Aleteia.pl - pozytywna strona Internetu w Twojej skrzynce e-mail

Nie możesz nas wesprzeć finansowo?

Możesz to zrobić na 5 innych sposobów:

  1. Módl się za nasz zespół i powodzenie naszej misji
  2. Opowiedz o Aletei w swojej parafii
  3. Udostępniaj nasze treści rodzinie i przyjaciołom
  4. Wyłącz AdBlocka, kiedy do nas zaglądasz
  5. Zapisz się do naszego newslettera i czytaj go codziennie

Dziękujemy!
Zespół Aletei

 

Aleteia

Babcia Nońcia uratowała ok. 50 dzieci. Historia Alfredy Markowskiej

Zdjęcie autorstwa Chada Evansa Wyatta, dzięki uprzejmości Fundacji Integracji Społecznej Prom.
Udostępnij

Miała nie przetrwać wojny. Nie dała się jednak ani Armii Czerwonej, ani hitlerowcom i wymordowany tabor odbudowała z nawiązką. Dziś nazywa się ją często romską Ireną Sendlerową.

1941 r. Nad ranem Nońcia biegnie do taboru co sił. Dzień wcześniej poszła do wioski powróżyć: jednemu obiecać miłość, drugiego ostrzec przed brunetem w kraciastej koszuli. Dostawała za to trochę jajek, ziemniaków, czasem bimbru. Gdy wracała, ktoś ją dojrzał. „Nie idź tam” – krzyknął. I ukrył w stodole.

Zginęli wszyscy – rodzice, rodzeństwo, krewni. Razem ok. 80 osób. Na zakrwawionej ziemi leżą resztki kolorowych spódnic, brezentu, chustek. Z całego taboru zostaje ona, 15-letnia Alfreda Markowska, zwana Nońcią i jej mąż Jan (dla swoich Gucio), który przed masakrą wyjeżdża do Rozwadowa. Nońcia traci chęci do życia. Postanawia jednak, że zakasze rękawy i sobie ten swój tabor odbuduje.

 

Dzieci spod spódnicy

Alfreda Markowska rodzi się ponoć 10 maja 1926 r. w wędrownym taborze cygańskim w okolicach Stanisławowa. Ponoć, bo Romowie żyją dniem dzisiejszym i wagi do dat nie przywiązują. Jej ojciec zajmuje się hodowlą koni, a matka wychowywaniem dzieci, gotowaniem i wróżbiarstwem. Po wybuchu II wojny światowej cały tabor ucieka przed Armią Czerwoną. Kolorowe wozy jadą na tereny okupowane przez Niemców, w pobliże Białej Podlaskiej.

Po mordzie w 1941 r. Alfreda trafia do Lublina, Lwowa i prawdopodobnie Bełżca. W końcu jedzie do Rozwadowa i razem ze swoimi rozpoczyna pracę na kolei. Konserwują urządzenia, kładą szyny. Dzięki kupionym dokumentom nie grozi im łapanka.

Któregoś dnia Nońcia słyszy o pacyfikacji niedalekiej wsi. Bez zastanowienia wsiada w pociąg i jedzie sprawdzić, czy nie ocalało jakieś dziecko. Od tej pory zwozi do swojej „bazy” maluchy, które przetrwały masowe egzekucje. Jeśli trzeba, ukrywa je pod spódnicą, jak kwoka. Dzieci są i żydowskie, i romskie, i polskie. Po wojnie nawet niemieckie. Nie ma dla niej znaczenia – dziecko to przecież dziecko.

Załatwia im fałszywe dokumenty, czasem znajdzie ich krewnych albo rodzinę chętną na przygarnięcie sieroty. Tym, które zostają z nią na dłużej, oddaje całe serce.

 

Zdjęcie autorstwa Chada Evansa Wyatta, dzięki uprzejmości Fundacji Integracji Społecznej Prom.

 

Karol, czyli Parno

Jest noc. Wagony bydlęce wtaczają się na stację. Zaczyna się oczyszczanie, czyli wyrzucanie ciał tych, którzy nie dotrą już do Auschwitz. Tam większość z nich zginie w Zigeunerlager, „obozie cygańskim”. Nońcia odruchowo wyciąga ręce. Ktoś podaje jej małego Parno. Kładą się razem pod pociągiem, a potem prędko uciekają. W ubranku chłopca Alfreda znajduje kartkę z adresem jego babci. Nońcia prosi, by ktoś napisał za nią list. Sama nie umie. Kilka dni później po chłopca przyjeżdża ojciec, razem z wujkiem ubranym w mundur – wielu Sinti służy w Wehrmachcie. Mały Parno żyje z dziadkami w Wielkopolsce. Po latach przyłącza się z powrotem do taboru Nońci. Czyta jej Sienkiewicza. Mówi potem, że Alfreda urodziła go po raz drugi. Parno zostaje sławnym rzeźbiarzem, poetą, prozaikiem, twórcą pierwszego w Polsce elementarza dla dzieci romskich. Polacy zapamiętają go jako Karola Gierlińskiego (1938-2015).

To tylko jedno z dzieci Alfredy Markowskiej. Ile ich ratuje? Nie wiadomo. Nie umie pisać – nie prowadzi więc notatek jak Irena Sendlerowa. Nie opowiada też o tym nie-Cyganom, nie chwali się. Ani nie stara się tego specjalnie zapamiętać. Szacuje się, że jest ich ok. 50. Może mniej, może więcej…

 

Serce dla każdego

W 1944 r. Rozwadów trafia w ręce Armii Czerwonej. Nońcia ucieka z mężem i dziećmi na ziemie odzyskane. W 1964 r. Romowie dostają nakaz osiedlenia się. Nońcia i Gucio budują więc dom pod Poznaniem.

Alfreda ratuje koty. Któregoś dnia Gucio nie wytrzymuje i wywozi kilkanaście z nich za miasto. Nim wróci, koty są z powrotem w domu. Nońcia nie umie trzymać serca dla siebie. Rozdaje je, każdemu po kawałku. Dla wszystkich wystarcza. Po śmierci męża przenosi się do Gorzowa Wielkopolskiego. W lipcu 2017 r. dostaje honorowe obywatelstwo tego miasta.

Babcia Nońcia ma też Krzyż Komandorski z Gwiazdą Orderu Odrodzenia Polski. Jedzie odebrać go w 2006 r. z rąk Lecha Kaczyńskiego. Nie jest to dla niej przyjemne, bo nie lubi być na świeczniku. Ale nie chce też robić nikomu przykrości. Prezydent mówi: „Jeżeli dziś istnieje naród żydowski, jeżeli istnieje naród romski, to tylko dzięki takim ludziom, jak Pani”.

Nońcia dziś rzadko wychodzi z domu, jest schorowana. Najlepiej czuje się z dziećmi przy spódnicy. Kiedy słyszy, że urodzi się kolejne, płacze ze szczęścia. W nocy często przypomina jej się wojna, chce uciekać. Tęskni za lasem. Bo tak naprawdę tam zostało jej serce.

 

Newsletter
Aleteia codziennie w Twojej skrzynce e-mail