Nie możesz nas wesprzeć finansowo?

Możesz to zrobić na 5 innych sposobów:

  1. Módl się za nasz zespół i powodzenie naszej misji
  2. Opowiedz o Aletei w swojej parafii
  3. Udostępniaj nasze treści rodzinie i przyjaciołom
  4. Wyłącz AdBlocka, kiedy do nas zaglądasz
  5. Zapisz się do naszego newslettera i czytaj go codziennie

Dziękujemy!
Zespół Aletei

 

Aleteia

Jola Szymańska: Z pamiętnika kiepskiej narzeczonej

Uśmiechnięta Jola Szymańska
fot. Marek Straszewski
Udostępnij

Postanowiłam powiedzieć Wam szczerze o trzech obawach, które trapią moje zaręczone serce. Obawach, których absolutnie się nie spodziewałam.

Nie chciałam do tego dopuścić. Moja uczciwość każe mi jednak wygłosić surowe ostrzeżenie dla wszystkich singielek. Zacznę otwarcie: dziewczyny, byłam jedną z Was.

Prolog dramatu

Wcale nie tak dawno szkoliłam cierpliwość, myślałam o kursie robótek ręcznych dla przyszłych zakochanych i zamawiałam w księgarniach internetowych książki kucharskie. Na przyszłość.

Osiągnęłam wszystko, co według pism kobiecych osiągnąć mogłam. Uwierzyłam, że jestem dobrym materiałem na żonę (w końcu, tak jak żony wszystkich bohaterów romantycznych powieści, gram na pianinie i lubię, kiedy ktoś się mną opiekuje). A jednocześnie wiedziałam, że żaden mąż nie jest gwarancją satysfakcji z mojego już wybitnie satysfakcjonującego (a wciąż tak pełnego niespodzianek!) życia.

I tak właśnie, nucąc za Wiesławem Michnikowskim (nomen omen – uosobieniem wielu moich wyobrażeń) o ciele jak jedwab, talii i zdrowej odrobinie mężczyzny, którego przechowuje się w niedużej wnęce, z uśmiechem i nadzieją podlewałam kwiatki w moim własnym i wyłącznym, panieńskim pokoiku.

Niepostrzeżenie jednak samotne noce z upojną muzyką w tle i nostalgiczne poranki nad filiżanką czarnej kawy, przy własnoręcznie zrywanych bukietach, doprowadziły mnie do stanu, przed którym absolutnie nikt mnie nie ostrzegł.

Do narzeczeństwa.

Romantyczne pocałunki

W ramach moich przygotowań, czytałam Pawlikowską-Jasnorzewską. Na szczęście. Dzięki niej wiem, jak ważne są uczucia i poświęcenie, otrzymywanie kwiatów i zachwyt. Nikt jednak nie był tak miły i nie uprzedził mnie, że zaręczyny, łzy mamy, bukiety, kina i romantyczne pocałunki to nie wszystko.

Każdego tygodnia dochodzą więc do mnie kolejne niuanse, o których rzucając się na szyję klęczącemu przede mną (miłemu skądinąd) panu, pojęcia nie miałam. Absolutnie! A nie są to sprawy błahe.

Spójrzmy choćby na trzy kwestie, obiecane sowicie w piosence.

 

1. Mąż nie będzie chciał nocować w niedużej wnęce

Okazuje się, że mąż nie tylko nie będzie chciał nocować w żadnej wnęce, ale będzie chciał nocować ze mną. I nie chodzi już nawet o niewygodę spania w jednym łóżku z ciałem – bądź co bądź – obcym. Chodzi o kolor ścian, gramaturę firanki, grubość pościeli i inne oręża wojny wygody z wyglądem i użyteczności z estetyką. A te istotne poglądy wyraźnie nas dzielą.

 

2. Mąż nie będzie tkwił w biurze

Po drugie, mąż nie tylko nie będzie tkwił w biurze ani wieczorami ani w weekendy, ale nawet urlop będzie chciał spędzić ze mną. Oczywiście, (zabawne!) zdarzało mi się marzyć o romantycznych piknikach pod wiszącą skałą, dostojnych spacerach po Luwrze czy rozmowach o prozie Prousta na Champs-Elysées. Ale nie było tam absolutnie nigdy trywialnych wycieczek, rzesz turystów, aktywności fizycznej ani tym bardziej męczących, urlopowych spotkań z szerszym gronem ludzi. To wszystko przyniosła za to pobieżna lektura kilku podróżniczych pism oraz wstępny szacunek kosztów.

Wakacje w duecie? Dziękuję bardzo. Nawet, gdyby wydać całe oszczędności na przyjemny hotelik, już nigdy nie będą one rozkoszną przystanią samotności. Nie będą ciszą, przerywaną co najwyżej przez słowicze trele. Co gorsza, żółtych kart ulubionej książki nie przeplotą już zasuszone płatki róż –  pamiątki nieszczęśliwej (a tak miło wspominanej) miłości.

Obudzi mnie w zamian głośny bas, odurzający zapach kwiatów (tak banalnie żywych!) i ciepło białej kawy, towarzyszącej croissantom w ostatniej podróży. Ludzie kochani, czy naprawdę o „to” chodzi?

 

3. Mąż nie nuży jak pył

„Strzepniesz, gdy znuży jak pył” – obiecuje pan Wiesław. Tak, tak, strzepnę może „odrobinę mężczyzny”. A dostałam całego. W dodatku, absolutnie nie nużącego.

Gdyby nie brał na ręce, nie miał w sobie krzty tkliwości i nie śpiewał albo gdyby choć grymasił – to już całkiem rozważne powody powrotu do stanu samotnej szczęśliwości. Wierzę, że przyzna to każdy rozsądny duszpasterz.

I każdy uczciwy czytelnik.

Co w takim razie, kiedy mężczyzna nie nuży? Czy można być szczęśliwą w mieszkaniu z wygodną, a nie minimalistycznie stylową kanapą? I jak odpoczywać bez sentymentów i melancholijnej ciszy (przecinanej szumem iglastych sosen)?

Czy to zdrowe, albo jak woli Poetka – pożyteczne, tak się zaręczać? Wciąż nie wiem. Wiem jedno. Każdy kolejny gryz francuskiego rogalika to kolejne pytanie. I kolejna myśl. A one, jak obiecują klasyczni powieściopisarze, służą nadchodzącym odpowiedziom.

Newsletter
Aleteia codziennie w Twojej skrzynce e-mail