Aleteia.pl - pozytywna strona Internetu w Twojej skrzynce e-mail

Nie możesz nas wesprzeć finansowo?

Możesz to zrobić na 5 innych sposobów:

  1. Módl się za nasz zespół i powodzenie naszej misji
  2. Opowiedz o Aletei w swojej parafii
  3. Udostępniaj nasze treści rodzinie i przyjaciołom
  4. Wyłącz AdBlocka, kiedy do nas zaglądasz
  5. Zapisz się do naszego newslettera i czytaj go codziennie

Dziękujemy!
Zespół Aletei

 

Aleteia

Dwa przepisy na macierzyństwo, czyli Ania Lewandowska vs Poeta. Który wybierasz?

Anna Lewandowska podczas ćwiczeń
Instagram
Udostępnij

Czy Anię Lewandowską da się jeszcze lubić i dlaczego Marcin Zegadło rozbił bank matkowych serc? O najsłynniejszym pociążowym brzuszku ostatnich dni słów kilka.

Mówi się, że nikt tak pięknie nie pisze o kobietach, jak poeci. Że nikt tak wnikliwie na nie nie patrzy, jak artyści malarze i fotograficy. Że nikt tak wysoko nie stawia nam poprzeczek, jak my same. 

Chronologia socialmediowych postów o kobietach (tylko z ostatnich dni i bardzo subiektywnie wybrana) wygląda mniej więcej tak.

 

Piątek:

Ania Lewandowska wrzuca na swoje profile społecznościowe informację, że cytuję: „powoli wracam do formy”, zdanie okraszone emotikonem kropelki, w domyśle potu. A kończy apelem, cytuję: „dajcie sobie czas i luz – nic na sile” i tu aż siedem emotikonek symbolizujących modlitwę. 

Do tego Ania dołącza swoje zdjęcie z siłowni. Piękne wyrzeźbione ciało, ona promienna i energetyczna. Milion dolarów!

 

Poniedziałek:

Na profilach ląduje kilka informacji o tym, że trenerka wraca do pracy i że bardzo się z tego cieszy. 

W międzyczasie (istnieje takie słowo?) na tapecie kilka propozycji z dietetycznego menu, które gwiazda aktualnie promuje. 

A to wszystko w 6 (słownie: sześć!) tygodni po porodzie. 

Rzucając pobieżnie okiem na komentarze kobiet, które śledzą profil sportsmenki, to dla wielu z nich weekend i poniedziałek nie należał do najłatwiejszych. 

Część kobiet żaliła się, że sześć tygodni po urodzeniu dziecka, nadal wymieniały wkłady poporodowe, walczyły z laktacją i czuły, że totalnie nie ogarniają nowej rzeczywistości. Nawet nie miały sił pomyśleć o „kropelce potu”. Zdjęcie trenerki wzbudziło w nich uczucie winy i złości. Kolejna grupa kobiet zracjonalizowała sytuację Lewandowskiej, zwracając uwagę na (domniemany) sztab opiekunek, sprzątaczek, kosmetyczek, fryzjerek i masażystek, dzięki którym rzekomo Anna wróciła tak szybko do formy. 

 

Czy Anię Lewandowską da się jeszcze lubić?

Tak sobie myślę, że generalnie post Ani Lewandowskiej powinien nas, kobiety, ucieszyć. Bo przecież to fantastycznie, że młoda mama daje radę. To wspaniale, że odniosła sukces nie zamążpójściem, ale dużo wcześniej. To motywujące, że kolejna z nas dba o swoją pasję, by nie zakopać jej pod stertą pieluszek. To budujące, że jako trenerka potrafi napisać „powoli, krok za krokiem do celu”. To wreszcie uwiarygadniające (diety i ćwiczenia, które zaleca), że wygląda tak, jak wygląda. Jej ciało to jej wizytówka i efekt wielu lat pracy. Uwierzcie mi na słowo, że ja byłabym bardzo kiepskim dowodem na skuteczność brzuszków (śmiech). 

Czekam jednak z utęsknieniem na kobietę medialną, która jest gwiazdą w modelingu, w fitnessie, w tańcu, w piosenkarstwie, w czymkolwiek i która mimo przeogromnej presji środowiska, że musi być gotowa, najlepiej zaraz po wyjściu ze szpitala, bo paparazzi czekają, bo fanki zasypują pytaniami, bo firmy kontraktowe naciskają, bo ludzie od PR-u radzą, bo… która mimo to wrzuci na swój profil foto w dresie, no-make up, z dzieckiem pod pachą i napisze całemu światu: tak mi najlepiej. Czas na macierzyństwo na 100%. Wylogowuję się na jakiś czas dla tego małego człowieka. 

Mam wrażenie, że w świecie szołbizu, to heroiczny akt. Dlatego tak bardzo nie chciałabym być w skórze tych wszystkich mam, które oglądamy na plotkarskich stronach. 

Wybaczyć sobie

I dlatego kiedy coś ukłuje mnie w sercu, po obejrzeniu kilku pięknych zdjęć tej czy innej znanej mamy, to automatycznie zadaję sobie pytanie: czy ja wybaczyłam sobie wszystko to, co we mnie nieidealne? A może nadal oskarżam siebie, że wróciłam/nie wróciłam do pracy? Albo że w domu moja garderoba przypomina wysypisko śmieci, bo po narodzinach dziecka nie umiem zapanować nad wieloma sprawami? Albo że nie wytrwałam w sylwestrowym postanowieniu dietetycznym i nadal mam swoje „+ 5 kg”? Czy wybaczyłam? Nie mylić z: tak jest OK, porzucam wszelkie swoje potrzeby. Tylko pytam o to, co uwalnia. Co sprawia, że łapiemy dystans do siebie i do życia innych. Co nas wycisza i prawdziwie motywuje do zmian. 

 

Wtorek:

A potem przyszedł spodziewanie wtorek. Z niespodziewanym męskim głosem. 

Marcin Zegadło, poeta, rozbił bank kobiecych tęsknot.

 

Bowiem jako samiec alfa (tak! Poeci też mają testosteron!), przedstawiciel płci kojarzonej z piwkiem po pracy i pilotem w ręku, całkowicie przełamał schemat oznajmiając:

„(…) Uważam jednak, że nie ma absolutnie nic złego w pozostaniu w domu miesiąc po porodzie, nie ma nic złego we wzroście wagi, której nie udaje się zbić w trzy doby od rozwiązania, nie ma nic złego w fatalnym samopoczuciu, (…) i nie ma niczego złego w tym, że ciało kobiety po porodzie przypomina ciało kobiety po porodzie (…)”.  

I posypało się z elektronicznego nieba 23,1 tys. kciuków w górę, serduszek i tęcz. Zasłużenie.

 

Pokochać nową wersję siebie po porodzie

Wiem, bo też to przeszłam, jak trudno się samej „rozgrzeszyć” i zwolnić, i odpuścić, i pozwolić sobie na smutek i pokochać nową wersję siebie po porodzie. 

Mogę sobie wyobrażać, jak wiele z nas po całym dniu udowadniania sobie, przyjaciółkom, teściowej, mężowi, celebrytkom i innym, że „chcieć to móc”, pada na twarz i nie ma ochoty wskakiwać w sportowy ciuszek, ani zmyć makijażu, a już tym bardziej zamieniać się w seksowną żonkę.

Bo w małżeństwie zabrakło męskiego pierwiastka, ramienia, na którym można się oprzeć w gorsze dni, partnera, z którym można podzielić obowiązki, mężczyzny, od którego można usłyszeć „jesteś piękna kochanie, tak fantastycznie opiekujesz się naszym dzieckiem, dziękuję ci”. I dlatego tak szalenie kręci mnie to, co napisał poeta Marcin Zegadło.

Bo on rozgrzeszył wszystkie nasze słabostki. Bo rzucił rękawicę kanapowym ziemniakom, którzy zalegają w domach niejednej Matki Polki. Bo pokazał, że prawdziwa męskość nie oskarża (wzięłabyś się za siebie, już czas!) i nie wywyższa się (pół etatu, co za problem?!). Mężczyzna stara się zrozumieć, choć zrozumieć kobietę to ponoć jak opanować fizykę kwantową. A potem stawia na stole pół litra lodów czekoladowych. 

„Dlatego zasadniczo nie przejmowałbym się Anną Lewandowską na siłowni. Wciągnąłbym raczej pół litra lodów czekoladowych i cieszył się urlopem macierzyńskim”.

 

Szczęście w realu

Jeśli czasami mruczycie pod nosem „gdzie ci mężczyźni wspaniali tacy!? Gdzie te chłopy!? Gdzieeeeeee???!”, to mówię Wam: w realu!

Nie musisz być entą wersją fit mamy, a po twojej kuchni nie musi krzątać się podróbka Roberta Lewandowskiego. W życiu nie chodzi o odtwarzanie czyjegoś życia, ale o przeżycie własnego.

Możesz pozwolić sobie na dres, no-make up, dziecko pod pachą i poczucie, że tak Ci najlepiej. Jeśli tak właśnie jest. Możesz oczekiwać od tego, któremu ślubowałaś, odrobiny poezji w małżeństwie. I kubełka lodów. To dobry początek na szczerą rozmowę.

Newsletter
Aleteia codziennie w Twojej skrzynce e-mail