Aleteia

Żyła przez 5 dni. W tym czasie zdążyła zmienić życie swoich rodziców

©Imma Cardarano
Imma Cardarano i malutka Martamaria
Udostępnij
Komentuj

Świadectwo Immy i Giacinto, którzy odmówili „aborcji terapeutycznej” i z miłością przyjęli córeczkę dotkniętą wadami uniemożliwiającymi przeżycie.

Opowiem wam dziś historię małżonków Immy i Giacinta, którym z całego serca dziękuję za to, że zechcieli się ze mną podzielić swoim świadectwem. Tym świadectwem jest ich córeczka Marta Maria, która żyła tylko pięć dni. „Tylko”? A może „aż”? To było pięć dni wielkiej, nieoczekiwanej łaski. Ale po kolei.

O Immie dowiedziałam się od jej bliskiej przyjaciółki Titti  – młodej mamy, która zdecydowała się przyjąć śmiertelnie chorą Benedettę. Dzięki Titti w neapolitańskim szpitalu Villa Betania (a potem także w innych włoskich szpitalach) wprowadzono Comfort careprotokół opieki nad rodzinami spodziewającymi się dzieci z wadami uniemożliwiającymi przeżycie.

 

Państwa córeczka jest śmiertelnie chora …

Silvia Lucchetti: Droga Immo, dziękuję, że zgodziłaś się ze mną porozmawiać. Zacznijmy od początku: kiedy dowiedziałaś się, że twoje dziecko jest dotknięte wadami uniemożliwiającymi przeżycie?

Imma: W 2013 r., w rok po urodzeniu pierwszego dziecka – przedtem przeżyłam kilka poronień – znowu zaszłam w ciążę. Byłam bardzo szczęśliwa i w pierwszym okresie ciąży czułam się znacznie spokojniejsza niż przy synku. Ale w dwunastym tygodniu, dokładnie 24 lipca, w czasie badania przezierności karkowej lekarz zorientował się, że dzieje się coś złego. Dziecko miało akranię – wadę let alną, polegającą na braku kości pokrywy czaszki. Ginekolog powiedział, że  bardzo możliwe, że poronię i dodał, że w takich przypadkach zwykle przeprowadzana jest „aborcja terapeutyczna”. Mówił to ze smutkiem, bo wiedział, jakie mieliśmy już wcześniej problemy i dla niego to też nie było łatwe. Wróciłam do domu, wytłumaczyłam wszystko mężowi i powiedziałam: „Giacinto, byłam w ciąży i dalej jestem w ciąży”.

 

I co postanowiliście? Rozważaliście możliwość aborcji?

Nigdy nie braliśmy pod uwagę aborcji, nigdy. Prosiliśmy Pana o dziecko i tyle. On wie, kiedy dać nam dziecko i kiedy je zabrać do Siebie. Dla mnie jako matki zabicie własnego dziecka było nie do pojęcia. Przecież serce mojej córki biło. Po dwóch dniach oznajmiliśmy lekarzowi, że donoszę ciążę. Giacinto bardzo się martwił o mnie, ponieważ choruję na reumatoidalne zapalenie stawów i zesztywniające zapalenie stawów kręgosłupa, ale ginekolog powiedział, że mojemu zdrowiu nic nie zagraża. Ja i Giacinto otrzymaliśmy wielką łaskę, że zawsze się zgadzamy, zawsze jesteśmy razem.

 

©Imma Cardarano
Imma w ciąży z Martą Marią, Giacinto i Giuseppe.

 

Chcę urodzić…

Co wtedy czułaś?

Na początku było mi bardzo trudno. Myślałam, że poczucie szczęścia z pierwszych miesięcy ciąży przeminęło bezpowrotnie. Pamiętam, że kiedy usłyszałam diagnozę, powiedziałam Bogu: „Panie, teraz tylko Ty możesz mnie wspierać przez te dziewięć miesięcy”. Miałam wewnętrzne przekonanie, że On da mi łaskę urodzenia żywej córeczki. W głębi serca czułam taką pewność i modliłam się w kółko: „Tylko Ty, Panie, możesz mi pomóc. Sama nie dam rady”. Nie będę ukrywać, że zastanawiałam się, szczególnie na początku, dlaczego coś takiego dotknęło właśnie mnie, właśnie nas. „Boże, po tylu udrękach, mogłeś mi tego oszczędzić” – mówiłam. Tak po prostu, szczerze.

I co się stało potem?

Mój ginekolog bardzo nas wspierał. Kiedy byłam w czwartym miesiącu doradził, żebym poszukała szpitala, w którym będę mogła spokojnie urodzić. Wybór padł na szpital Villa Betania. Ciąża rozwijała się dobrze i nie pojawiły się żadne powikłania typowe dla takich przypadków, jak np. wielowodzie. Kiedy minęło lato, zaczęłam mówić krewnym i przyjaciołom, że nasza córeczka ma wadę wrodzoną. Powiedziałam też Titti. Znamy się od dwudziestu lat, wiedziałam, co przeszła z Benedettą. Wysłałam jej sms, a ona od razu odpisała: „Imma, jutro wpadnę”. I rzeczywiście następnego dnia rano przyszła mnie odwiedzić. Tryskała radością, dla mnie wtedy niezrozumiałą. Powtarzała: „wspaniale”, „zobaczysz, tak samo jak ja przeżyjesz pełnię radości”. Zniecierpliwiona przerwałam jej: „Nie doszłam jeszcze do pełnej radości. Dopiero pnę się na Golgotę. Może i kiedyś będzie tak, jak mówisz, ale na razie nie czuję żadnej wdzięczności”. Titti opowiedziała mi potem o tym, że próbuje wprowadzić w Villa Betania protokół opieki Comfort Care.

Trudne chwile

Byłaś pierwszą pacjentką objętą tym systemem. Jakie to było dla ciebie doświadczenie?

Początki Comfort Care nie były łatwe. Wiele osób było przeciwnych takiej formie opieki. Pamiętam, że psycholog zapytał mnie, dlaczego nie zdecydowaliśmy się na „aborcję terapeutyczną”. Opowiedziałam, że jestem w ciąży i moje dziecko żyje. Chciał mieć pewność, że moja decyzja jest świadoma. Pytał też, jak trafiłam do Villa Betania. Moja odpowiedź, że to szpital położony najbliżej naszego domu, wydała mu się zbyt racjonalna i uznał, że coś jest ze mną niedobrze. I nie mogło być dobrze, bo wiedziałam, że moja córeczka umrze, ale wcale nie przestałam trzeźwo myśleć. Chciałam ją przyjąć najlepiej jak to możliwe. Projekt Comfort Care był w fazie rozruchu, wiele osób patrzyło na niego nieprzychylnie. Ordynator neonatologii w czasie jednej z ostatnich wizyt zarzucił mi skrajny egoizm, ponieważ powiedziałam, że chcę pokazać córeczkę najbliższym. Uważał, że nie powinnam tego robić, bo córeczka będzie potworem. „Panie doktorze” – odpowiedziałam, – „takie jest moje życzenie. Chcę, żeby poznali naszą córkę. Ale niech się pan nie martwi – nawet jeśli będzie wyglądać potwornie, jak pan twierdzi, nikt z nas nie będzie na nią patrzył pańskimi oczami. Będziemy na nią patrzeć oczami miłości i cała brzydota zniknie”. Poza tym zażądałam, by nie stosować wobec córeczki żadnej uporczywej terapii.

Kto był z tobą w tych trudnych chwilach?

Zawsze wspierali mnie moi rodzice i rodzice męża, moje siostry, cała rodzina. Bardzo pomagała mi modlitwa. Członkowie wspólnoty charyzmatycznej, do której należę, przychodzili do nas, żeby się wspólnie modlić. Kurczowo uchwyciliśmy się wiary. Kiedy nie czułam ruchów maleństwa, zaczynałam się bać o jej życie i gorąco pragnęłam, żeby przyszła na świat. I pomyśleć, że kiedy dowiedziałam się o wadzie wrodzonej, miałam nadzieję, że nie dożyje porodu. Ale od razu zdałam sobie sprawę z grzechu, jaki popełniam przygnieciona cierpieniem.

Potem znaleźliście jakoś siłę, żeby zmierzyć się z tym trudnym doświadczeniem?

Kiedy ktoś mi mówi, że byliśmy silni, odpowiadam, że to nieprawda. Nikt z nas nie był silny. Przyjęliśmy krzyż, bo nie mogliśmy postąpić inaczej. Ja wcale nie pogodziłam się z tą sytuacją. Ciągle modliłam się: „Panie, przemień wodę w wino!” Modliłam się natarczywie, prosiłam o modlitwy, nie przestawałam mieć nadziei na cudowne uzdrowienie córeczki. Pojechałam na pielgrzymkę do Collevalenza, smarowałam brzuch poświęconym olejem, wodą święconą z Jerozolimy.

 

Dzień narodzin

Jakie masz wspomnienia z dnia porodu?

Miałam cesarskie cięcie. Na salę operacyjną wjechałam otoczona modlitwami wszystkich: proboszcza, całej wspólnoty. Czułam miłość męża i bliskich, serdeczność personelu szpitala. Wszystko ułożyło się lepiej, niż przypuszczałam. Marta Maria urodziła się 17 stycznia 2014 r. o 12:30 i ku zdziwieniu wszystkich od razu zapłakała. Pamiętam, że ginekolożka zawołała radośnie: „Imma! Słyszysz, jak płacze!” Niestety diagnoza została potwierdzona, ale córeczka żyła! Urodziła się! To był pierwszy cud: samodzielnie oddychała i płakała! Jej płacz był hymnem na cześć życia. Potem została umyta, zrobiono odbitkę jej rączki i nóżki, zdjęcie, zaniesiono ją do taty. Najpierw spędziliśmy chwilę we troje, a potem w osobnym pokoju odbył się chrzest (pełny, bardzo mi na tym zależało). Towarzyszyli nam nasi bliscy i matki chrzestne – Titti i moja siostra, Anna. To byłą przepiękna ceremonia! Mogłam cieszyć się karmieniem córeczki, przytulaniem jej, mogłam ją pokazać rodzinie. Otrzymaliśmy wielki dar!

 

5 najpiękniejszych dni

A potem nadeszła wielka niespodzianka: Martamaria przeżyła pięć dni …

 Tak, Marta Maria przeżyła pięć dni przepełnionych miłością i czułością. Na zdjęciach widać, jak ściska za palec mnie i moją siostrę. To nieprawda, że takie dzieci nic nie czują, nie odbierają wrażeń. Pamiętam, jak któregoś dnia Assia, położna, przyszła z jednym z lekarzy mnie zbadać. W pokoju były moje siostry i Martamaria. Rozmawiałyśmy i śmiałyśmy się. Kiedy wyszedł, powiedział tej położonej: „Oni się tam śmieją! Dziecko umiera, a jego mama się uśmiecha! Czuje się tam wielką radość!” A my wtedy cieszyłyśmy się życiem, łaską poznania mojej córeczki, przyjęcia jej, przytulenia.

Za każdym razem kiedy mi ją przynosili była zziębnięta i słaba, ale jak tylko brałam ją na ręce i przytulałam do piersi, ożywiała się.  Ostatniej nocy też tak było, ale czułam, że potrzebuje coraz więcej czasu, żeby dojść do siebie. Zrozumiałam, że nadszedł czas i zawołałam męża. Była z nami Franca – pielęgniarka, która zawsze mnie wspierała. Wtedy wreszcie znalazłam dość siły, żeby powiedzieć córeczce, że jesteśmy gotowi, że może odejść, że jesteśmy szczęśliwi, że mogliśmy ją poznać, że ją kochamy i dziękujemy Bogu za jej 5 dni życia. I o ósmej rano Marta Maria narodziła się dla nieba. Tego dnia wyglądała jeszcze piękniej. Jak anioł.

Jak wspominasz pogrzeb?

Jej pogrzeb to było święto przepełnione śpiewami wspólnoty charyzmatycznej i modlitwą wszystkich przybyłych. Kościół pękał w szwach, a Pan dał mi siłę, żeby przeczytać list, który z wielkim trudem napisałam.  Dzięki temu, że odmówiliśmy aborcji, mogliśmy okazać naszej córeczce miłość i troskę. Mogła poczuć, że jest przyjęta, chciana, kochana, bezpieczna. Otrzymała chrzest i pogrzeb, daliśmy jej godność, która należy się każdemu człowiekowi, a którą aborcja okrutnie wydziera. Jestem Bogu za to wdzięczna. Mogłam przeżyć pełnię radości, o której mówiła Titti, poczuć niewypowiedzianą pociechę, pewność życia wiecznego. Moja córka urodziła się, żyła, umarła i teraz jest w niebie.

 

Tekst ukazał się we włoskiej edycji portalu Aleteia

Newsletter
Aleteia codziennie w Twojej skrzynce e-mail