Aleteia

Jola Szymańska: Trzy pytania o prywatność w internecie

fot. Marek Straszewski
Udostępnij
Komentuj

Prywatność w internecie jest pojęciem tak oczywistym, jak względnym. Wszyscy wiemy, że jej nie ma. Ale czym ona jest? I dlaczego tak błędnie ją upraszczamy?

„Bardzo intymne jak na upublicznienie w Internecie”, czytam pod listem, który napisałam do siebie samej za trzydzieści lat. „Życie prywatne zostawiłabym dla siebie” widzę pod filmikiem, w którym przewija się mój narzeczony. „Jola, czy Ty musisz wszystkim wszystko pokazywać?” – martwią się moi bliscy. Zobaczyli, że wrzuciłam na Instagram zdjęcie pierścionka zaręczynowego.

Jednocześnie rzeczony Narzeczony zastanawiał się, dlaczego nie dzielę się w internecie swoim życiem prywatnym.

Każdy z Was może dorzucić tutaj własne „za” i „przeciw”, bo granica prywatności dla każdego jest inna. Co nie znaczy jednak, że nie ma o czym rozmawiać.

 

Jak być w internecie?

Internet to kopalnia bardziej lub mniej użytecznej wiedzy, ale też giełda ludzkich emocji. Chyba każdy z nas odczuł już plusy i minusy zabawy w social media ninja maklera. Bessy, hossy, krachy giełdowe – to naprawdę niezła analogia do życia w internecie.

Prawdopodobnie dlatego sama przez kilka lat nie miałam żadnego konta.

 

 

Nie chciałam konfrontować się z internetową dżunglą, pełną mięsożernych słów i spojrzeń, ostrych jak skalpel chirurgiczny. Obca osoba skanująca wzrokiem moją twarz? Naprawdę mnie to przerażało.

Do czasu, kiedy zrozumiałam, że mądre korzystane z internetowych sieci to nie głupi pomysł i… nie lada wyzwanie.

 

Mądre korzystanie z internetu

Jeżeli coś mi w życiu imponuje, to jest to dojrzałość. Najlepiej doprawiona pokorą, autentycznością i empatią. Do pewnego momentu wydawało mi się, że wyklucza się to z obecnością online. Dzięki Bogu, Ziemia nie jest płaska, człowiek od dawna nie jest małpą, a obecność w sieci może być (paradoksalnie?) sprawdzianem odwagi i dystansu.

Kiedy wreszcie to do mnie dotarło, zobaczyłam w mediach społecznościowych nie tylko zagrożenie, ale też szansę. Podejmując kolejne kroki i publikując kolejne posty, teksty, zdjęcia i filmy (ten proces trwa już kilka lat), za każdym razem zadaję sobie jednak te same trzy pytania.

 

1. Dlaczego publikuję?

Czy moja publikacja to wołanie o uwagę, pogoń za lajkami, czy autentyczna, szczera wypowiedź? Jaka jest przyczyna, co mnie motywuje do wrzucenia czegoś do sieci? Odpowiedź nie musi być szlachetna niczym walka Joanny d’Arc w wojnie stuletniej. Powinna być szczera.

Chcę wrzucić zdjęcie, bo się sobie podobam? Super! Ale jeżeli powtarza się to trzeci raz w miesiącu, warto się zastanowić, co takiego daje mi wrzucanie własnych portretów. Czy czegoś mi brakuje? Czego szukam? Czego oczekuję? Gdzie znajdę prawdę o sobie i doświadczę rzeczywistej uwagi?

Notatki z życia 😉 #piateczek #zagrożenie #allelujaidoprzodu #wiaraczynicuda #dusza #bógjestdobry #czytam #czytambolubie

A post shared by Jola Szymańska (@jola_szymanska) on

 

Ważne jest też pytanie o to, co „sprzedaję”. Czy zdaję sobie sprawę z tego, że moje wpisy, zdjęcia czy filmiki są nie tylko wyrazem moich chęci i wyobrażeń, ale też oddziałującą na innych wypowiedzią? Co „sprzedaję”? Ocenę, złość, podział, nową szminkę, zgrabne nogi czy raczej pokój, dobro i naturalność?

Ciekawie mówi o tym Karolina Korwin-Piotrowska. Dziennikarka nie zostawia suchej nitki na pustych w treść, a pełnych reklam i gołych pośladków profilach polskich celebrytów. Ale jednocześnie zwraca uwagę, że nie tylko celebryci podchodzą do mediów społecznościowych bezmyślnie.

I nie znaczy to, że dbając o swój wizerunek w sieci, powinnam stać się latającym między cukrowymi chmurkami, niewinnym i mdłym aniołkiem. Nie muszę być w żaden sposób „idealna”. Nie muszę też tłumić swoich emocji i gardzić kapitalizmem – tą epokę daj Bóg mamy już za sobą. Ba, jeżeli chcę się rozwijać – muszę czasem popełnić błąd.

Grunt, że jestem tego świadoma. I wyciągam wnioski.

 

2. Dlaczego nie?

W szkole dowiedziałam się kilku rzeczy. Między innymi tej, że „skromność” polega na negowaniu swojej wartości i swoich małych sukcesów. Dlatego przyznanie się do pozytywnych emocji w mediach społecznościowych było dla mnie swego czasu wyzwoleniem.

Jeżeli coś powstrzymuje mnie przed publikacją, która jest pozytywna, zastanawiam się, o co chodzi. Co mnie niepokoi? Czego się boję? Wyobrażam sobie najgorszą konsekwencję (grupka nastolatków, trzymająca transparenty, wskazująca na mnie palcami i skandująca: „Jesteś nikim i nie masz prawa uważać inaczej”). I pukam się w czoło.

Mam na komputerze masę zdjęć i filmów, które nigdy w internecie się nie znajdą. I bardzo dobrze, moje drzewo genealogiczne nikomu na nic się nie przyda. Dzięki temu pytaniu zrobiłam jednak coś dużo ważniejszego. Ośmieliłam się wyjść do świata z własną, „radosną” twórczością i własnymi pomysłami. Bo… dlaczego nie?

 

3. Czego nigdy nie publikuję i dlaczego?

W tej kwestii moja zasada numer jeden brzmi: szacunek do drugiego człowieka jest bezcenny. Żadne lajki ani szery nie są warte dyskomfortu jednej ludzkiej istoty. Dlatego nie publikuję wizerunku osób, które nie wyraziły na to zgody. Nie publikuję też niczego, co komukolwiek mogłoby zaszkodzić – dziś, ani jutro.

Zasada numer dwa: nigdy nie opublikuję czegoś, czego nie chcę opublikować. Nie zrobię czegoś tylko dlatego, że wszyscy tak robią, albo że to modne. Muszę widzieć sens, tego co robię. Nawet, jeżeli chcę wrzucić na Instagrama selfie, ono musi coś dla mnie znaczyć. Choćby to, że publikuję je właśnie dlatego, żeby nabrać do siebie dystansu.

Kreatywne działania na social mediach – Jolanta Szymanska ✌🏻😂😂 A jak tam Wasz wtorek?🤦🏼‍♀️ #wtorek #blogerka #bloger #różowy #rozowezycie #mejkapy #zyciejoli #filozolololo #etykablogerska #myslicielcodzienny #yap #takimamyklimat

A post shared by Jola Szymańska (@jola_szymanska) on

 

Granice prywatności

Jeżeli istnieje jakakolwiek recepta na prywatność, jest nią świadomość i odpowiedzialność. Nie zachęcam Was do żadnej określonej „opcji”. No, może poza szacunkiem do ludzi wokół, ich wizerunku i decyzji. Poza tym, jesteśmy wolni.

Próbujmy nowych rzeczy. Ośmielajmy się myśleć inaczej, niż wydaje nam się, że myślą „ wszyscy” (mój ulubiony podmiot liryczny). Bawmy się! Bo… dlaczego nie?

Dobrze jest pozwolić sobie na siebie. I mądrze stawiać sobie własne granice.

 

Newsletter
Aleteia codziennie w Twojej skrzynce e-mail