuje się do życia, a nie celowo je uśmierca.

Oczywiście, tutaj pojawia się argument, że przyjście metodą in vitro na świat jednego dziecka kosztuje życie kilkoro rodzeństwa. Wskazuje się przykład zamrożonych zarodków (poddanych kriokonserwacji). Jednak nadal procedura ta – z całą pewnością naruszająca godność bezbronnej istoty ludzkiej – nie ma jednak na celu jej uśmiercenia, wręcz przeciwnie.

 

Co zrobić z zamrożonymi zarodkami?

Tutaj dochodzimy do najtrudniejszego, wydaje się, wątku: Co powinno się zrobić z zarodkami, które są zamrożone? Zostawić sprawę tak, jak jest? A może warto je adoptować?

Ciekawym jest, że temat adopcji zarodków jest bodajże jedynym zagadnieniem, wobec którego przedstawiciele katolickiej bioetyki nie znaleźli wspólnego stanowiska. W opinii części z nich sprawę zamrożonych zarodków należy zostawić bez zmian: wynika ona bowiem z niegodziwego postępowania lekarzy, na które nie ma obecnie żadnego, w pełni zadowalającego rozwiązania. Dodaje się ponadto, że adopcja zarodków wymagałaby skorzystania ze złej w swej naturze metody in vitro.

Nie jest to jednak jedyny głos. Od kilku już lat ks. prof. Andrzej Muszala z Krakowa, dyrektor Instytutu Bioetyki, zwraca uwagę na konieczność promowania idei „prenatalnego przysposobienia”, a zatem adoptowania przez małżeństwo obcego biologicznie zarodka, który przeniesiony do organizmu kobiety przychodzi na świat jako jej oraz jej męża dziecko.

Zdaniem ks. Muszali działanie takie należy porównać do idei okien życia. Nikt rozsądny nie pochwala, a także nie reklamuje praktyki pozostawiania dzieci przez ich mamy w specjalnym oknie. Wiadomo jednocześnie, że sytuacje życiowe bywają tak skomplikowane, iż jedynie takie działanie jest w stanie uchronić owo dziecko przed cierpieniem lub wręcz śmiercią. Mama, oddając je, jednocześnie ratuje jego życie. Muszala podkreśla, że adopcja zarodków nie jest pochwałą metody in vitro, którą obszernie przeanalizował oraz skrytykował w książce Bioetyka w dialogu. Jest to natomiast pokazanie, że życie człowieka jest ważniejsze niż nawet racjonalne obawy etyczne dotyczące danych działań.

 

In vitro i Kościół – co dalej?

Kościół nie może akceptować i uznać za zwyczajne metod, które prowadzą do tworzenia człowieka, a tym właśnie jest in vitro. Tutaj jednak mała uwaga. Krytyka in vitro nigdy nie może być połączona z krytyką dzieci poczętych dzięki tej metodzie. Kościół w Polsce bardzo mocno zresztą to podkreśla.

Zapomina się jednak również o innej kwestii. Fakt, iż małżeństwo stara się o dziecko za pomocą in vitro, nie jest obrazem braku miłości. Procedura ta nie należy do przyjemnych przede wszystkim dla kobiety, ale dla mężczyzny również. Nie pochwalając metody in vitro, nie możemy jednocześnie umniejszać intencji, jakie stoją za podobnym działaniem, w którym także ukazać się może wzajemna wierność, troska oraz szacunek.

Czasem w podobnych sytuacjach zaznacza się, że para może przecież skorzystać z naprotechnologii lub adopcji. Po pierwsze, przyczynowe leczenie niepłodności nie zawsze kończy się sukcesem. Po drugie, nie każda para jest gotowa skorzystać z adopcji. Tymczasem pragnienie bycia rodzicem nie jest najczęściej zwykłym kaprysem, lecz czymś, co siedzi gdzieś głęboko w nas i co czasem krzyczy.

Czy dostęp do adopcji prenatalnej ‒ i uznanie jej przez Kościół ‒ rozwiązałby podobne problemy katolickich par? Jak mawiał ks. Jan Kaczkowski, są sytuacje, których nie da się wyjaśnić ogólnymi normami i wymagają one ciszy i intymności konfesjonału. In vitro skomplikowało nam biologię. Dzisiaj kobieta może np. urodzić nie swoje dziecko. Czy jednak oznacza to, iż nie będzie w stanie go pokochać? Działania ratunkowe rzadko kiedy są wygodne i przewidywalne. Najczęściej jednak są one niezbędne.

 

 

Udostępnij
Komentuj
Newsletter
Aleteia codziennie w Twojej skrzynce e-mail